Spycham kajak
na wodę. Wsiadam. Moszczę się na siedzisku z kapoków, chwytam wiosło, odpycham
się od brzegu. Kajak delikatnie się buja na wodzie. Jest cisza przedostatniej
lipcowej nocy. Łyna ściele przede mną czarną wstęgę wody. Trzciny milczą. O
drugiej w nocy ptaki śnią. Księżyc w pełni ciska swoje odbicie na środek nurtu.
Wiosłuję, starając się nie rozpraszać ciszy. Dziób tańczy w lewo, w prawo, w
lewo, w prawo... Mijam uśpione domy. Mijam wierzbę, która pochyliła się nad wodą,
zostawiając wąskie przejście między gęstwą witek a brzegiem z tataraku.
Przepływam pod mostem. Plusk wody odbija się twardym echem od przęsła i
przyczółków. Z boku wpada Marózka. Jej korytarz ginie między ścianami wodnej
mierzwy. Za zakrętem widzę wyjście na jezioro. W ciemnościach niewiele widać.
Księżyc nie prześwietla ściany trzcin, sitowia, pałki obrastającej wnętrze
bagiennej wysepki, nieoczywistego przedłużenia półkilometrowej wyspy na
Kiernozie.

Skręcam w
przejście na północną zatokę. Wysoka woda zakryła polanę wodorostów
poprzerastanych kępami szczeciniastej osoki aloesowatej. Nic nie trze o spód
kajaka. Tafla wody jest pusta. Gdzieś daleko kracze ochryple czapla. Nie widzę
jej, chociaż ciemność rozświetla księżyc w pełni. Próbuję fotografować jego
poplamioną tarczę i prawie nieruchome odbicie na wodzie. Cisza się pogłębia,
kiedy kajak nieruchomieje na wodzie. Aparat nie stawia oporu. Słyszę migawkę.
Zdjęcia są nastrojowe. Księżyc w delikatnych obłokach, jego odbicie pod kreską
symetrii, ściany czarnego lasu na brzegach i wyspie, nieruchoma woda, której
nie mąci żadna fala… W takim entourage’ou czas zdaje się zamierać. Kiedy
kajak mimo woli obraca się ku wsi, fotografuję brzask na północy i wschodzie
nad mostem z latarniami, nad konturami domów między drzewami…

Chwytam
wiosło. Płynę nieśpiesznie po zachodniej stronie wyspy. Ciszę rozjaśnia trel
zaspanego trzcinniczka. Milknie, gdy wypływam na środek rozlewiska. Wiosłuję
nieśpiesznie, zostawiając za sobą ciche zawirowania wzniecane piórami, nieśmiałe
fale odbiegające od dziobu i zamierające na rozległej tafli. Obraz księżyca na
wyblakłym granacie nieba i nad konturami nadjeziornego boru skłania do
kolejnych zdjęć. Powoli przesuwający się krajobraz hipnotyzuje. Kiedy dopływam
do ujścia rzeki, widzę kontury łabędzi odsuwających się pod brzeg. Obraz wydaje
się nierealny. Kajak rozcina taflę. Nurtu prawie nie czuję. Kikuty umarłych
brzóz i łozy snują się w poświacie księżyca.



Jestem sam.
Na zakolu budzę żaby, które odpowiedzą nieśmiałym rechotem z trzcin i zaraz
zamilkną. Gdzieś tutaj jest pastwisko jeleni. Wnętrze lasu jednak ciemne.
Niewiele widać. Jeszcze mniej słychać poza pluskiem leniwie zanurzanego wiosła.
Czuwam, licząc, że usłyszę szelesty zwierząt przechodzących brodem, albo bobra
nurkującego w oczerecie. Pod kalinami, które już obsypały się kiściami
dojrzewających jagód (zobaczę je rano), śpią jedynie dzikie kaczki. Nie
reagują, gdy mijam je, płynąc tuż przy drugim brzegu.



