6. BUTRYNY
Jeśli już idę do Butryn, to najchętniej drogą odbiegającą w lewo przed
Pokrzywami. Mniej więcej na wysokości masztu telefonii komórkowej. Zarastająca
i rzadko używana, o głębokich, wypełniających się wodą koleinach, wiedzie przez
zagajnik głogów, gdzie co roku zbieram owoce na nalewkę (pyszną), i przez
powracający samorzutnie las.
Za porzuconą łąką, pokrytą mierzwą trawy, chwastów, ziół, rozlewa się wąski staw. Podchodząc doń za osłoną zielska i głogów, spotykam czaple, łyski, dzikie kaczki. Susza odsłania czarny muł. Zdeptany przez dziki zażywające borowinowej kąpieli.
Droga wiedzie w kierunku skrajnych gospodarstw w Butrynach przez pola
zarastające lasem. Odbijając ścieżką w łan nawłoci, dochodzę do najładniejszego
siedliska w sąsiedztwie łąki między brzozowymi i osikowymi zagajnikami, na
której pasą się konie. Pozują na tle jesiennych drzew. Są chyba świadome
własnej urody.
![]() |
Szczęśliwe konie |
Droga od siedliska wije się między pagórkami, omija zagłębienia i oczka, leśne kępy. Wywodzi na pola. Łączy się z równie malowniczym duktem do Przykopu w sąsiedztwie metalowego krzyża i porzuconych obejść.
Porzucone siedlisko |
Jedno z nich straciło gospodarza kilka lat wcześniej. Stoi na pagórku w otoczeniu starych drzew za rozległym polem i zanikającym stawem w gorsecie szuwarów. Do porzuconych zabudowań wjeżdża się też od lasu przez bramę między dwiema lipami. Dostrzegłem nawet jakąś pryzmę żwiru. Jej widok obudził nadzieję, że siedlisko ożyje. Póki co – tylko nadzieję.
Droga z Przykopu, opuściwszy sosnowy las na piaszczystym gruncie, gdzie w
poszyciu dominują ubogie mchy i chrobotki reniferowe, wiedzie wzdłuż ogrodzenia
z okrąglaków i siatki, jaką otacza się leśne nasadzenia. Płot broni dostępu do
ruin porzuconego niegdyś kolejnego gospodarstwa i warmińskiej kapliczki z pustą
wnęką po figurce.
Obejście zarosło wiekowymi grabami, lipami i klonami. Drzewa utworzyły park. Na kształt scenerii dla „Tajemniczego Ogrodu” Agnieszki Holland. Siedzibą władał człowiek obdarzony poczuciem estetyki. Żyjący w nierozerwalnym związku z otaczającą przyrodą. Wiosną ruinę ocienionej kapliczki zdobi łan konwalii. Stary klon w porze kwitnienia okrywa się chmurą kwiecia, odróżniając się przez chwilę od innych drzew w sąsiedztwie. Latem skraj drogi i ogrodu tonie w macierzance.
Obejście zarosło wiekowymi grabami, lipami i klonami. Drzewa utworzyły park. Na kształt scenerii dla „Tajemniczego Ogrodu” Agnieszki Holland. Siedzibą władał człowiek obdarzony poczuciem estetyki. Żyjący w nierozerwalnym związku z otaczającą przyrodą. Wiosną ruinę ocienionej kapliczki zdobi łan konwalii. Stary klon w porze kwitnienia okrywa się chmurą kwiecia, odróżniając się przez chwilę od innych drzew w sąsiedztwie. Latem skraj drogi i ogrodu tonie w macierzance.
Dojeżdżając do Butryn i samotnych topól, trzymam aparat w pogotowiu. Zdarzają się bociany przelatujące na tle nieba między pniami drzew oblepionych jemiołą albo żurawie spacerujące po ścierniskach.
![]() |
Butryny |
Edmund Czarnecki, prezes OSP w Butrynach, pytany kiedyś przez sąsiadów, dlaczego nie ścina przydrożnych sosen, pokiereszowanych przez wiatr, śnieg i pioruny, odparł po prostu:
- Należą do rodziny.
Butryny |
Jego odpowiedź skojarzyła mi się ze słowami Augusta Popławskiego, który w „Ludziach dnia wczorajszego” [37] wyznał, że taka domowa garbata sosna, co kiedyś wyrosła na przydomowym kamienisku, przymusiła go swoim steranym widokiem do rozliczeń z przeszłością.
