sobota, 18 lipca 2026

Pływanie kajakiem ma w sobie coś z magii

 

Zdjęcie Małgosi

Pływanie kajakiem ma w sobie coś z magii. Nic, że chmury przykryły niebo i nie było fotograficznego światła. Kiedy tylko usadowiłem się na podniesionym siedzisku, poczułem się w swoim żywiole. Tego mi zabrakło wiosną, gdy nie mogłem. Małgosia wsiadła z pomostu. Było jej łatwo, bo Łyna wezbrała – jej koryto wypełniło się wodorostami, grążelem, odrastającymi łanami szuwaru. Do krawędzi łąki zabrakło pół metra. Gdy jej sięgnie, krzyżówki będą miały używanie w zalanej bujnej trawie za kępą łozy.

 

Odbijamy. Para łabędzi, która spłynęła spod mostu, ustępuje miejsca i zatrzymuje się na płyciźnie za nurtem. Tym razem nie odchowały piskląt. Trzymam wiosło. Jakby przyrosło do dłoni. Zanurzam je w wodzie, która miękko ustępuje. Kajak przyspiesza. Płyniemy pod prąd. Jest tak, jak tego oczekiwałem. Naprawdę czuję błogość. Kajak to sprawia. Łyna to sprawia.

Mijamy domy na podniesionych brzegach. Przepływamy obok wierzby, która zwiesiła koronę nad połową nurtu i głaszcze wodę witkami. Pomosty przy bieda domkach są już mokre od spodu. Jeszcze trochę i znikną pod wodą.

I oto most drogowy. Pod przęsłem jaskółki śmigają za owadami. Podlatują do gniazd we wnękach, by nakarmić młode. Niektóre z gniazd już się rozpadły. W jednym wciąż siedzą dokarmiane podrostki. Mają jeszcze żółte dziobki. Niebawem też wylecą i wypróbują siłę skrzydełek.

Wypływamy na jezioro korytarzem z szuwarów, szaleju, pałki, lancetowatych liści szczawiu. We wnętrzu mierzwy panuje ruch i hałas. To świerszczaki, trzciniaki. Wtórują im żaby. Że jeszcze im się chce w lipcu. Słychać skrzekliwe krakanie spłoszonej czapli. Uniosła się z wnętrza bagiennej wysepki i leci za gęstwą liści i łodyg.


Jeziorna toń nie zarosła jeszcze chmurami wodorostów i kępami osoki. Łyski i krzyżówki nie wypływają na taflę. Żerdzie, na których rozwieszano sieci, rozpadły się ze starości. Lód tej zimy zniósł szczątki i pozbawił kormorany miejsca na ogrzewanie skrzydeł po polowaniu. Krajobraz wciąż się zmienia.

Płyniemy wzdłuż wypiętrzonej wyspy, długiej na ponad czterysta metrów, wysokiej na kilka metrów, przygniecionej nienaruszonym borem, w którego wnętrzu zaległy martwe sosny i dęby, siedliska saproksylicznych kózek i jelonków rogaczy. Nieraz fotografowałem nad wyspą kanie, rybołowy i bieliki. Kormorany i czaple to skrzecząca pospolitość.

Wiatr delikatnie popycha, marszczy stalową powierzchnię wody przed nami. Powała chmur wydaje się nieporuszona. Jakby nie zamierzała pęknąć i odsłonić niebo. Gasi perspektywę aż do niewidocznego ujścia Łyny. Nie śpieszymy się. Kajak i tak sunie ku zbiegającym się w oddali brzegom. Las śpiewa. Wiosła pluskają. Dziób gra na wzbierających grzbietach fal. W końcu płyniemy wzdłuż leśnego brzegu zasłoniętego łanem tataraku i jeżogłówki obwieszonej kolczastymi kulkami owoców, w sąsiedztwie kosaćców i trzciny. Nie czujemy jednak oporu pod kajakiem. Woda w jeziorze wysoka. Osoki pod kadłubem nie widać. Glonów i wodorostów też – jeszcze się nie rozpleniły w toni i na mulistym dnie.