Za kępą
brzóz, z których zostały kikuty z kępkami uschniętej jemioły, rozgarniam
trzciny i wypływam na jezioro. Kajak zastyga na liściach grążeli. Fotografuję
krajobraz zmiękczony delikatną mgłą. Z południa nadbiegają lekko wyczuwalne
podmuchy, marszczą wodę. Odbicie księżyca zmienia się w rozedrganą smugę. Towarzyszy
mi z boku gdy celuję kajakiem w światła uśpionej wsi. Pod lasem na wzniesieniu
majaczą kontury dachów. Dziób kajaka wygrywa cichy rytm. Samotność w takim
krajobrazie urzeka.


Kępa brzóz
nad ujściem odcina się od tła nieba. Księżyc zmienia szatę na cieplejszą,
wieszcząc astronomiczny świt. Rozgarniam wiosłem mierzwę wodorostów
pokrywających rozległą płyciznę. Tarcza księżyca wędruje poza konarami drzew, w
miarę jak podpływam do zakola, za którym otworzy się aleja ze steranych olch.
Zaglądam na chwilę we wnętrze stawu pod domami na pochyłościach. Lustra wody
nie rozcina żaden trójkąt fal, chociaż to zakątek bobrów. Zawracam na rzekę.
Zatrzymuję się w dywanie glonów. Z szuwarów dobiega monotonny plusk. Domyślam
się tarła uklei. Za plecami rozrabiają kaczory. Burzą wodę. Walczą ze sobą,
chociaż pora godów już dawno za nimi. Łyna śpi. Powierzchni jej nurtu nie
marszczą kręgi fal po rybich wyskokach. Odbicie księżyca wydaje się klarowne.
Filmuję ową niepowtarzalną chwilę lipcowego lata z księżycem na środku
krajobrazu. Zastygam w niej, dopóki nie zaspokoję ciekawości.
Wiosłuję pod
most wzdłuż starych olch, żeremia, zarastających kanałów, które rozerwały
podmokłe łąki, łęgu, skąd zerwała się para siwych czapli, i stawów za groblą.
Pod przęsłem pochylam głowę, by nie zahaczyć o beton. Kajak przemyka siłą
bezwładności na kąpielisko. Prostując się, sięgam znowu po wiosło.
Opuściwszy
wiejskie zabudowania, zatrzymuję się nieopodal zmurszałej kładki, by nagrać
strzyżyka. Dał popis. Do końca występu jednak go nie namierzyłem.

Płynę. Kajak
szoruje w dywanie grążeli. Woda snuje się między liśćmi. Nie stawia oporu.
Wybieram miejsca, gdzie nurt jest odsłonięty. Lawiruję między wystającymi
konarami i zanurzonymi pniami. Nie śpieszę się. Wzrok grzęźnie w perspektywie
leśnego tunelu. Na zakręcie widzę pochyloną olchę, już bezlistną. Zakątek
stracił urok. Przestał chronić zimorodki, które tutaj uczyły młodzież
nurkowania za rybkami. Kępa szaleju na spróchniałym pniu też zniknęła. Wpływam
w wąskie przejście między brzegiem a ściętym czubem starej olchy, zmierzam do
kolejnego zakrętu. Za nim łęg gęstnieje, ścieląc półmrok. W oddali za plątaniną
pni i gałęzi widzę białe kształty. Łudzę się, że to czaple. W miarę zbliżania
się złudzenie pryska. To łabędzie z dwójką młodych w szarym puchu. Rodzina
odpływa do Morza. Zwalniam. Nie chcę naciskać. Za przemeblowanym przez zimę
labiryntem z pni wpływam na jezioro. Łabędzie pozują. Robię zdjęcia. Powoli
wiosłuję, nie budząc niepokoju. Samiec ustawia się do obiektywu. Widzę jego
symetryczne odbicie. Woda pozostaje nieruchoma.