We wsi jest kościół. Z historią równie pokręconą co historia przydrożnych
sosen. Nie wiadomo kiedy powstał. Dokumenty lokacyjne Butryn o nim nie
wspominają [2], [10]. Wiadomo natomiast, że rozpadający się drewniany kościół
został zastąpiony murowanym około 1684 roku. Z parafią był związany Marcin
Kromer, fundator brewiarza i mszałów; Szymon Rudnicki, który w 1610 roku
wyłączył parafię spod zwierzchnictwa Dobrego Miasta i przyłączył do
archiprezbiteriatu w Olsztynie, konsekrował ołtarz główny i złożył w nim
relikwie dwóch świętych; Andrzej Chryzostom Załuski, który konsekrował kościół
po jego przebudowie w 1701 roku; Krzysztof Andrzej Jan Szembek, fundator
ołtarza w bocznej nawie (1733); Karol Hohenzollern (następca Ignacego
Krasickiego) wizytujący w 1796 roku kościół po definitywnym zaanektowaniu
Warmii przez króla Prus.
Kościół został obrabowany przez żołnierzy Napoleona w 1807 roku. Jego
wnętrze spłonęło w 1886 roku razem z organami, które zastąpiono nowymi dopiero
w 1921 roku. Był kilka razy przebudowywany. Ostatni raz w 1935 roku, gdy
dobudowano wieżę i zakrystię. Został poddany renowacji sfinansowanej już ze
środków Unii Europejskiej.
Z kościołem w 1884 roku związał się Walenty Barczewski, wówczas wikary,
zanim przeszedł do Świętej Lipki. Autor między innymi Geografii Warmii wydanej
w 1917 roku. Przez trzydzieści lat proboszczem parafii był Wacław Osiński
piastujący godność prezesa Banku Polskiego w Olsztynie. Został zmuszony do
rezygnacji z probostwa po dojściu Adolfa Hitlera do władzy. Jego miejsce zajął
bardziej „spolegliwy” Paweł Kaczorowski.
Zmarł 29 października 1939 roku pobity w lesie przez bojówkę Sturmabteilung (SA). O jego następcy,
księdzu Scharnowskim, niewiele wiadomo. Poza tym, że w 1941 roku skazano go na
18 miesięcy więzienia za niechęć wobec przekształcenia kościoła katolickiego w
niemiecki kościół narodowy [2]
Butryny pod letnią burzą |
We wspomnieniach butrynian o wydarzeniach z 1945 roku przewija się nazwisko księdza Drewnowskiego, który – podobno – ugościł Maksymiliana Kallera powracającego z wojennej tułaczki. Biskupem Warmii Maksymilian Kaller został 18 października 1930 roku. Ponoć sprzyjał Warmiakom z polskimi korzeniami, acz w przeddzień ataku na Polskę we wrześniu 1939 roku zakazał wygłaszania kazań w języku polskim. Między innymi z myślą o polskich Warmiakach wybudował w Braniewie w latach trzydziestych nową siedzibę najstarszego na Warmii seminarium duchownego. 7 lutego 1945 roku gestapo wywiozło go do Gdańska a potem w głąb Niemiec. Do Olsztyna wrócił w sierpniu 1945 roku. Pieszo, podwodami, okazyjnym transportem. Do kościoła w Butrynach dotarł w zniszczonym odzieniu. Ksiądz rozpoznał go po pierścieniu, insygnium biskupa. Ugościł na plebani, doprowadził do porządku, załatwił podwodę do Olsztyna. Biskup Kaller zamierzał przenieść siedzibę diecezji do Olsztyna. Nie zdążył. 13 sierpnia 1945 roku nakazano mu opuszczenie Polski. Trzy dni później, po rozmowie z kardynałem Augustem Hlondem, złożył rezygnację, zatrzymując jedynie tytuł biskupa warmińskiego.
Z powojennych księży poznałem tylko Franciszka Malinowskiego, człowieka
wielu zainteresowań. Odwiedzał nas, odkąd rodzice zamieszkali w Łajsie.
Zachodziłem do niego na plebanię, szukając materiałów do moich studenckich prób
literackich o regionie. Proboszczem został w
1962 roku i był nim aż do śmierci w 1992 roku. Zmarł skutkiem
nieuleczalnej choroby. W przeddzień operacji wygłosił pożegnalne kazanie, które
zakończył słowami:
- Moi parafianie. To moja ostatnia msza (…). Idę do szpitala na operację,
(…) chyba już z tego nie wyjdę.