Wpływamy w przesmyk między jeziorami. Łyna jest jakaś ospała. Nie czuć oporu spływającej wody. Witają nas kikuty obumarłych brzóz i resztki rozpadającej się łozy. Jesteśmy obok porzuconego żeremia. Jego kopuła zapadła się ze starości. Przed nami podrywa się siwa czapla. Nie kracze. Odlatuje nad jezioro. Zniechęcił ją plusk wioseł. Znowu zakola, zakręty, podniesione brzegi pod kolumnami sosen, gdzie onegdaj fotografowaliśmy stado jeleni w świetle świtu. Tam gdzie sucho oglądamy rozplenioną dziewannę. Zakwitła. 

Za podwójnym zakrętem, nad którym rozsiadły się kaliny, tworząc ścianę dojrzewających kiści owoców, wpływamy w korytarz z trzcin i martwych brzóz dźwigających naręcza wysuszonej jemioły. Trzciniaki i trzcinniki ogłuszają nas trelami. Przesiadują na kikutach wysuszonej łozy i na miotełkach trzciny. Jest naprawdę świątecznie. Tutaj buszują bobry, przeprawiają się brodem jeleni i dziki.


I oto otwiera się kolejne jezioro. Perkozy nas ignorują. Plączą się między nielicznymi liśćmi grążeli, bujają się na drobnej fali, czyszczą pióra. Wiatr delikatnie popycha na środek. Nie płyniemy w poprzek rozlewiska. Kieruję kajak wzdłuż brzegu ku szczątkom powalonej wierzby. Wystające z mierzwy konary kontrastują z bujnym otoczeniem. Obraz przykuwa uwagę. Martwy ent służy czaplom za punkt widokowy.






Kierujemy się ku łąkom i kępie brzóz nad kolejnym ujściem Łyny. Jest szaro. Chmury ani myślą ustąpić, chociaż nad lasem i dachami domów w otoczeniu drzew pojawił się jaśniejszy pasek. Płyniemy w towarzystwie perkozów, starych i młodocianych podlotów, które już pozbyły się pasiastego umaszczenia. Ptaki nie okazują strachu. Nieopodal ujścia pływają łabędzie z trójką puchatych dzieciaków. Te już nie moszczą się między skrzydłami rodziców. Wyrosły. Tata ustawia się między nami a rodziną. Nie przejawia agresji. Daje się fotografować. Za nimi śmieszka. Pozuje. Ani myśli odlecieć.

 



Trzciniaki rozrabiają w trzcinach. Świerszczaki szyją do wtóru. Kosy i wilgi śpiewają na skraju lasu. Jakiś dzięcioł próbuje werbli. Wszystko to w scenerii stawu oddzielonego od nurtu krótkim przejściem i domów rozrzuconych wzdłuż brzegu. Nad dachem jednego z nich stoi martwa sosna o powykręcanych konarach. Prawdopodobnie ugodzona piorunem. Plątanina gałęzi na tle ściany drzew skupia uwagę. Tutaj obracam kajakiem, szukając bobrów. Te się jednak nie kwapią, chociaż wokół świeże ślady żerowania. Kiedy płyniemy wzdłuż szpaleru olch, kilka z nich zaległo wzdłuż brzegu, kilka pochyliło się nad rzeką i zrzucało zeschnięte liście. Zakątek już nie chroni przed słońcem w zenicie. Z bliska widać przyczynę – zostały podgryzione przez bobry. Reszty dokonała zima mokrym śniegiem.

 


Przed mostem we wsi zawracamy. Słońce się nie kwapi. Chmury nadal wiszą nad krajobrazem. W trzcinach na wysokości rozbudowanego żeremia portretujemy białą lilię z jej odbiciem w lustrze wody, ptasich solistów i nagrywamy ich śpiewy. Połowa lipca a one wciąż się popisują.



