Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pranie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pranie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 kwietnia 2024

Pożegnania z Krutynią

 


Na szlak Krutyni wypływałem zwykle z Borowskiego Lasu, a kiedy przestałem tam spędzać wakacje – ze stanicy PTTK w Sorkwitach albo z ośrodka fabrycznego piskiej Sklejki, w którym mieszkałem przez całą praktykę studencką za zgodą Jana Muzyki, wieloletniego dyrektora zakładów. Z Pisza wypływałem na Śniardwy jedną z dwóch dróg: krótszą przez Kanał Jegliński, dłuższą przez jezioro Roś nie wiedzieć czemu nazywane także Jeziorem Warszawskim. 

 



Ten dłuższy szlak zaliczyłem pierwszy raz w sierpniowy weekend. Spakowawszy przewodnik Kurana i Czajkowskiego „Kajakiem po Warmii i Mazurach”, śpiwór, kurtkę, torbę z jedzeniem i butelki wody mineralnej (Mazowszanki), wypłynąłem w południe na Roś. Opuściwszy Pisę, skierowałem kajak na wschód, w perspektywę największego plosa wtulonego w szerokie łany szuwarów i ściany odsuniętego od brzegów boru. Wiatr sprzyjał, napierając na plecy. Słońce grzało. 

 

Pamiętam mozolne kilometry w monotonnym krajobrazie wodnej autostrady bez zakrętów. Płynąłem skrajem poligonu wojskowego w Białej Piskiej. Zadziwiał brak pomostów, dostępnych brzegów. Z perspektywy kajaka trzciny zdawały się nie do przejścia. Zapewne nie to co dzisiaj po kilkudziesięciu latach absencji. Nie zajrzałem wtedy do wschodnich zatok za Rybitwami.

 


Obróciłem kajak na zachód, opłynąwszy obszerny półwysep o nieregularnej linii brzegowej i żerdzie z rozpiętymi na nich żakami, po czym wpłynąłem na środkowe ploso. Tym razem pod fale. Nie były dokuczliwe. Popołudniowy wiatr gasł, nie stawiając już istotnego oporu. Wrażenia nadal były monotonne, tyle że w otoczeniu pojawiły się nieliczne wiejskie zabudowania. Ich dachy prześwitywały między koronami wierzb i olch. Ściany boru odsunęły się od wody. Nie przypominam sobie dużego zamieszania na wodzie. Ptaki wolały siedzieć w szuwarach. Jezioro stawało się węższe z każdym przebytym kilometrem.

 

Ostatnie ploso okazało się najkrótsze. Było kameralne. Wertowałem przewodnik ułożony między nogami. Spojrzałem tylko na obiecującą końcową zatokę. Skierowałem się w lejkowate zakończenie jeziora po lewej stronie szpicy kolejnego półwyspu, namierzywszy ujście rzeczki Wilkus. Na niej odnalazłem ulubione klimaty kajakarskie: zbiegające ku sobie brzegi, nurt nie stawiający oporu podczas podpływania, przestrzeń ograniczoną trzcinami, pałką, sitowiem, skrzypem, zaroślami łopianów na brzegach… Wiosłowałem, zaglądając w zakamarki zarośli, obserwując ryby w toni między warkoczami wodorostów i na tle wypłukanego piasku. Rzeczka kręciła się po okolicy, rozdwajała, łączyła. Kilka razy wpłynąłem na ślepe odgałęzienia. Zawracałem. Próbowałem innych dróg. Nie miałem jednak wrażenia, że błądzę… Coraz niższe słońce oślepiało. Nie uświadczyłem cienia. Rozgarniałem liście grzybieni i grążeli. Lawirowałem między polanami wodorostów. Szuwary były już ciche. Czasem tylko wychyliła się jakaś łyska, kokoszka albo krzyżówka. Nie widziałem natomiast czapli… Nikt wtedy nie myślał o prostowaniu Wilkusa. Pokonywałem zakręt za zakrętem wiedziony ciekawością co dalej…

 

Pierwsze jeziorko Kocioł za mostkiem, wtedy drewnianym. Owalne. Zalesione po wschodniej stronie, otoczone zabudowaniami wzdłuż zachodniego brzegu. Pól nie zobaczyłem. Były zasłonięte wybujałymi szuwarami. Przepłynąłem jezioro w poprzek, celując w ujście kolejnego odcinka rzeczki. Kuran i Czajkowski podali w przewodniku bezbłędne wskazówki. Pomogły też łabędzie, które akurat wypływały z niewidocznego w szuwarach korytarza na wyciszoną taflę. Z każdym jednak metrem Wilkus wypełniał się pałką szerokolistną. Coraz trudniej przepychałem kajak przez zarośla rozdzielone odcinkami swobodnego nurtu. Byłem trochę speszony. Bałem się, że utknę w mierzwie...