Wydostawszy
się ze zbitych liści grążeli, wypływam na środek rozlewiska. Księżyc szykujący
się do zachodu wyłania się spoza drzew. Błyszczy w złotej godzinie. Krajobraz
wygląda tak, jakby ktoś go malował akwarelą albo suchymi pastelami. Rzadki
widok. Tej ciszy i spokoju nie psuje żaden dźwięk i ruch. Jeziorne lustro
pokrywa nalot baniek gazu uwolnionego z dna i wodorostów, rozmazując odbicia
brzegów.
Wpływam na
najbardziej magiczny odcinek Łyny, między łany szuwarów, przekwitłych starców,
oczeretu, olchowego łęgu zasłaniającego odległe ściany boru. Brzask
rozjaśniania dolinę. W oddali pobrzmiewają żurawie. Spod wiosła uciekają ryby,
wzniecając fale. W łodygach i liściach zarośli uwijają się łozówki,
świerszczaki i trzcinniki. Czasem przelatują z brzegu na brzeg, czasem odzywają
się śpiewnie, wymieniając komunikaty z sąsiadami i dorastającymi dziećmi. W
świetle świtu nie nadążam za nimi, nawet kiedy zatrzymuję się wśród liści
grążeli i wbijam rufę między kępy ostrolistnych turzyc. Płoszę bobra. Słyszę
plaśnięcie. Rozbryzg srebrzy się w trzcinach. Płycizna nie pozwala mu
zanurkować. Bury grzbiet pręży się w łodygach. Zwierzę znika w mierzwie.
Obiektyw ostrzy, gdzie nie chcę. I tyle ze spotkania. Z unieruchomionego kajaka
mogę fotografować co najwyżej rysunki trzcin na tle łuny od skradającego się
pod horyzontem słońca. Zobaczę je, kiedy wypłynę na Brzeźno.


I oto mój
szczególny kąt. Z zająca został rozdwojony kikut, pozbawiony zarostu mchów i
trawy. Za nim kwitną już tawuły. Trzymają się krawędzi brzegu z kwaśnego
czarnoziemu podniesionego warstwą kredy. To kreda nadaje charakter miejscu. Mijam
kępę brzóz. Część z nich runęła do wody i zdążyła już rozlecieć się pod naporem
lodu. Trzciny coraz śmielej wkraczają na nurt. Pochylam głowę pod gałęziami
łozy i olch, mijam kępy kaliny obsypanej kiściami jagód, nieco dalej porzucone
żeremie, które zapadło się pod ciężarem zarośli. Z gałęzi osiki odzywa się
kukułka. To zapewne ostatni raz w tym roku. Wtórują mu żurawie, które podrywają
się z mokradła za szuwarami. Przepycham się przez trzciny zarastające środek
nurtu. Wokół śmigają jaskółki, witając wschód słońca. Wypływam z cienia i
dywanu grążeli. Pod kajakiem swobodne lustro wody. Odbija odległe brzegi.
Nieśmiałe mgiełki zostają w szuwarach. Nad głową frunie zrzędliwa czapla.
Perkozy snują się na środku rozlewiska. Młodzież w pasiakach domaga się
karmienia, lecz dorosłe nie kwapią się. To już pora, kiedy głodomory powinny
same polować. Słońce wyskakuje ponad drzewa. W jego pojawieniu się nie ma nic
spektakularnego. To naprawdę jest cisza i flauta. I tylko te jaskółki. Wszędzie
ich pełno. Nie dają się jednak uwiecznić na matrycy aparatu. Kiedy celuję
obiektywem, one odlatują na dalsze plany.




Kiedy
przepycham się przez polanę grążeli, których liście są już niemiłosiernie
podziurawione przez owady, szarynki grzybieniówki, i ślimaki, słońce jest już
wysoko. Podziurawione i zmacerowane liście oznaczają, że lato wkroczyło w
dojrzałą fazę. Wpłynąwszy między kępy pałki, obracam się ku światłu, próbując
wydobyć więcej magii. Niestety powietrze staje się klarowne, mgła gdzieś znika,
od samotnych gospodarstw niesie się poszczekiwanie psów. Magię diabli biorą.
Pozostaje tylko złota godzina, obdarzając bujne zarośla brzegu, którego się
trzymam, niezwykłymi odcieniami zieleni.