Spływamy niechętnie. Prąd śpiący. Niesie ku mojej kultowej kępie brzóz nad ujściem Łyny. Najstarsze drzewo traci już gałęzie. Tylko gruby pień i zmurszałe konary opierają się wiatrom, nadal służąc czaplom i błotniakom za strażnicę. Krzak łozy na zakręcie też obumarł i osiwiał od wiatru, deszczu i słońca. Jeszcze w ubiegłym roku był bujny i chronił zimorodki. Rzeka się zmienia. Co roku widzę ją inną. Podpływając do kępy brzóz, dostrzegam czaplę na konarze. Stoi z rozdziawionym dziobem i wyprostowanym językiem. Jakby się chłodziła. Fotografujemy ją. W tym szarym świetle czapla i martwa brzoza są niczym obraz z japońskiej akwareli. Każdy szczegół delikatny, ulotny, nieomal nierealny.

 





Kiedy odlatuje wracamy pod wiatr i fale. Chmury zaczynają się rwać i odsłaniać plamy nieba. Jezioro i las wokół rozjaśniają się. Krajobraz robi się bardziej… architektoniczny. Niczym miły oczom landszaft – jakby powiedział Wańkowicz. Przebywszy jezioro w poprzek, zamarudziliśmy w przejściu do następnego jeziora. Jeszcze kilka tygodni i kaliny będą witać kiśćmi rubinów. Plącząca się pod nimi krzyżówka ani myśli odlatywać. Pozuje. Chyba jest młoda. Odfruwa bez przekonania niedaleko i chowa się w kępach rozłożystej turzycy.

 


Ostatnie jezioro wita nas wiatrem i falą. Płyniemy wzdłuż wschodniego brzegu, gdzie ciszej. Wszystkie kładki obstawione przez wędkarzy. Musimy trzymać się z dala od spławików. W prześwicie między brzegiem a wyspą otwiera się widok na podniesiony pagórkiem kościółek. Widać tylko dach i wieżę między koronami wyniosłych drzew. Wieści koniec spaceru. Małgosia chce po wschodniej stronie wyspy. Odmawiam. Tam buszuje wiatr, popychając fale. Po zawietrznej jest flauta i krajobraz jeziora zdecydowanie ciekawszy, nieobciążony antropogenicznymi śladami. Można odłożyć wiosło i się foto-napawać...

 


Wyspa kończy się cyplem i wystającym z błota wykrotem olchy, która runęła kilka lat wcześniej, pozbawiając panoramę wsi charakterystycznego akcentu. Płyniemy wzdłuż mierzwy skrywającej ujście Marózki. Przepływamy pod mostem w towarzystwie błyskotliwych jaskółek. Snujemy się przez wieś.

 


Odstawiamy kajak, kiedy Łyna jest już w pełnym słońcu.

niedziela, 7 września 2025

Trawestując Marcela Prousta – w poszukiwaniu utraconego lata

 


Trawestując Marcela Prousta – w poszukiwaniu utraconego lata.

 

 

 

 

 

 


1.

Bociany odleciały z Przykopu już 10 sierpnia. Pierwszy raz tak wcześnie, odkąd je tutaj obserwujemy. Kołowały nad nami dobre pół godziny, nim utworzyły klucz, by podążyć na południe. W pewnej chwili dołączyła do nich para myszołowów, kwiląc spod bezchmurnego nieba. Bociany zniknęły w końcu za naszymi brzozami i sosnami, zostawiając za sobą kwilące myszołowy i zarażając nostalgią, która zagnieździła się w naszych nastrojach. 

Pierwszy klucz żurawi i gęsi zobaczyłem w połowie sierpnia. Doliczyłem się ponad 20 osobników. Gęsi było ciut więcej. Żurawie żegnały okolice Łajsu, Przykopu, Nowej Wsi donośnym klangorem. Gęsi nawoływały się w kluczu, zmierzając na zachód. Domyślałem się, że te żurawie nie wychowywały piskląt. Przykopskie żurawie nadal łażą w pobliżu domu z młodymi sposobionymi już do długodystansowego lotu. Pożegnają się zapewne w drugiej połowie września.

