piątek, 11 stycznia 2019

Jezioro Łańskie w sierpniu


Moja ulubiona pora roku zaczyna na przedwiośniu, kończy w lipcu. Od sierpnia zaczyna się nostalgia w stylu „ptaków tyle, zieleni tyle, lato, zaczekaj chwilę”. Teraz jest środek zimy. Czas rozpamiętywania. Dzisiaj o Jeziorze Łańskim w sierpniu.


Podczas flauty gładko się pływa. Kajak sunie po wodzie, nie buja. Wiosłowanie sprawia przyjemność. Łatwo złapać rytm. Rytm odpędza uczucie znużenia. Płyniemy ku wyspie, kolonii lęgowej kormoranów, kruków i kani. 


Kormorany debatują na konarach zatopionego drzewa. Runęło z podmytego brzegu kilka lat wcześniej, tworząc matecznik. Ptaki grzeją się w słońcu. Gęgają. Otwierają dzioby, chłodząc języki. Dają ku sobie podpłynąć. W końcu jednak, kiedy przekraczamy niewidzialną granicę, uciekają. Jeden z nich opadł na wodę. Poczuwszy jej opór pod łapami, wystartował z impetem. Kaczki w tle nie uległy jednak popłochowi. Zostawiamy je pod trzcinami.





Mijamy wykroty, zasieki obnażonych konarów i gałęzi, kąty pełne zarośli i podszytu pod starymi olchami, które zakryły przed oczami wnętrze wyspy i kolonię pełną gniazd w konarach drzew. 



Za wyspą otwiera się niezmącone jezioro. Żadnej fali. Flauta w czystej postaci. Pod niebem z kłaczkami chmur lub pozostałością smug kondensacyjnych po przelatujących samolotach. Wszędzie widoki z symetrią: obrazu i jego odbicia w wodzie. Fala odbiega spod dziobu i zamiera w oddali. Przecinamy jezioro w poprzek, celując w zatokę pod ścianą puszczy. 




Nad półwyspem kołuje błotniak. Próbuje coś przekazać. Słyszymy dobiegające z góry kwilenie. Przywołujące obrazy z wiosny i początku lata, kiedy jezioro i Łyna pełne życia. Wołanie błotniaka nie zastępuje jednak ptasich koncertów. Trzciniaki i trzcinniki już nie śpiewały. Mewy, jeśli się odezwały, to nie w obronie gniazd i kolonii w szuwarach.


Wpływamy do zatoki. Odbiwszy od krzyżówki pielęgnującej pióra na konarze, nie reagującej na naszą obecność, dostrzegamy w oddali siwe czaple. Siedzą w szuwarach i na gałęziach powalonych olch. Nie są w stadzie. Każda zajęła własną pozycję nad wodą i czuwa, śledząc płyciznę. Wpływamy powoli. W nadziei, że przywykną do nas i pozwolą się fotografować. Wiosłuję od niechcenia. Staram się utrzymać kierunek. Bez pluskania. Słońce praży. Brak wiatru pogłębia wrażenie. Czaple zdają się zajęte polowaniem. Jednak nas widzą. Jest ich kilkanaście. 










Część zaczyna dreptać po kłodach. Startuje. Kilka zastaje na posterunku. Lumix daje radę. Widać coraz więcej szczegółów na ich upierzeniu. W końcu jednak kończy się im cierpliwość. Uciekają tam, gdzie już nic nie widać. Pod oślepiające słońce i jego odbicie w jeziorze.





