 |
| Zdjęcie Małgosi |
Pływanie
kajakiem ma w sobie coś z magii. Nic, że chmury przykryły niebo i nie było
fotograficznego światła. Kiedy tylko usadowiłem się na podniesionym siedzisku,
poczułem się w swoim żywiole. Tego mi zabrakło wiosną, gdy nie mogłem. Małgosia
wsiadła z pomostu. Było jej łatwo, bo Łyna wezbrała – jej koryto wypełniło się
wodorostami, grążelem, odrastającymi łanami szuwaru. Do krawędzi łąki zabrakło pół
metra. Gdy jej sięgnie, krzyżówki będą miały używanie w zalanej bujnej trawie
za kępą łozy.
Odbijamy.
Para łabędzi, która spłynęła spod mostu, ustępuje miejsca i zatrzymuje się na
płyciźnie za nurtem. Tym razem nie odchowały piskląt. Trzymam wiosło. Jakby
przyrosło do dłoni. Zanurzam je w wodzie, która miękko ustępuje. Kajak
przyspiesza. Płyniemy pod prąd. Jest tak, jak tego oczekiwałem. Naprawdę czuję
błogość. Kajak to sprawia. Łyna to sprawia.
Mijamy domy
na podniesionych brzegach. Przepływamy obok wierzby, która zwiesiła koronę nad połową
nurtu i głaszcze wodę witkami. Pomosty przy bieda domkach są już mokre od
spodu. Jeszcze trochę i znikną pod wodą.
I oto most drogowy. Pod przęsłem jaskółki
śmigają za owadami. Podlatują do gniazd we wnękach, by nakarmić młode. Niektóre
z gniazd już się rozpadły. W jednym wciąż siedzą dokarmiane podrostki. Mają
jeszcze żółte dziobki. Niebawem też wylecą i wypróbują siłę skrzydełek.
Wypływamy na
jezioro korytarzem z szuwarów, szaleju, pałki, lancetowatych liści szczawiu. We
wnętrzu mierzwy panuje ruch i hałas. To świerszczaki, trzciniaki. Wtórują im
żaby. Że jeszcze im się chce w lipcu. Słychać skrzekliwe krakanie spłoszonej
czapli. Uniosła się z wnętrza bagiennej wysepki i leci za gęstwą liści i łodyg.
Jeziorna toń nie
zarosła jeszcze chmurami wodorostów i kępami osoki. Łyski i krzyżówki nie
wypływają na taflę. Żerdzie, na których rozwieszano sieci, rozpadły się ze
starości. Lód tej zimy zniósł szczątki i pozbawił kormorany miejsca na
ogrzewanie skrzydeł po polowaniu. Krajobraz wciąż się zmienia.
Płyniemy
wzdłuż wypiętrzonej wyspy, długiej na ponad czterysta metrów, wysokiej na kilka
metrów, przygniecionej nienaruszonym borem, w którego wnętrzu zaległy martwe sosny
i dęby, siedliska saproksylicznych kózek i jelonków rogaczy. Nieraz fotografowałem
nad wyspą kanie, rybołowy i bieliki. Kormorany i czaple to skrzecząca
pospolitość.

Wiatr
delikatnie popycha, marszczy stalową powierzchnię wody przed nami. Powała chmur
wydaje się nieporuszona. Jakby nie zamierzała pęknąć i odsłonić niebo. Gasi
perspektywę aż do niewidocznego ujścia Łyny. Nie śpieszymy się. Kajak i tak
sunie ku zbiegającym się w oddali brzegom. Las śpiewa. Wiosła pluskają. Dziób
gra na wzbierających grzbietach fal. W końcu płyniemy wzdłuż leśnego brzegu
zasłoniętego łanem tataraku i jeżogłówki obwieszonej kolczastymi kulkami owoców,
w sąsiedztwie kosaćców i trzciny. Nie czujemy jednak oporu pod kajakiem. Woda w
jeziorze wysoka. Osoki pod kadłubem nie widać. Glonów i wodorostów też –
jeszcze się nie rozpleniły w toni i na mulistym dnie.

Wpływamy w
przesmyk między jeziorami. Łyna jest jakaś ospała. Nie czuć oporu spływającej
wody. Witają nas kikuty obumarłych brzóz i resztki rozpadającej się łozy. Jesteśmy
obok porzuconego żeremia. Jego kopuła zapadła się ze starości. Przed nami
podrywa się siwa czapla. Nie kracze. Odlatuje nad jezioro. Zniechęcił ją plusk
wioseł. Znowu zakola, zakręty, podniesione brzegi pod kolumnami sosen, gdzie
onegdaj fotografowaliśmy stado jeleni w świetle świtu. Tam gdzie sucho oglądamy
rozplenioną dziewannę. Zakwitła.
Za podwójnym
zakrętem, nad którym rozsiadły się kaliny, tworząc ścianę dojrzewających kiści
owoców, wpływamy w korytarz z trzcin i martwych brzóz dźwigających naręcza
wysuszonej jemioły. Trzciniaki i trzcinniki ogłuszają nas trelami. Przesiadują
na kikutach wysuszonej łozy i na miotełkach trzciny. Jest naprawdę świątecznie.
Tutaj buszują bobry, przeprawiają się brodem jelenie i dziki.
I oto otwiera
się kolejne jezioro. Perkozy nas ignorują. Plączą się między nielicznymi liśćmi
grążeli, bujają się na drobnej fali, czyszczą pióra. Wiatr delikatnie popycha
na środek. Nie płyniemy w poprzek rozlewiska. Kieruję kajak wzdłuż brzegu ku
szczątkom powalonej wierzby. Wystające z mierzwy konary kontrastują z bujnym
otoczeniem. Obraz przykuwa uwagę. Martwy ent służy czaplom za punkt widokowy.
Kierujemy się
ku łąkom i kępie brzóz nad kolejnym ujściem Łyny. Jest szaro. Chmury ani myślą
ustąpić, chociaż nad lasem i dachami domów w otoczeniu drzew pojawił się
jaśniejszy pasek. Płyniemy w towarzystwie perkozów, starych i młodocianych
podlotów, które już pozbyły się pasiastego umaszczenia. Ptaki nie okazują
strachu. Nieopodal ujścia pływają łabędzie z trójką puchatych dzieciaków. Te
już nie moszczą się między skrzydłami rodziców. Wyrosły. Tata ustawia się
między nami a rodziną. Nie przejawia agresji. Daje się fotografować. Za nimi
śmieszka. Pozuje. Ani myśli odlecieć.