Za mostem drogowym wypłynąłem na jezioro Białoławki. Tutaj też miałem obawy. Owszem zabudowania wioski Kwik widoczne, lecz problem z wyborem kierunku. Kuran i Czajkowski zalecali cierpliwe szukanie ujścia w szuwarach po zachodniej stronie jeziora. Byłem wówczas pewien, że mało kto zapuszczał się na te komysze. Żeglarze i motorowodniacy wybierali Kanał Jegliński. Kajakarze raczej tu nie zaglądali. Wilkus był płytki. Co i raz kajak szurał o piasek lub zalegające kamienie. Zwłaszcza przed jazem zamykającym odpływ ze Śniardw. Widok tej przeszkody zaskoczył. Przez chwilę z niechęcią myślałem o przeciąganiu sklejkowej krypy. Brzeg wydał się nieprzyjazny, gruntowa wówczas droga odstręczająca. Wysiłek okazał się jednak wart ceny. Pod wieczór wpłynąłem na zatoczkę a z niej na Śniardwy spowite flautą. Przestrzeń pod bezchmurnym niebem nad zastygłą taflą; perspektywa ograniczona horyzontem, którego nie strzępiły drzewa odległych brzegów; bezruch na wodzie i wstępujący księżyc… Byłem zauroczony…


Znajomi obiecali zanocować na Szerokim Ostrowie. Dopływając więc doń, szukałem namiotów na pochylonym stoku. Zobaczyłem tylko wypłowiałą dwójkę nad ścieżką ku wodzie. Nie ufając przeczuciu, popłynąłem wokół wyniosłych brzegów w poszukiwaniu innych biwakowiczów. Podziwiałem klif po zachodniej stronie. Jednakże ostrów był pusty. Żadnych namiotów, łodzi, ludzi. W sezonie wakacyjnym. Zdumiewające… Zawróciłem więc do owego namiotu. Podciągnąłem doń kajak. Zameldowałem się na nocleg. Przez całą noc nawet kulawy pies nie zajrzał. Znajomych nie spotkałem. 



O świcie wypłynąłem na Śniardwy. Żal że wtedy nie fotografowałem. Taki akwen we flaucie to niezwykły widok… Kilka razy pokonywałem Śniardwy kajakiem, płynąc na Krutynię lub z niej wracając. Nigdy jednak nie doświadczyłem wzburzonego jeziora. Zawsze flauta – przyjaciółka kajakarzy, zawsze bezwietrze – zmora żeglarzy…


Pewnego razu płynąłem z kolegą późnym popołudniem do Bełdan. Po obu stronach Śniardw unosiły się ciężkie granatowe chmury, z których zwisały welony deszczu prześwietlone przez słońce: jedne nad Warnołtami i Popielnem, podkreślone wstęgą ciemnego boru; drugie nad północną częścią jeziora (linia brzegowa pod Okartowem zniknęła za ulewą); a my na środku bezdeszczowej alei, nad ciemną tonią, otoczeni nieruchomą taflą odbijającą ów niezwykły obraz pogodowego kaprysu, z Czarcim Ostrowem i Pajęczą Wyspą, gdzie spojrzeliśmy ostatni raz na głazy pod wodą, daleko z tyłu… 


Wiosłowaliśmy zapamiętale, uciekając przed demoniczną naturą. W głowie strach, żeby nie dopadło nas to, co onegdaj mnie i ojca na kutrze podczas łowienia szczupaków… Flauta sprzyjała wysiłkowi. Kajaki odwalały skiby spienionej wody. Fale od dziobów rozchodziły się po bezkresnej tafli i gasły, zanim dobiegły do brzegów. Pamiętam nostalgiczną pustkę na jeziorze, dalekie żagle gdzieś pod Mikołajkami i ten niezwykły wysiłek zalewający nas endorfinami… Kolega, który próbował swych sił w kajaku pierwszy raz w życiu, nie odstępował mnie na krok. Był zachwycony. Nie sądził, że dotrzyma mi kroku, chociaż wydawał się bardziej wysportowany i miał dłuższy zasięg rąk. Człowiek żyła. Swoją kondycję wypracował samotnymi wędrówkami po Bieszczadach… 