Szuwary i
oczerety coraz gęstsze. Korytarze, których usiłuję się trzymać, coraz węższe.
Labirynt przejścia między jeziorami coraz mniej czytelny. Zasłaniam obiektyw. Z
liści, łodyg i kwiatostanów skapuje rosa. Ubranie nasiąka wilgocią. Zarośla
oplatają wiosło. Coraz trudniej brnąć pod brzegiem, nad którym stoi dom
samotnego gospodarstwa. O tej porze roku ścieżka staje się nieoczywista. Pomaga
pamięć. Dzięki niej przepycham się do zrujnowanego pomostu. Jego deski
zmurszały i zapadły się. Właściciela nie interesuje już naprawa.



Wypływam na
jezioro. Jest całe zarośnięte. Taflę pokrywa dywan baniek uwolnionych przez
wodorosty wypełniające toń. Słońce razi. Odwracam się ku ujściu rzeki. Jest
całe zarośnięte grążelem. Rozpędzam kajak, ale grzęźnie na skotłowanych
liściach. Omotane wodorostami wiosło ciąży. Z trudem przepycham się na
swobodniejszą wodę. Jedno ramię rozwidlenia zostało zatkane przez podmytą
olchę. Upadła pod ciężarem śniegu podczas ostatniej zimy. Płynę przez dostępne
przejście pod kolejną pochyloną olchę. Zakątek się zmienił.


Zaglądam we
wnętrze lasu, rozjaśnione plamami światła. Jest puste. W ciszy pobrzmiewają
nieśmiałe nuty niewidocznego ptactwa. Słyszę kwilenie czarnego dzięcioła. Też
się chowa. Potem rozbrzmiewa klangor żurawi bytujących za Krzyżem. Ich głos
wzmacnia wielokrotne echo od ścian doliny. Wydostawszy się gęstwy zasłaniającej
jezioro, widzę już tylko odlatującą w kierunku źródeł Łyny parę. Jej ujście
kusi. Wpływam w wąski korytarz między wybujałe kępy turzycy. Jest tak bujna, a
nurt, chociaż wartki, przeciska się między kępami pływającej trawy, że dalsze
podpływanie wygląda na bezsensowne. Do najdalszych miejsc matecznika dopływałem
zwykle wiosną, najpóźniej w czerwcu. Wycofuję się. Wiosło już się nie przydaje.
Jest za wąsko. Burty skrzypią. Nie ma gdzie obrócić kajaka. Wypływam tyłem.




Robi się
ciepło. To zapowiedź upału. Muszę przed nim wrócić. W ujściu odwracam kajak.
Oglądam Krzyże we flaucie. W niewzruszonym lustrze przegląda się las na
wyniosłych brzegach. Widok odstręcza od zanurzenia wiosła, ale przymus powrotu
po nocnym markowaniu naciska. Płynę. Celuję w wąskie przejście między brzegiem
a krańcem łanu pałki, sitowia, jeżogłówki, które splątały się w mierzwę nie do
przejścia. Roztrącając przybrzeżne skrzypy, wodorosty pod kajakiem, zalegające
łodygi połamanych trzcin, przedostaję się do przejścia między jeziorami. Nurt
niesie leniwie między podmokłym olsem a sosnowym borem na morenowym stoku.
Światło słońca penetruje komysze między kolumnami drzew. Obrazy wyniosłych olch
i ich odbić w nieruchomej wodzie nieodmiennie prowokują do zdjęć. Przepatruję
leśne wnętrze wypełnione gęstym podszytem i ziołami. Jest bajkowo. Tylko
zwierząt brak.

