czwartek, 6 sierpnia 2026

Łyna, cisza i lipcowy księżyc w pełni

 


Spycham kajak na wodę. Wsiadam. Moszczę się na siedzisku z kapoków, chwytam wiosło, odpycham się od brzegu. Kajak delikatnie się buja na wodzie. Jest cisza przedostatniej lipcowej nocy. Łyna ściele przede mną czarną wstęgę wody. Trzciny milczą. O drugiej w nocy ptaki śnią. Księżyc w pełni ciska swoje odbicie na środek nurtu. Wiosłuję, starając się nie rozpraszać ciszy. Dziób tańczy w lewo, w prawo, w lewo, w prawo... Mijam uśpione domy. Mijam wierzbę, która pochyliła się nad wodą, zostawiając wąskie przejście między gęstwą witek a brzegiem z tataraku. Przepływam pod mostem. Plusk wody odbija się twardym echem od przęsła i przyczółków. Z boku wpada Marózka. Jej korytarz ginie między ścianami wodnej mierzwy. Za zakrętem widzę wyjście na jezioro. W ciemnościach niewiele widać. Księżyc nie prześwietla ściany trzcin, sitowia, pałki obrastającej wnętrze bagiennej wysepki, nieoczywistego przedłużenia półkilometrowej wyspy na Kiernozie.

Skręcam w przejście na północną zatokę. Wysoka woda zakryła polanę wodorostów poprzerastanych kępami szczeciniastej osoki aloesowatej. Nic nie trze o spód kajaka. Tafla wody jest pusta. Gdzieś daleko kracze ochryple czapla. Nie widzę jej, chociaż ciemność rozświetla księżyc w pełni. Próbuję fotografować jego poplamioną tarczę i prawie nieruchome odbicie na wodzie. Cisza się pogłębia, kiedy kajak nieruchomieje na wodzie. Aparat nie stawia oporu. Słyszę migawkę. Zdjęcia są nastrojowe. Księżyc w delikatnych obłokach, jego odbicie pod kreską symetrii, ściany czarnego lasu na brzegach i wyspie, nieruchoma woda, której nie mąci żadna fala… W takim entourage’ou czas zdaje się zamierać. Kiedy kajak mimo woli obraca się ku wsi, fotografuję brzask na północy i wschodzie nad mostem z latarniami, nad konturami domów między drzewami…

Chwytam wiosło. Płynę nieśpiesznie po zachodniej stronie wyspy. Ciszę rozjaśnia trel zaspanego trzcinniczka. Milknie, gdy wypływam na środek rozlewiska. Wiosłuję nieśpiesznie, zostawiając za sobą ciche zawirowania wzniecane piórami, nieśmiałe fale odbiegające od dziobu i zamierające na rozległej tafli. Obraz księżyca na wyblakłym granacie nieba i nad konturami nadjeziornego boru skłania do kolejnych zdjęć. Powoli przesuwający się krajobraz hipnotyzuje. Kiedy dopływam do ujścia rzeki, widzę kontury łabędzi odsuwających się pod brzeg. Obraz wydaje się nierealny. Kajak rozcina taflę. Nurtu prawie nie czuję. Kikuty umarłych brzóz i łozy snują się w poświacie księżyca.

 





Jestem sam. Na zakolu budzę żaby, które odpowiedzą nieśmiałym rechotem z trzcin i zaraz zamilkną. Gdzieś tutaj jest pastwisko jeleni. Wnętrze lasu jednak ciemne. Niewiele widać. Jeszcze mniej słychać poza pluskiem leniwie zanurzanego wiosła. Czuwam, licząc, że usłyszę szelesty zwierząt przechodzących brodem, albo bobra nurkującego w oczerecie. Pod kalinami, które już obsypały się kiściami dojrzewających jagód (zobaczę je rano), śpią jedynie dzikie kaczki. Nie reagują, gdy mijam je, płynąc tuż przy drugim brzegu.