 

Dopływaliśmy do Łuknajna i przejmy na Bełdany z poczuciem ulgi. Tyle że nieuzasadnionej. Ów stan jeziora był tylko stanem niespełnionej groźby. Śniardwy z nas wtedy zakpiły. Wpływając na Bełdany, znaleźliśmy się pod jaskrawym światłem zachodzącego słońca.


Coś podobnego i równie niezwykłego spotkało mnie i kolegów na jeziorze Blizno pod Atenami. Płynęliśmy środkiem akwenu, gdy znad lasu nadciągnęła potężna chmura, przynosząc ulewę. Płynęliśmy po stronie słońca, krojąc kajakami lustrzaną taflę. Po prawej ręce na wyciągnięcie wiosła lało tak, że jezioro pokryło się srebrem. My w cieple i słońcu, a obok szumiąca pod nawalnym deszczem powierzchnia Blizna… Kaprys trwał i trwał, a kiedy ustąpił, rozpalił tęczę, barwiąc suwalski puszczański krajobraz…


Z zasady podczas samotnych i dwu lub trzy osobowych spływów wracaliśmy do miejsca startu. Krutynia zaliczana z prądem nie przypominała Krutyni pokonywanej pod prąd. Niecałe sto kilometrów szlaku Krutyni plus ileś kilometrów dopływów i spacerów w bok to była zabawa na dwa, trzy dni. Za krótko. Bynajmniej nie dlatego, że uganialiśmy się za rekordami. Wędrówka, przesuwający się przed oczami dzienny i nocny krajobraz, wrażenia o świcie i o zachodzie słońca, niesłabnące poczucie przygody, rozpierająca nas energia, wszystko to sprawiało, że nie czuliśmy znużenia. Siłą rzeczy odciągaliśmy zakończenie wyprawy tak długo jak się dało.

Do Sorkwit lub Borowskiego Lasu wracało się jedną oczywistą drogą. Do Pisza natomiast wracaliśmy przez rozprażone słońcem Śniardwy albo przez Nidzkie – w czerwcu zawsze obiecujące przygodę. Jak Wigry. Tutaj czuło się przestrzeń i obietnicę powrotu do natury. Kończąc sierpniowy spływ Krutynią po szkwale na Mokrym, płynąłem rano z kolegą przez Bełdany do śluzy w Guziance. Kajaki kroiły wodę. Musieliśmy zważać na wszędobylskie żaglówki i motorówki. Ustępowaliśmy im z drogi, nie rozumiejąc zasad, jakimi się kierowali sternicy. Żeglarze traktowali nas jak plankton godny rozjechania. Wokół ruch jak na Marszałkowskiej a my niczym piesi na jezdni. Przeszkadzaliśmy, chociaż wydawało się, że płyniemy szybko i zgodnie z nieznanymi nam przepisami albo zasadami żeglowania w tłoku. Bełdany to taki miły oku landszaft, jakby powiedział Melchior Wańkowicz. Tłok na wodzie powodował jednak, że nie czuliśmy tego uroku, chociaż brzegi wysokie i strome, wyspy, zatoki, puszcza gdzie okiem sięgnąć, bezkres nieba, prowokujące perspektywy…


Skręciwszy za mariną, dogoniliśmy dwóch turystów w jednym kajaku z zapałem mieszających wodę. Chcieli wpłynąć do śluzy przed nami. Kolega nie wytrzymał. Przyspieszył. Jakby zredukował bieg. Ja za nim. Turyści się zawzięli. Byli zgrani. Wytrzymali jednak może dwie, może trzy setki sprintu i… osłabli. Kumpel odjechał od nich i ode mnie. Po tygodniu spływu i ponad dwustu kilometrach szlaku opanował wyczynową technikę wiosłowania. Dogoniwszy go pod bramą śluzy, zobaczyłem satysfakcję na jego twarzy… Wpłynęliśmy do komory śluzy wypełnionej po brzegi. Zdyszani przegrani też się zmieścili dopchnięci przez śluzowego tyką. Wypełniona komora podniosła nas na poziom Jeziora Nidzkiego…