Zaglądamy w końcową zatokę za podmokłymi wyspami. Drobny wiatr wznieca fale, które wygrywają rytm na burtach. Pojawiają się chmury, przynosząc przelatujące cienie i plamy światła. Krajobraz ożywia się optycznym ruchem. Płyniemy wzdłuż szuwarów z falą. Z jednej strony nieprzystępny brzeg, z drugiej bagienna wyspa wypełniona brzozami i olchami. Drzewom trudno żyć na takim podłożu. Część z nich zamarła. Galimatias uschniętych pni w otoczeniu przerzedzonych koron niepokoi. Zawracamy ku słońcu. Zakładam czapkę z daszkiem. Światło razi…



Jezioro Łańskie ciągnie się na przestrzeni dziesięciu kilometrów. Fala wzniecona wiatrem od Lalki ma gdzie się rozpędzić. Płynąc od leśniczówki, korzystamy z osłony wzniosłego brzegu i puszczy pochylonej nad trzcinami. Wiatr opada znad drzew, uderza o wyspę. Przy samych szuwarach nie dokucza. Fala zawija się na cyplu, tracąc impet. Za wyspą zaczyna się mozolne podejście. To przewężenie jeziora. Przypomina rozlewną nizinną rzekę. Wiatr wciska się w dolinę. Szpaler nadbrzeżnych olch, sosen, jesionów, świerków, dębów, grabów opatulonych podszytem robi za tor regatowy. 


Podmuchy uderzają w twarz, napierają na wiosła, stawiają tępy opór. Płynąc środkiem, wystawiamy się na huśtawkę. Pod naporem szkwałów fale marszczą się i pienią. Kajak wspina się. Opada. Dziób rozbija grzbiety. Wznieca kurzawę. Wodny pył bije w twarz, osiada na okularach. Oczy uciekają przed słońcem i migoczącą powierzchnią jeziora. Wydłużam pociągnięcia wiosłem. Zwalniam rytm. Już się nie złoszczę. Znajduję w sobie cierpliwość. Spacer staje się znojny i nudny. Szczęście, że to nie Mokre na szlaku Krutyni, Nidzkie układające się wzdłuż wiatru albo same Śniardwy. Tutaj cierpliwości nie trzeba na długo. Tyle by wypłynąć z przejmy na otwarty ku Lalce akwen i ustawić się bokiem.


Nic że buja. Płyniemy wzdłuż brzegu. Ptaki wymiotło z wodnej przestrzeni. Ukryły się w szuwarach i gałęziach wystających z wody. Mijamy zatokę z pomnikowym dębem, który po uderzeniu piorunem stracił ogromną część korony. Skrywa się za olchami, w głębi polany. Potem mijamy Cyrankę. Przebudowaną. Nawiązującą architekturą do warmińskich i galindzkich akcentów. Za plażą na żerdziach siedzą mewy, krzyżówki i gągoły. Przyplątał się jakiś kormoran. 


Wiosłuję pod najpiękniejszy zakątek Jeziora Łańskiego. Wschodni brzeg ciągnący się od Cyranki po nasadę półwyspu. Gdzie pomnikowe sosny i dęby, stare brzozy, lipy i jesiony pochylają się nad jeziorem, szuwarami, jasnym dnem. Nagłe podmuchy zrywają pianę z fal. Jesteśmy na przemian mokrzy i schniemy w piekącym słońcu. Biodra robią się elastyczne w takt bujania kajakiem. Małgosia trzyma się cierpliwie. Tłumaczę, że pod skarpą będzie ciszej, a powrót stanie się igraszką. Bo wiatr w plecy, po popłyniemy z falą.



Wciąż buja. Pod brzegiem jednak łapię oddech. Wiatr śmiga bokiem. Marszczące wodę szkwały trzymają się środka. Wpływamy między trzciny a brzeg. Pod konary drzew oplatających korzeniami głazy, kamienie, żwir. 






Swobodny korytarz, wolny od wiatru i fali zaskakuje. Fotografujemy. Pochyloną królewską sosnę, konary wyciągnięte w przestrzeń, obnażone głazy na skraju urwiska, brzozę, która przyjęła nieomal horyzontalną pozycję... 






W końcu dopływamy do plaży, naszego ulubionego celu spacerów ze Starej Kaletki. Nieopodal Lalki. Stąd widok na najbardziej frapującą część jeziora. Brodzimy po płyciźnie. Zadeptujemy ślady saren i bobrów na piasku pod olchami. Odpoczywamy przed powrotem. 