 



Za kępą brzóz, z których zostały kikuty z kępkami uschniętej jemioły, rozgarniam trzciny i wypływam na jezioro. Kajak zastyga na liściach grążeli. Fotografuję krajobraz zmiękczony delikatną mgłą. Z południa nadbiegają lekko wyczuwalne podmuchy, marszczą wodę. Odbicie księżyca zmienia się w rozedrganą smugę. Towarzyszy mi z boku gdy celuję kajakiem w światła uśpionej wsi. Pod lasem na wzniesieniu majaczą kontury dachów. Dziób kajaka wygrywa cichy rytm. Samotność w takim krajobrazie urzeka.

 



Kępa brzóz nad ujściem odcina się od tła nieba. Księżyc zmienia szatę na cieplejszą, wieszcząc astronomiczny świt. Rozgarniam wiosłem mierzwę wodorostów pokrywających rozległą płyciznę. Tarcza księżyca wędruje poza konarami drzew, w miarę jak podpływam do zakola, za którym otworzy się aleja ze steranych olch. Zaglądam na chwilę we wnętrze stawu pod domami na pochyłościach. Lustra wody nie rozcina żaden trójkąt fal, chociaż to zakątek bobrów. Zawracam na rzekę. Zatrzymuję się w dywanie glonów. Z szuwarów dobiega monotonny plusk. Domyślam się tarła uklei. Za plecami rozrabiają kaczory. Burzą wodę. Walczą ze sobą, chociaż pora godów już dawno za nimi. Łyna śpi. Powierzchni jej nurtu nie marszczą kręgi fal po rybich wyskokach. Odbicie księżyca wydaje się klarowne. Filmuję ową niepowtarzalną chwilę lipcowego lata z księżycem na środku krajobrazu. Zastygam w niej, dopóki nie zaspokoję ciekawości. 

Wiosłuję pod most wzdłuż starych olch, żeremia, zarastających kanałów, które rozerwały podmokłe łąki, łęgu, skąd zerwała się para siwych czapli, i stawów za groblą. Pod przęsłem pochylam głowę, by nie zahaczyć o beton. Kajak przemyka siłą bezwładności na kąpielisko. Prostując się, sięgam znowu po wiosło.

Opuściwszy wiejskie zabudowania, zatrzymuję się nieopodal zmurszałej kładki, by nagrać strzyżyka. Dał popis. Do końca występu jednak go nie namierzyłem.

 


Płynę. Kajak szoruje w dywanie grążeli. Woda snuje się między liśćmi. Nie stawia oporu. Wybieram miejsca, gdzie nurt jest odsłonięty. Lawiruję między wystającymi konarami i zanurzonymi pniami. Nie śpieszę się. Wzrok grzęźnie w perspektywie leśnego tunelu. Na zakręcie widzę pochyloną olchę, już bezlistną. Zakątek stracił urok. Przestał chronić zimorodki, które tutaj uczyły młodzież nurkowania za rybkami. Kępa szaleju na spróchniałym pniu też zniknęła. Wpływam w wąskie przejście między brzegiem a ściętym czubem starej olchy, zmierzam do kolejnego zakrętu. Za nim łęg gęstnieje, ścieląc półmrok. W oddali za plątaniną pni i gałęzi widzę białe kształty. Łudzę się, że to czaple. W miarę zbliżania się złudzenie pryska. To łabędzie z dwójką młodych w szarym puchu. Rodzina odpływa do Morza. Zwalniam. Nie chcę naciskać. Za przemeblowanym przez zimę labiryntem z pni wpływam na jezioro. Łabędzie pozują. Robię zdjęcia. Powoli wiosłuję, nie budząc niepokoju. Samiec ustawia się do obiektywu. Widzę jego symetryczne odbicie. Woda pozostaje nieruchoma.