 






Wyczynowego wiosłowania na turystycznym kajaku uczył się ode mnie każdy. Wiesiek Łubkowski, z którym studiowałem na warszawskiej Politechnice, piski niedźwiedź (podczas każdej rozmowy musiałem zadzierać głowę), po dwóch tygodniach pływania po Czarnej Hańczy, Biebrzy i Rospudzie, wziął się za bary z kajakarzami ćwiczącymi na torze regatowym na jeziorze Rospuda. Chłopcy w wyczynowych jedynkach, lekkich jak piórko, trener na motorówce obok, a na zewnątrz toru Wiesiek na turystycznej krypie wypływający z rzeki… Zrównał się z zawodnikami w chwili wystrzału ze startera. Ze zdumieniem obserwowałem jak dotrzymywał kroku a potem zaczął ich wyprzedzać. Wytrzymał do końca półtorakilometrowego toru. Trener dopłynął do niego motorówką:

- Długo trenujesz?

- Dwa tygodnie.

- Nie wierzę.

- Nigdy przedtem nie pływałem.

- Nie zechciałbyś dołączyć? Masz ciąg…

Wiesiek opowiadał później, że trener chciał go koniecznie zmotywować to wyczynowego pływania, twierdząc że takiego talentu jeszcze nie spotkał.

 


A przecież pierwszego dnia wędrówki po Wigrach Wiesiek był wykończony falą, zimnym wiatrem i nieergonomiczną pozycją w kajaku (siedział za nisko i opierał się o podpórkę na rufie). Kiedy dopłynęliśmy do kameralnej polany naprzeciwko Rosochatego Rogu,  usnął na trawie. Myślałem, że zrezygnuje z wyprawy. Fatalnie wyglądał. Zsiniał na twarzy. Przemeblowałem z kolegą jego marynarski worek wypełniający wnętrze kajaka. Przez ten wór nie mógł wyprostować nóg. Zabraliśmy część jego rzeczy do swoich kajaków. Urządziliśmy z kapoka podwyższone siedzenie, odsunąwszy go od tradycyjnego drewnianego oparcia na wysokości nerek. Wiesiek, kiedy się obudził i opił gorącej kawy, zaprotestował. Nie uległem. Nie pozwoliłem mu podpierać pleców. Przyuczyłem go jak ma siedzieć, układać nogi w kajaku i wiosłować z wykorzystaniem zasięgu barków i rąk. Przez kilkaset metrów korygowałem jego postawę i ruchy, póki nie załapał, o co chodzi. Przestał wreszcie cierpieć. Wigry wynagrodziły mu wtedy niewygodę i poranne zmęczenie niezwykłym krajobrazem i wieczorną flautą pod Gawrych Rudą…

 







Nidzkie – fantastyczne. Płynęliśmy wzdłuż południowego brzegu pod pochylonymi sosnami, dębami, brzozami, olchami, między wyspami, pod wzniesieniami Prania i Krzyża. Odwiedziliśmy obie opisywane przez Ernsta Wiecherta zamordejskie zatoki, tę wielką i tę małą. Zanocowaliśmy na jakimś kameralnym cyplu pod Zamordejami z dala od tłumów na wodzie i od wypełnionych polan biwakowych. Następnego dnia kończyliśmy spływ w Wiartlu. Do Pisza dowieźliśmy kajaki na furmance doczepionej do starego ursusa…

 

Ostatni spływ Krutynią zaliczyłem jesienią. Kolega wyszedł z wojska w stopniu podporucznika po odbyciu obowiązkowej służby w jednostce saperskiej w Kazuniu i koniecznie chciał świętować wolność w kajaku. Nie dałem się długo namawiać. Popłynęliśmy ze stanicy PTTK w Sorkwitach. Na początku jednak kierownik nie chciał uznać mojego dowodu osobistego.

- Gdzie pan pracuje? – dopytywał.

Podałem nazwę instytucji.

- W dowodzie nie wpisano.

- To jakiś problem?

- Pan to chyba ze służb. Oni nie wpisują.

- To proszę tak uznać – skwitowałem.