Trzciniaki
rozrabiają w trzcinach. Świerszczaki szyją do wtóru. Kosy i wilgi śpiewają na
skraju lasu. Jakiś dzięcioł próbuje werbli. Wszystko to w scenerii stawu
oddzielonego od nurtu krótkim przejściem i domów rozrzuconych wzdłuż brzegu.
Nad dachem jednego z nich stoi martwa sosna o powykręcanych konarach.
Prawdopodobnie ugodzona piorunem. Plątanina gałęzi na tle ściany drzew skupia
uwagę. Tutaj obracam kajakiem, szukając bobrów. Te się jednak nie kwapią,
chociaż wokół świeże ślady żerowania. Kiedy płyniemy wzdłuż szpaleru olch,
kilka z nich zaległo wzdłuż brzegu, kilka pochyliło się nad rzeką i zrzucało
zeschnięte liście. Zakątek już nie chroni przed słońcem w zenicie. Z bliska
widać przyczynę – zostały podgryzione przez bobry. Reszty dokonała zima mokrym
śniegiem.

Przed mostem
we wsi zawracamy. Słońce się nie kwapi. Chmury nadal wiszą nad krajobrazem. W
trzcinach na wysokości rozbudowanego żeremia portretujemy białą lilię z jej
odbiciem w lustrze wody, ptasich solistów i nagrywamy ich śpiewy. Połowa lipca
a one wciąż się popisują.
Spływamy
niechętnie. Prąd śpiący. Niesie ku mojej kultowej kępie brzóz nad ujściem Łyny.
Najstarsze drzewo traci już gałęzie. Tylko gruby pień i zmurszałe konary
opierają się wiatrom, nadal służąc czaplom i błotniakom za strażnicę. Krzak
łozy na zakręcie też obumarł i osiwiał od wiatru, deszczu i słońca. Jeszcze w
ubiegłym roku był bujny i chronił zimorodki. Rzeka się zmienia. Co roku widzę
ją inną. Podpływając do kępy brzóz, dostrzegam czaplę na konarze. Stoi z
rozdziawionym dziobem i wyprostowanym językiem. Jakby się chłodziła.
Fotografujemy ją. W tym szarym świetle czapla i martwa brzoza są niczym obraz z
japońskiej akwareli. Każdy szczegół delikatny, ulotny, nieomal nierealny.




Kiedy
odlatuje wracamy pod wiatr i fale. Chmury zaczynają się rwać i odsłaniać plamy
nieba. Jezioro i las wokół rozjaśniają się. Krajobraz robi się bardziej…
architektoniczny. Niczym miły oczom landszaft – jakby powiedział Wańkowicz.
Przebywszy jezioro w poprzek, zamarudziliśmy w przejściu do następnego jeziora.
Jeszcze kilka tygodni i kaliny będą witać kiśćmi rubinów. Plącząca się pod nimi
krzyżówka ani myśli odlatywać. Pozuje. Chyba jest młoda. Odfruwa bez
przekonania niedaleko i chowa się w kępach rozłożystej turzycy.

Ostatnie
jezioro wita nas wiatrem i falą. Płyniemy wzdłuż wschodniego brzegu, gdzie
ciszej. Wszystkie kładki obstawione przez wędkarzy. Musimy trzymać się z dala
od spławików. W prześwicie między brzegiem a wyspą otwiera się widok na
podniesiony pagórkiem kościółek. Widać tylko dach i wieżę między koronami
wyniosłych drzew. Wieści koniec spaceru. Małgosia chce po wschodniej stronie
wyspy. Odmawiam. Tam buszuje wiatr, popychając fale. Po zawietrznej jest flauta
i krajobraz jeziora zdecydowanie ciekawszy, nieobciążony antropogenicznymi
śladami. Można odłożyć wiosło i się foto-napawać...
Wyspa kończy
się cyplem i wystającym z błota wykrotem olchy, która runęła kilka lat
wcześniej, pozbawiając panoramę wsi charakterystycznego akcentu. Płyniemy wzdłuż
mierzwy skrywającej ujście Marózki. Przepływamy pod mostem w towarzystwie
błyskotliwych jaskółek. Snujemy się przez wieś.
Odstawiamy
kajak, kiedy Łyna jest już w pełnym słońcu.