Rykowisko zaczęło się później niż w ubiegłym roku. Pogoda nie zachęcała. Tej nocy, tuż po pełni, odezwały się jednak w pobliżu domu. Od tej pory wciąż nadają ze wszystkich stron. Nie usłyszałem ich jednak na Łynie podczas nocnego spaceru w świetle księżyca na początku IV kwadry. Cóż. Bywa i tak. 




2.


Małgosia nie polubiła w ubiegłym roku nocnego kajakowania po Łynie. Przegapiliśmy więc spacer podczas pełni. Wypłynęliśmy o wschodzie słońca, które już rozpraszało mgłę nad rzeką i Kiernozem. Kurki spowijała jeszcze zasłona unosząca się nad zalaną doliną. W tym roku Łyna uniknęła barbarzyńskiego wykaszania, więc krzyżówki obsiadły przebłyskujące w bujnej trawie kałuże rozlane na łąkach za obejściem Kajaków Mazurskich. 

 

 

 

 

Wypływamy na Kiernoz. Obracamy kajak w kierunku wsi. Pasmo mgły nad zadrzewionymi zabudowaniami malownicze. Zachodni brzeg w szacie złotej godziny. Przed nami lustro flauty. Rozpychamy dziobem dywan grążeli, mierzwę wodorostów i glonów oplatających czupryny osoki aloesowatej. Jezioro wokół wyspy płytkie, trochę więc trwa, zanim wypłyniemy na swobodną taflę i spłoszymy snujące się perkozy w szatach Cracovii. Z niepokojem obserwujemy tę wyrośniętą młodzież bez opieki dorosłych…

 



Łatwo się płynie w bezwietrzny dzień. Niebawem jesteśmy w wejściu na przesmyk między Kiernozami przyozdobiony krzakami kaliny obsypanej rubinami owoców. Płoszymy szare czaple przesiadujące nad opuszczonym żeremiem. Odlatują, ochryple kracząc. Nurt ledwo wyczuwalny. Łyna co najmniej o pół metra wyżej niż zazwyczaj. To sprawia, że nie potykamy się o zanurzone gałęzie i kłody, które ugrzęzły w mule. Przenikamy przez trzciny zarastającym korytarzem, by wpłynąć pod oblicze jaskrawego słońca. W jego świetle fotografujemy siwe czaple, które rozsiadły się na kępie starej łozy za jeziorem, zamiast stróżować na konarach umierających brzóz nad kolejnym ujściem rzeki. Ten czapli sabat czyni wrażenie. Nie podpływamy jednak, wiedząc, że odlecą. Mają dokąd. Niebawem odkrywamy przyczynę ich niechęci do tradycyjnej strażnicy. To wędkarze na mieliźnie, którzy zakotwiczyli na skraju rozległego dywanu wodnej mierzwy. Mijamy ich, płynąc pod drugim brzegiem…

 




Za kolejnym zakrętem wstrzymuję kajak. Powód prozaiczny – fraktalne pajęczyny w kropelkach rosy rozwieszone na liściach i kwiatostanach pałki wodnej. Niebawem docieramy do mostu. Małgosia wysiada. Dziób kajaka tuż pod spodem betonowego przęsła. Leżąc w środku, odpycham się rękami od chropowatej wilgotnej powierzchni. Kieruję się tam, gdzie przęsło wydaje się lekko wklęsłe. W końcu jestem po drugiej stronie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że ostatnie ulewy i wodorosty wypełniające rzeczną toń, spiętrzyły wodę do poziomu, jakiego wcześniej nie doświadczyłem. 





 

Za mostem wpadamy we mgłę. Obiecujemy sobie wspaniałe zdjęcia. Na obietnicach poprzestaliśmy. Mgłą bowiem chmura siwego dymu z wędzarni. Uciekamy, by nie przesiąknąć zapachem, chociaż pasma słonecznego światła łudzą jak podczas zamglonego świtu. W drodze powrotnej pytamy właściciela, czy ryby już uwędzone.

- Jeszcze ze dwie godziny – odpowiada.

Nie poczekamy. 