Już planuję trasę. Pod osłoną Lalki i trzcin. Potem obrócimy się plecami do słońca i wiatru. Będzie łatwo i miło. Będzie łagodnie bujało. Dziób kajaka będzie rozcinał grzbiety, wzniecając pianę. Już nie będę musiał wytężać rąk, barków, pleców. Fala i wiatr zrobią swoje. Byle utrzymać kierunek…


























środa, 28 listopada 2018

Łyna w Lesie Warmińskim i jesienna melatonina


I wieczne lato świeci w moim państwie.” Wiliam Szekspir „Sen nocy letniej”.





Jesień. Czymże jest jeszcze, jeśli nie tylko zwieńczeniem lata? Melatoniną na zimę dla zmysłów? Nie wiem: lubię ją, czy wręcz przeciwnie? Faktem jest, że obniżony nastrój dokucza, gdy patrzę na odlatujące bociany, czajki, żurawie, a potem na klucze gęsi ciągnące na zachód i południe. Ich krzyki brzmią jak wielkie pożegnanie. A ja nie znoszę pożegnań. Bo coraz ich mniej przede mną.






Próbuję ugasić ów egzystencjalny ból rozmową z niepowtarzalną gawędziarką: Łyną w Lesie Warmińskim. Wchodzę w grąd na grzbiecie moreny rozciętej wąwozem przełomu. Ogarniam wzrokiem wrześniowe i październikowe kąty skrywające sosny i świerki, które upadły, dęby osypujące się konarami, rozrzuconą ściółkę z liści i igliwia w otoczeniu skąpego podszytu. Wnętrze lasu zaprasza. Słońce śmielej penetruje przestrzeń. Liści coraz mniej. Ptaków też. Podśpiewują ale jakby dla zaznaczenia terytorium. Bo ten najważniejszy powód ustąpił. Wróci za kilka miesięcy.






Kiedy docieram na skraj wzniesienia, dostrzegam przebłyskującą w dole wodę. To Łyna. Gaworzy w zakamarkach niewidocznych ze stromej deniwelacji. Dopiero dalej, idąc z biegiem nurtu, dochodzę do garbu wyrzeźbionego sufozją. Po prawej urwisko, u którego podnóża babrzysko, helokrenowe wycieki, plątanina kłód i konarów oblepionych mchami i grzybami. Z lewej strony kotlina. Jej dno zapada się podmywane podziemnymi strumieniami unoszącymi piasek i żwir znad nieprzepuszczalnych pokładów iłu.




Dochodzę do końca garbu. Pod uschnięty świerk, który utracił podłoże dla swoich korzeni, w otoczeniu starych buków, dębów, klonów. Ich korzenie, wrastając w grunt zamiast penetrować glebę pod powierzchnią runa, stanowią solidniejszą podstawę. Te drzewa dłużej opierają się osuwiskom niż świerki.

Garb sufozyjny nad Łyną


Ścieżka schodzi z garbu. Widać, że wydeptana przez zwierzęta. Sprawniejsze niż ja. Innej drogi jednak nie ma. Że czasem zjeżdżam na spodniach po mokrym mchu? Nic to. Grunt, że trafiam nad szemrzącą wodę i zaczynam rozmowę. Dziwną. Bo ja tylko w myślach:
- Och! Ach! Boże, jak tu pięknie!...
A Łyna gada, tokuje, pokazuje, podsuwa wrażenia. Opowiada o życiu puszczy niczym zawodowy przewodnik posługujący się wyłącznie istotnymi słowami. Wystarczy słuchać, patrzeć, fotografować, zapamiętywać…




Trafiam w miejsce, skąd zaglądam w pierwszy odcinek przełomu za jeziorem Ustrych – wąski wąwóz bez brzegów. Klify dochodzą do wody. Skarpy sypią się w nurt, ściągając drzewa. Olchy pochylają się ku wodzie. Graby, tracąc równowagę, wiotczeją. Ich pnie, wyginając się w łuk, wypuszczają konary w formie tyraliery. Wyobraźnia natury ciągle o krok przed wyobraźnią szalonego ogrodnika, który za wszelką cenę chciałby popisać się przerośniętym bonsai.