Był taki, jakim go zapamiętano. Lidia Hohmann wspominała [2], że „prawdziwa warmińskość skończyła się razem z księdzem Malinowskim. Za niego to jeszcze łosiery chodzili na odpust. I on taki mocno robotny był. Potem się to skończyło. Tego Malinowskiego to każdemu żal, bo on tak potrafił żyć z ludźmi”.
Długo zachodziłem w głowę, czym były łosiery. Dopiero w „Ludziach
dnia wczorajszego” znalazłem literackie objaśnienie lokalnych pielgrzymek
między parafiami na Warmii [37].
Jan Karetko, leśniczy, mówił z kolei: „Była tu w Butrynach szczególna
osobowość, niesamowity człowiek, ksiądz Malinowski. Znał jak nikt realia
tamtych czasów i wiedział, jak się w nich znaleźć. On był chyba pierwszym z
tych, do którego przyjeżdżali partyjni prominenci (…), których żony zmuszały do
kościelnych ślubów albo chrztu dzieci (…). Nieraz pytałem: - Jak ty możesz
takim, co progu kościoła nie przekroczyli, udzielać sakramentów? Odpowiadał, że
jest tylko sługą bożym i Bogu służy, a on już takiego czy owego sam rozliczać
będzie.”
W słowach księdza Franciszka pobrzmiewało Marcelowskim „pozwól drugiemu
być” [11].
Nie wiem, czy Franciszka Malinowskiego z Józefem Tischnerem łączyło coś
więcej oprócz pochodzenia. W jego postawie, zachowaniu,
uczynności, tolerancji odnajdowałem jednak to, o czym wielokrotnie mawiał
Tischner:
- Kościół to przede wszystkim wspólnota wiernych.
Miał jeszcze jedną umiejętność. Uśmiechał się oczami. Jak Tischner czy jego
przyjaciel Antoni Kempiński, krakowski psychiatra o międzynarodowej sławie,
wybitny znawca ludzkiej duszy i mimowolny filozof zarazem. Kępiński na widok
Tischnera zwykł mawiać:
- Józku, masz terapeutyczną gębę [11].
O księdzu Franciszku myślałem podobnie. Praktykował terapeutyczny sposób
bycia.
Nigdy podczas naszych rozmów nie odniosłem wrażenia, że rozmawiam z
księdzem. Dyskutowałem z człowiekiem, który zaczynał wiejskim urwisem, na
pewien czas uległ sowieckiej indoktrynacji na kresach, zostając najmłodszym w
okolicy kierownikiem мaшинoй-тракторнoй станций obsługującej pobliskie
sowchozy i kołchozy, a potem ku zdziwieniu bliskich podjął naukę w seminarium
duchownym. Przez kościół trafił do Butryn i tu pozostał do końca.
Krótko mówiąc, miałem do czynienia z człowiekiem obdarzonym przez los
życiowym doświadczeniem na miarę zajmującej biografii.
W 1978 roku przejął ewangelicki kościół w Nowej Wsi, gdy wspólnoty
protestanckiej nie było stać na jego utrzymanie. Dostosowując jego wnętrze do
potrzeb liturgicznych, kazał – podobno – zbić z tynków napis szwabachą nad
głównym ołtarzem. Słysząc o tym, pomyślałem:
- Nie z własnej woli.
Józef Tischner użyłby dosadniejszych słów. Podczas dyskusji z alumnami
krakowskiego seminarium duchownego określał dialog w kościele powszechnym
mianem „dysputy dupy z kijem” [11].
Wiejski proboszcz nie śmiałby przeciwstawić się diecezjalnej zwierzchności.
Nawet jeśliby wygłosił argument o konieczności zachowania historycznej materii
zabytkowego obiektu sakralnego.
Z perspektywy czasu mam żal do siebie, że z księdzem Franciszkiem
rozmawiałem za mało. Trawestując słowa Jana Twardowskiego, powinienem był
śpieszniej poznawać ludzi. Za szybko odchodzą. Każda śmierć osoby bliskiej
sprawia, że jest nas samych coraz mniej.
[1]
Praca zbiorowa pod redakcją Wojciecha Altmajera: Księga Edenu 1992-2017.
Olsztyn 2017
[2]
Praca zbiorowa pod redakcją Izabeli Lewandowskiej: Trwanie Warmii 600 lat
Butryn. Urząd Gminy w Purdzie, Agencja Wydawnicza REMIX. Purda – Olsztyn 2012
[11]
Wojciech Bonowicz: Tischner. Świat Książki. Warszawa 2003
[37] August Klemens Popławski: O
ludziach dnia wczorajszego. Grupa WM. Olsztyn 2018
Piękne
OdpowiedzUsuń