Płyniemy leśną, łęgową aleją, chwytamy obrazy rzeki zmiękczone mgiełkami snującymi się nad uśpioną wodą i między gałęziami krzaków wychylających się z brzegów; pasma cieni i słonecznego światła przelewającego się między pniami i konarami sosen. Mijamy ostatnie malownicze domy Brzeźna na skarpie, z oknami zwróconymi ku rzece. Pokonujemy zanurzone kłody. Zwykle je omijamy. Dzisiaj przepływamy z rozpędu. Pod kilem dość wody, by mimo oporu znaleźć się po drugiej stronie. Nie muszę szukać przejść w galimatiasie zasieków i pod pochylonymi drzewami. Przepływamy przez Morze. Jeziorko zarośnięte na całej powierzchni. Wiosło zahacza o liście grążeli i nenufarów. Pióra grzęzną w mierzwie wodorostów. Zarośnięta toń stawia opór. Z ulgą wpływamy na rzekę tropem odpływającego łabędzia. Więcej go nie spotkamy. Znajdzie sobie kryjówkę w rozległym trzcinowisku…

 


I oto jesteśmy na najpiękniejszym odcinku szlaku. Jeszcze ptaki śpiewają. Jeszcze słychać trzciniaki i trzcinniczki, szycie świerszczaków, kukułkę (daje się uwiecznić w gałązkach brzozy), obok skrzeczącą sójkę┤ i pokrzykującego dzięcioła… Jest coraz cieplej. Mgła ustępuje. Nastrój pełni lata. Po mokrym lipcu i początku sierpnia zieleń soczysta, bez jesiennych akcentów. Czułbym się usatysfakcjonowany, gdyby nie odlot przykopskich bocianów. Przystajemy wśród tawuł oplatających pnie brzóz i olch w zakątku omszałego zająca, po którym został nagi szkielet rozszczepionego pnia. Fotografujemy kolejne pajęczyny krzyżaków łąkowych i wypełnione pajączkami kokony bagników przybrzeżnych.

 







Stąd już niedaleko do Brzeźna Wielkiego. Łyna niezmiernie łaskawa. Nie utrudnia spaceru. Bez trudu przemykamy nad zanurzonymi pniami, pod zwieszonymi gałęziami, obok trzcin i zarośniętego żeremia. Woda pod kajakiem głęboka, więc nie obejrzymy kolonii gąbki słodkowodnej porastającej ściętą i zakopaną w mule wiklinę. 





Pokonawszy wąski korytarz w szuwarach, wypływamy na jezioro. Wokół łabędzie, perkozy, łyski, jaskółki śmigające za owadami. Te spragnione obniżają lot i zagarniają wodę dziobkami zanurzonymi pod powierzchnię. Perkozy dają się fotografować z bliska. Młody pielęgnuje pióra, naśladując perkozią mamę (albo ojca, dzielącego trudy opieki nad pisklętami). Nieopodal inna para dorosłych perkozów, która zdaje się tańczyć i stroszyć pióra, chociaż to nie pora na gody…

 




Wzmagający się upał nakłania do odwrotu. Opuszczamy jezioro. Rzeka niesie leniwie przez szpaler wybujałych trzcin, pałek, oczeretu. Wiosłuję, by utrzymać kierunek, nie, żeby się spieszyć. Nieopodal żeremia na zakręcie wbijam dziób kajaka w murawę, która zwykle sterczy pół metra nad wodą i kwaśnym czarnoziemem. 

 

 

Autor w swoim naturalnym środowisku

 

Małgosia wysiada prostować nogi i grzbiet. Fotografuje rzekę. Wiatru na lekarstwo. Nie łagodzi upału… 




Leśne oko

Za Morzem zanurzamy się w lesie. Jego wnętrze prześwietlone na skroś. Brzegi zalane wodą. Można wpływać między olchy. Z wyjściem gorzej. Grzęzawisko. Fotografujemy przedziwne zakątki. Chociaż mgła ustąpiła, nasycone kolorami drzewa, podszyt, zarośla brzegów wypełniają kadr malowniczymi obrazami pełnymi symetrii i tajemniczości. 