 

 




Wydostawszy się ze zbitych liści grążeli, wypływam na środek rozlewiska. Księżyc szykujący się do zachodu wyłania się spoza drzew. Błyszczy w złotej godzinie. Krajobraz wygląda tak, jakby ktoś go malował akwarelą albo suchymi pastelami. Rzadki widok. Tej ciszy i spokoju nie psuje żaden dźwięk i ruch. Jeziorne lustro pokrywa nalot baniek gazu uwolnionego z dna i wodorostów, rozmazując odbicia brzegów.

 



Wpływam na najbardziej magiczny odcinek Łyny, między łany szuwarów, przekwitłych starców, oczeretu, olchowego łęgu zasłaniającego odległe ściany boru. Brzask rozjaśniania dolinę. W oddali pobrzmiewają żurawie. Spod wiosła uciekają ryby, wzniecając fale. W łodygach i liściach zarośli uwijają się łozówki, świerszczaki i trzcinniki. Czasem przelatują z brzegu na brzeg, czasem odzywają się śpiewnie, wymieniając komunikaty z sąsiadami i dorastającymi dziećmi. W świetle świtu nie nadążam za nimi, nawet kiedy zatrzymuję się wśród liści grążeli i wbijam rufę między kępy ostrolistnych turzyc. Płoszę bobra. Słyszę plaśnięcie. Rozbryzg srebrzy się w trzcinach. Płycizna nie pozwala mu zanurkować. Bury grzbiet pręży się w łodygach. Zwierzę znika w mierzwie. Obiektyw ostrzy, gdzie nie chcę. I tyle ze spotkania. Z unieruchomionego kajaka mogę fotografować co najwyżej rysunki trzcin na tle łuny od skradającego się pod horyzontem słońca. Zobaczę je, kiedy wypłynę na Brzeźno.

 


I oto mój szczególny kąt. Z zająca został rozdwojony kikut, pozbawiony zarostu mchów i trawy. Za nim kwitną już tawuły. Trzymają się krawędzi brzegu z kwaśnego czarnoziemu podniesionego warstwą kredy. To kreda nadaje charakter miejscu. Mijam kępę brzóz. Część z nich runęła do wody i zdążyła już rozlecieć się pod naporem lodu. Trzciny coraz śmielej wkraczają na nurt. Pochylam głowę pod gałęziami łozy i olch, mijam kępy kaliny obsypanej kiściami jagód, nieco dalej porzucone żeremie, które zapadło się pod ciężarem zarośli. Z gałęzi osiki odzywa się kukułka. To zapewne ostatni raz w tym roku. Wtórują mu żurawie, które podrywają się z mokradła za szuwarami. Przepycham się przez trzciny zarastające środek nurtu. Wokół śmigają jaskółki, witając wschód słońca. Wypływam z cienia i dywanu grążeli. Pod kajakiem swobodne lustro wody. Odbija odległe brzegi. Nieśmiałe mgiełki zostają w szuwarach. Nad głową frunie zrzędliwa czapla. Perkozy snują się na środku rozlewiska. Młodzież w pasiakach domaga się karmienia, lecz dorosłe nie kwapią się. To już pora, kiedy głodomory powinny same polować. Słońce wyskakuje ponad drzewa. W jego pojawieniu się nie ma nic spektakularnego. To naprawdę jest cisza i flauta. I tylko te jaskółki. Wszędzie ich pełno. Nie dają się jednak uwiecznić na matrycy aparatu. Kiedy celuję obiektywem, one odlatują na dalsze plany.

 





Kiedy przepycham się przez polanę grążeli, których liście są już niemiłosiernie podziurawione przez owady, szarynki grzybieniówki, i ślimaki, słońce jest już wysoko. Podziurawione i zmacerowane liście oznaczają, że lato wkroczyło w dojrzałą fazę. Wpłynąwszy między kępy pałki, obracam się ku światłu, próbując wydobyć więcej magii. Niestety powietrze staje się klarowne, mgła gdzieś znika, od samotnych gospodarstw niesie się poszczekiwanie psów. Magię diabli biorą. Pozostaje tylko złota godzina, obdarzając bujne zarośla brzegu, którego się trzymam, niezwykłymi odcieniami zieleni.