Kajak staje
przed pochyloną olchą, która z odbiciem tworzy kontur serca krajobrazu. Drzewo
pochyla się stopniowo ku wodzie. Jego gałęzie wiotczeją…



Jestem na
jeziorze. Kieruję się do pomostu, który zapada się coraz bardziej z
próchniejącymi podporami. Stał się bezużyteczny. Służy tylko kormoranom,
czaplom i mewom. Wbijam się w sitowie. Wypatruję połamanych łodyg i prześwitów
w gęstwie. Ścieżka w labiryncie nieoczywista. Wiem jedno: mam trzymać się
brzegu z gospodarstwem na łagodnym wyniesieniu. Wyplątawszy się z zarośli płynę
zachodnią stroną zarośniętej zatoki. Kajak szura na liściach grążeli, toruje
sobie drogę w chmurach wodorostów na mulistym dnie. Płoszę ryby. Wzniecają
fale, uciekając w mroczne przestrzenie toni. W oddali snują się łabędzie i
perkozy. Jeden z łabędzi startuje do lotu, uderzając łapami w wodę. Próbuję go
uspokoić półgłosem. Rozbryzgiwana woda zagłusza przemowę. Łabędź ląduje na
końcu zatoki. Omijam go z daleka, płynąc torem swobodnego lustra wzdłuż
obszernego półwyspu dźwigającego łęg, siedlisko czarnych dzięciołów – te znowu
kwilą niczym zagubione dzieci. Ich śpiew niesie nostalgię.





Przebijam się
przez dywan zbitych grążeli. Jezioro wydaje się rozległe, ale dotyka go coraz
większa atrofia. Na całej powierzchni są owalne liście, na środku rzadkie. To
świadczy, że toń nie jest głęboka. Kiedy jednak próbuję zmierzyć ją wiosłem,
odczuwam delikatny opór mułu. W oddali przelatuje bielik. Jest za daleko, by go
sfotografować. Odprowadzam go wzrokiem. Płynę pod słońce i jego jaskrawe
odbicie w wodzie. Zamykam powieki. Nie da się patrzeć. Zasłaniam twarz daszkiem
bejsbolówki. Dziobem kajaka zasłaniam samo odbicie. Jaskółki ze świtu odleciały
znad trzcin zasłaniających nurt. Z ulgą rozpycham liście grążeli, wpływam na
zarośnięty nurt, w cień krzaków i olch za ścianą wodnej gęstwy. I oto zakole
pod porzuconym żeremiem. W mętnej wodzie nie widzę słodkowodnych gąbek. Skręcam
w tunel pod olchami i osikami. Prąd ożywa. Kajak przyspiesza. Wiosłuję od
niechcenia i próbuję fotografować ptasi drobiazg w trzcinach.

Światło
zalewa rzekę. Nastrój świtu opuszcza jej zakątki. Na niebie snują się delikatne
obłoki. Tawuły nad pokładami kredy wyglądają inaczej niż kilka godzin
wcześniej. Rozpięte na liściach tataraku i jeżogłówki pajęczyny błyszczą
kroplami rosy. Za Morzem zanurzam się w cieniu leśnej alei. W niektórych
miejscach płynę pod gotyckim sklepieniem konarów. Znowu zaliczam labirynt z pni
i konarów wystających z wody. Las jednak jest cichy. Ptaki już porzuciły
wiosenne wzmożenie.

Przepływam
pod mostem. Pochylam się pod przęsłem odbijającym twardym pogłosem plusk wody.
Mijam krzyżówki, które panicznie uciekają wzdłuż rzeki. Na osypującej się z
konarów brzozie widzę czaplę. Odlatuje, zanim ustawię kajak do fotografowania.
Niebawem wypływam na mały Kiernoz. Fotosesja z perkozami, symetrycznym krajobrazem
we flaucie. Za kolejnym fragmentem Łyny wpływam na większy Kiernoz. Trzymam się
zachodniej strony wyspy, chwytając ostatki cienia od drzew. Potem rzeka,
jaskółki w trzcinach i oto przystań mazurskich kajaków. Upał już dokucza.