 

Gdzieś tam chodzą niewidoczne dziki i jelenie. Słyszymy pomruki, trzask łamanych patyków, chrzęst roztrącanych łodyg i gałęzi. Zaglądamy obiektywami w rozjaśnioną toń pod kajakiem. Wdychamy zapach rzeki…

 

 

 





 

Za mostem, gdzie powtarzam przeprawę po wysadzeniu Małgosi na brzeg, podpływamy do kępy brzóz. Na konarach czuwają czaple. Wędkarze już odpłynęli. Fotografujemy z unieruchomionego w tataraku kajaka. Jedna z czapli odlatuje wcześniej. Druga pozuje. 

 


Kiedy odwraca się od słońca, domyślam się, że wystartuje. Naciskam migawkę równo z jej wybiciem się z wierzchołka konaru.

- Mam! – uchwyconą w pozie wojowniczego drona.

Kępa umierających brzóz nad ujściem Łyny do Kiernoza Małego stałym niezmiennie frapującym punktem odniesienia w naszych spacerach do jej źródeł za Orłowem.

 



3.

Ostatniego dnia sierpnia wpadliśmy nad Gim, szukając refleksów odchodzącego lata. Jezioro mocno opadło z powodu pogłębiającej się suszy hydrologicznej. Niegdyś, siedząc na trawiastym brzegu, można było zanurzyć nogi. Dzisiaj wodę od brzegu oddziela kilkunastometrowy pas obnażonego białego piasku. Frajda dla dzieci budujących zamki otoczone fosami i palisadami z patyków, zwiastun pogłębiającego się kryzysu klimatycznego na pograniczu Warmii z Mazurami zachodnimi.

 




  

Zajrzeliśmy w nadziei spotkania z zachodzącym słońcem. Brak chmur spowodował, że sztampowego krajobrazu leśnego jeziora nie dało się uwiecznić. Fotografowaliśmy więc zacumowane łodzie i ich rozświetlone odbicia; podświetloną od spodu palisadę pod pomostem; las po wschodniej i południowej stronie akwenu w poświacie złotej godziny; ostatnich pływaków korzystających z ciepłego wieczoru…

 




4.

W pierwszych dniach września spacerowaliśmy brzegiem Ustrycha od mini elektrowni w miejscu przedwojennej śluzy do spławiania tratew zbijanych z ramuckich sosen do półwyspu oddzielającego końcową zatoczkę od głównego plosa. Ścieżka wiedzie pod skarpą dźwigającą pomnikowe dęby, sosny, lipy, świerki i graby rezerwatowego grądu. Wije się między kolumnami pni i przewróconymi drzewami. 






Z każdego jej fragmentu dogodny widok na jezioro w dolinie. Gdyby nie spiętrzenie tamą, Ustrych opadłby o dobre dwa metry, tracąc swoją północną zatoczkę. W niektórych miejscach depczemy kamienie, którymi wyłożono nieistniejącą już brukowaną drogę. Na polanie u nasady półwyspu siadamy na olchowych pniakach i słuchamy szelestu trzcin głaskanych podmuchami wiatru. 

 

 



Jest błogo. Oczy same się zamykają. Nad nami klucze odlatujących żurawi. Ich wielokrotny klangor budzi nostalgię. Nie fotografuję pod oślepiające słońce. Nie nagrywam. Szum trzcin zagłusza ów śpiew odchodzącego lata. Żurawie znikają za leśnymi ostępami Łańska.

  

 

 



5.

Następnego dnia jesteśmy na wrzosowiskach porastających sosnowe i brzozowe poręby. Kwitnące wrzosy nieodmiennie zwiastują schyłek lata 




Nieodmiennie też kojarzą się z 1 i z 17 września 1939 roku. Zastanawiam się wtedy, co czuli Polacy latem w obliczu nadchodzącej wojny. Z perspektywy 86 lat historii, tamte przeżycia wydają się koszmarne, o niewyobrażalnych i do dziś nieprzepracowanych konsekwencjach… Najazd putinowskiego imperium na Ukrainę przypomniał, że pokój i demokracja nie trwają wiecznie…