Tutaj zaczyna się łagodniejsza część przełomu. Ścieżki wiodą skrajem brzegu. Pod koniec kwietnia polana pokrywa się łuskiewnikami. Staremu świerkowi towarzyszy wilczełyko. Skromna kępka. Każdy kwiatek na przedwiośniu cieszy. Nad wodą pokazują się zawilce i kwiatki zajęczego szczawiu. We wrześniu wszystko przykrywa dywan liści. Szeleszczą pod butami, kiedy idę ku babrzysku. Czuć jeszcze zapach rykowiska. Ślady jeleni są wyraźne. Dziki też tu były. W październiku pozostają już tylko wrażenia estetyczne – kolory dojrzałej jesieni, szelest opadających liści, szelest pod butami, plusk.







 
Salon rzeki kończy się za kolejnym babrzyskiem. Ścieżka wspina się na skarpę. Z wysokości kilku metrów, spomiędzy pni, zaglądam w jasny nurt, zakola, kąty obdarzone perspektywą puszczańskiego wąwozu. Przystaję nad zasiekami drzew zawleczonych przez rzekę na mielizny, nad wykrotami i spłukanymi pniami, z których wyrastają pędy olch, świerczków, kępy trawy, pokrzyw, leśnych ziół, czapy mchu. Łagodne zakole otwiera widok na stare olchy, które wyrosły na kępach turzycy wystających z piasku dna. Nurt opływa je z obu stron. Jego ramię pod brzegiem zdaje się już zamierać.













Schodzę nad wodę. Odsypisko na zakolu zarasta grabiną, olchami i klonami. Każde drzewo, które wpadnie do rzeki, wstrzymuje przepływ wody, sprzyja osadzaniu się mułu i piachu, podłożu dla turzycy, tataraku, kosaćców, w końcu i pokrzyw. Wzdłuż grząskich brzegów zaczynają plenić się łuskiewniki, wawrzynki, zawilce, kaczeńce, dziki czosnek, tworząc bogate runo wypełniające każdy zakamarek ziemi. Przedzieram się przez gęstwę młodego łęgu. Wszędzie widzę ślady ucztowania bobrów – ogryzione pieńki, jeleni – oskórowane pędy, rozrzuconą darń i ściółkę wokół babrzysk. Kolejny odcinek ścieżki wzdłuż wody wspina się na skarpę.


















Fotografuję spróchniały pniak po starym drzewie w towarzystwie olch broniących się przed upadkiem. Zakręt rzeki wrzyna się w skarpę. Otwiera widok na polanę pod najstarszymi dębami Lasu Warmińskiego na drugim brzegu.





Już widzę wiąz, który dominował nad zakątkiem jeszcze kilka lat wcześniej. Upadając rozpadł się i wywrócił sąsiedni świerk.







Schodząc na kolejne odsypisko rzeki, robię zdjęcia lisowi. Polował na skraju łanu zgryzionych grabów. Nie miał świadomości, że go nachodzę. Ani razu nie spojrzał za ogon. Był zaaferowany. Plusk wody zagłuszał kroki i trzask migawki. W końcu lis zniknął w gąszczu podszytu. Zszedł nad wodę. Nieświadomy, że go obserwowałem.






Lisia ścieżka mija Niemca w czarnej pelerynie, którym straszono warmińskie dzieci. Kikut drzewa sczerniał, przywodząc na myśl bajki o kłobukach.

Herr Klobuck

Rozpychałem sprężyste łodygi grabów. Schodziłem nad wodę w miejscu, gdzie rzeka stworzyła jeden z najczarowniejszych kątów w rezerwacie. Nurt za grabem o wydrążonym wnętrzu rozlewa się szeroko po dnie z piasku i żwiru, nad podwodnymi kępami ramiennic i rdestnic, zagłębieniami towarzyszącymi zanurzonym pniom, wysypiskiem muszli po racicznicach w miejscach, gdzie prąd wody znikomy. Konar w kształcie rosomaka nadal tkwi w tym samym miejscu. Zniknęła wysuszona czaszka bobra. Ktoś ją zabrał, chociaż pokryła się pleśnią i porostami.