 



Szuwary i oczerety coraz gęstsze. Korytarze, których usiłuję się trzymać, coraz węższe. Labirynt przejścia między jeziorami coraz mniej czytelny. Zasłaniam obiektyw. Z liści, łodyg i kwiatostanów skapuje rosa. Ubranie nasiąka wilgocią. Zarośla oplatają wiosło. Coraz trudniej brnąć pod brzegiem, nad którym stoi dom samotnego gospodarstwa. O tej porze roku ścieżka staje się nieoczywista. Pomaga pamięć. Dzięki niej przepycham się do zrujnowanego pomostu. Jego deski zmurszały i zapadły się. Właściciela nie interesuje już naprawa.

 




Wypływam na jezioro. Jest całe zarośnięte. Taflę pokrywa dywan baniek uwolnionych przez wodorosty wypełniające toń. Słońce razi. Odwracam się ku ujściu rzeki. Jest całe zarośnięte grążelem. Rozpędzam kajak, ale grzęźnie na skotłowanych liściach. Omotane wodorostami wiosło ciąży. Z trudem przepycham się na swobodniejszą wodę. Jedno ramię rozwidlenia zostało zatkane przez podmytą olchę. Upadła pod ciężarem śniegu podczas ostatniej zimy. Płynę przez dostępne przejście pod kolejną pochyloną olchę. Zakątek się zmienił.

 




Zaglądam we wnętrze lasu, rozjaśnione plamami światła. Jest puste. W ciszy pobrzmiewają nieśmiałe nuty niewidocznego ptactwa. Słyszę kwilenie czarnego dzięcioła. Też się chowa. Potem rozbrzmiewa klangor żurawi bytujących za Krzyżem. Ich głos wzmacnia wielokrotne echo od ścian doliny. Wydostawszy się gęstwy zasłaniającej jezioro, widzę już tylko odlatującą w kierunku źródeł Łyny parę. Jej ujście kusi. Wpływam w wąski korytarz między wybujałe kępy turzycy. Jest tak bujna, a nurt, chociaż wartki, przeciska się między kępami pływającej trawy, że dalsze podpływanie wygląda na bezsensowne. Do najdalszych miejsc matecznika dopływałem zwykle wiosną, najpóźniej w czerwcu. Wycofuję się. Wiosło już się nie przydaje. Jest za wąsko. Burty skrzypią. Nie ma gdzie obrócić kajaka. Wypływam tyłem.

 





Robi się ciepło. To zapowiedź upału. Muszę przed nim wrócić. W ujściu odwracam kajak. Oglądam Krzyże we flaucie. W niewzruszonym lustrze przegląda się las na wyniosłych brzegach. Widok odstręcza od zanurzenia wiosła, ale przymus powrotu po nocnym markowaniu naciska. Płynę. Celuję w wąskie przejście między brzegiem a krańcem łanu pałki, sitowia, jeżogłówki, które splątały się w mierzwę nie do przejścia. Roztrącając przybrzeżne skrzypy, wodorosty pod kajakiem, zalegające łodygi połamanych trzcin, przedostaję się do przejścia między jeziorami. Nurt niesie leniwie między podmokłym olsem a sosnowym borem na morenowym stoku. Światło słońca penetruje komysze między kolumnami drzew. Obrazy wyniosłych olch i ich odbić w nieruchomej wodzie nieodmiennie prowokują do zdjęć. Przepatruję leśne wnętrze wypełnione gęstym podszytem i ziołami. Jest bajkowo. Tylko zwierząt brak.