Ptak w barwach ochronnych



Ten sam grab w październikowej aurze


Ścieżka wiedzie dalej fragmentem podmokłego łęgu. Graby, olchy, leszczyny rosną tak gęsto, że idąc między nimi muszę się rozpychać. Plecak dźwigam w ręku, by nie zawadzał o gałęzie. Odsypisko ciągnie się wzdłuż zakola do następnego zakrętu, gdzie Łyna napiera na skarpę i odbija mocno w prawo za kępą pochylonych olch. Mijam osiki powalone przez bobry i graby, które zmurszały i upadły do rzeki z trzaskiem pękającego pnia.





Wspinam się śliskim podejściem, łapiąc każdy pęd i gałąź krzaków podszytu. Z ulgą wychodzę na starą drogę. Depczę dywan opadłych liści. Przede mną zasieki pni i konarów. Ścieżka zbiega do wody. To bród wydeptany przez zwierzęta. Nieopodal sterczy kikut przegryzionej wierzby. Ubabrany błotem. To czochralnia dzików. Po kąpieli w babrzysku przychodzą do pniaka i próbują pozbyć się pasożytów skóry. Zdjęcie robiłem zapewne po nocnych zabiegach SPA. Pod spróchniałym pniakiem za rzeką wypatrzyłem jamę sięgającą głęboko pod brzeg. Kryjącą wyjście z jakiejś nory?

Tu można się poczochrać

Musiałem odejść od rzeki pod morenowy stok. Zawaliska ze starych dębów były nie do przejścia. Brnąłem przez zarośla dolnego piętra lasu. Omijałem wysięki wody spod skarp. Przełaziłem przez pnie, opierając się dłońmi o czapy mchu, spod których wyskakiwały drobne mrówki i kąsały boleśnie. Pieczenie potrafi trzymać dłużej niż po oparzeniu pokrzywami. Za cmentarzyskiem drzew odnajduję ścieżkę i drogę, która wspina się na morenę i odchodzi przez las w kierunku Rusi. Wracam ku rzece. Znowu stoję na skarpie i oglądam wyspę. Odnoga nurtu pod przeciwległym brzegiem już zarosła. Wnętrze wypełniło trzęsawisko. Tylko fala powodziowa jest w stanie napełnić odnogę wodą. Kiedyś próbowałem przejść na wyspę wilczą kładką. Nie udało się. Mech na oślizłym grzebiecie świerkowego pnia ustąpił pod butami. Z oczywistym skutkiem.



Wilcza kładka



Wiercibaba się kręci

Za wilczą kładką Łyna wpada w wąwóz. Rzeźbi klify. Ścieżka znika pod wykrotami i pniami przewróconych świerków, połamanych leszczyn i grabów. Przełażę przez przeszkody, póki i ta skromna półka się nie skończy. To kolejny przełom. Dalej nie idę. W prześwicie Łyny widać spiętrzające się przeszkody. Jedna po drugiej. Uniemożliwiające pływanie kajakiem.

























Coś się czai






Zawracam z niechęcią. Za każdym razem. W październiku słońce ujrzałem dopiero podczas powrotu. Prześwietliło nadrzeczny grąd i łęg, rozjaśniło dywan liści pod drzewami, wznieciło kontrasty. Łyna zmieniła charakter i nastrój. Poweselała. W prześwicie między koronami drzew zobaczyłem klucz spóźnionych żurawi. Krzyczały. Myślałem że to gęsi. Dopiero na ekranie komputera rozpoznałem znajome sylwetki… Jeszcze tylko spojrzenie na Ustrych. Jeszcze rzut oka na elektrownię. Operator wyłączył generatory z obawy przed liśćmi, które mogły zatkać przepływ. Jeszcze przystanek nad zatoczką Ustrycha i odpływające łabędzie… I znowu ta jesienna nostalgia w głowie.










Jezioro Ustrych
"Ptaków tyle, zieleni tyle.
Lato, zaczekaj chwilę"

Konstanty Ildefons Gałczyński
 
Lecz lato nie poczekało.