 


Kajak staje przed pochyloną olchą, która z odbiciem tworzy kontur serca krajobrazu. Drzewo pochyla się stopniowo ku wodzie. Jego gałęzie wiotczeją…

 




Jestem na jeziorze. Kieruję się do pomostu, który zapada się coraz bardziej z próchniejącymi podporami. Stał się bezużyteczny. Służy tylko kormoranom, czaplom i mewom. Wbijam się w sitowie. Wypatruję połamanych łodyg i prześwitów w gęstwie. Ścieżka w labiryncie nieoczywista. Wiem jedno: mam trzymać się brzegu z gospodarstwem na łagodnym wyniesieniu. Wyplątawszy się z zarośli płynę zachodnią stroną zarośniętej zatoki. Kajak szura na liściach grążeli, toruje sobie drogę w chmurach wodorostów na mulistym dnie. Płoszę ryby. Wzniecają fale, uciekając w mroczne przestrzenie toni. W oddali snują się łabędzie i perkozy. Jeden z łabędzi startuje do lotu, uderzając łapami w wodę. Próbuję go uspokoić półgłosem. Rozbryzgiwana woda zagłusza przemowę. Łabędź ląduje na końcu zatoki. Omijam go z daleka, płynąc torem swobodnego lustra wzdłuż obszernego półwyspu dźwigającego łęg, siedlisko czarnych dzięciołów – te znowu kwilą niczym zagubione dzieci. Ich śpiew niesie nostalgię.

 






Przebijam się przez dywan zbitych grążeli. Jezioro wydaje się rozległe, ale dotyka go coraz większa atrofia. Na całej powierzchni są owalne liście, na środku rzadkie. To świadczy, że toń nie jest głęboka. Kiedy jednak próbuję zmierzyć ją wiosłem, odczuwam delikatny opór mułu. W oddali przelatuje bielik. Jest za daleko, by go sfotografować. Odprowadzam go wzrokiem. Płynę pod słońce i jego jaskrawe odbicie w wodzie. Zamykam powieki. Nie da się patrzeć. Zasłaniam twarz daszkiem bejsbolówki. Dziobem kajaka zasłaniam samo odbicie. Jaskółki ze świtu odleciały znad trzcin zasłaniających nurt. Z ulgą rozpycham liście grążeli, wpływam na zarośnięty nurt, w cień krzaków i olch za ścianą wodnej gęstwy. I oto zakole pod porzuconym żeremiem. W mętnej wodzie nie widzę słodkowodnych gąbek. Skręcam w tunel pod olchami i osikami. Prąd ożywa. Kajak przyspiesza. Wiosłuję od niechcenia i próbuję fotografować ptasi drobiazg w trzcinach.

 


Światło zalewa rzekę. Nastrój świtu opuszcza jej zakątki. Na niebie snują się delikatne obłoki. Tawuły nad pokładami kredy wyglądają inaczej niż kilka godzin wcześniej. Rozpięte na liściach tataraku i jeżogłówki pajęczyny błyszczą kroplami rosy. Za Morzem zanurzam się w cieniu leśnej alei. W niektórych miejscach płynę pod gotyckim sklepieniem konarów. Znowu zaliczam labirynt z pni i konarów wystających z wody. Las jednak jest cichy. Ptaki już porzuciły wiosenne wzmożenie.

 


Przepływam pod mostem. Pochylam się pod przęsłem odbijającym twardym pogłosem plusk wody. Mijam krzyżówki, które panicznie uciekają wzdłuż rzeki. Na osypującej się z konarów brzozie widzę czaplę. Odlatuje, zanim ustawię kajak do fotografowania. Niebawem wypływam na mały Kiernoz. Fotosesja z perkozami, symetrycznym krajobrazem we flaucie. Za kolejnym fragmentem Łyny wpływam na większy Kiernoz. Trzymam się zachodniej strony wyspy, chwytając ostatki cienia od drzew. Potem rzeka, jaskółki w trzcinach i oto przystań mazurskich kajaków. Upał już dokucza.