- No dobra. Kajaki zdacie w PTTK w Rucianem – zakończył śledztwo.





Krutynia przyjęła nas jak dobrych znajomych. Szlak opustoszał po wakacjach. Zanurzyliśmy się w  samotności i błogości. Pierwsze obozowisko rozbiliśmy na Jeziorze Białym. Obraz jeziora w promieniach zachodzącego słońca z deszczowymi chmurami zawieszonymi gdzieś nad Pieckami i Nawiadami – niezapomniany. Ta cisza, ta gładkość jeziora przed namiotem, szczęk kochera nad ogniskiem, zapach płonącego drewna i ciepło żaru, gadanie perkozów i śmieszek, aromat tataraków i boru za plecami, nastrój złotej godziny... 

 



Drugie obozowisko urządziliśmy nad jeziorem Tejsowo po przepłynięciu Babantem do Babięt Wielkich i z powrotem; trzecie na wyspie Zyzdroju Wielkiego po zaliczeniu strumienia Kadyk (Kuklanka) z trzema jeziorkami pod Krawnem; czwarte na bindudze Jeziora Gardyńskiego; piąte gdzieś między Siwirogiem a Zamordejami, zawróciwszy spod Wiartla na końcu Jeziora Nidzkiego…


Ostatniego dnia dopłynęliśmy do stanicy PTTK w Rucianem, zdaliśmy kajaki i długo nudziliśmy się w oczekiwaniu na nocny pociąg z Ełku do Warszawy. Kiedy nadjechał, zajęliśmy miejscówki w Warsie. Wars-man zaproponował scenicznym szeptem golonkę do zamrożonej flaszki. Nie musiał nas zachęcać. Po tygodniu jesiennego pływania po Krutyni byliśmy w stanie zjeść wszystko… To była epoka kartek na mięso, cukier, masło, mąkę, proszek do prania... Porcje były ogromne, pięknie upieczone, parujące, z chrupiącą skórką, ogarnirowane dobrze przyprawioną kapustą, marchewką, innymi warzywami… Wyżerka, palce lizać!...

Usiedliśmy obok kontuaru, żeby Wars-man nie musiał chodzić z alkoholem…

Po godzinie zajrzeli do Warsu inni podróżni. Widząc nas nad dymiącymi talerzami i wdychając aromat świeżego pieczystego, też tak chcieli. Usłyszeli:

- Zeżarli cały zapas. Nie odważyłem się odmówić.

Podkreślił słowa sugestywnym skinieniem głowy w naszym kierunku…

Po takim komplemencie rozprostowaliśmy się dla podkreślenia wagi wygłoszonego usprawiedliwienia.

Goście musieli obyć się nieśmiertelną jajecznicą, wiekowym bigosem i zleżałymi kanapkami z nierozpoznawalną zawartością.

Wars-man wyznał, gdy zaproponowaliśmy wspólną kolejkę, że ta golonka to z jego prywatnego zasobu. Był rok 1984. Znamienny. Trawestując Orwella, nieomal orwellowski. Tłumaczący konspiracyjną ostrożność. Przewodnia siła narodu powołała do życia IRChę (Inspekcję Robotniczo-Chłopską – remedium na kartkowy niedostatek). IRCha panoszyła się wszędzie, uprzykrzając życie szmuglerom, prywaciarzom, spekulantom, badylarzom, nierobom, przedstawicielom wolnych zawodów; słowem wszystkim tym, którzy mieli w "dogłębnym poważaniu" kartkowy dobrobyt i polegali na handlu wymiennym... Kto tego nie przeżył, nie zrozumie, o czym mowa… Kto zechce zrozumieć, niech obejrzy Zmienników albo nieśmiertelne dzieła Staszka Barei.

 

Od tamtej pory nie kajakowałem po Krutyni… Proza życia w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych nie sprzyjała już takim fantazjom…

 


niedziela, 19 sierpnia 2018

Pranie i Gałczyński


Wszystkim dobrym cały czar, co wezbrał na tej ziemi, daję jak alfabet: pory roku ze złota i srebra i dzięcioły, i te muszki nawet wieczorami, wielkim rojem, przy akacjach, w głębi zorza, z której się nie wraca... Noctes aninenses


Z leśniczówką w Praniu wiążą się emocje. Zobaczyłem ją pierwszy raz podczas studiów, gdy Wiesiek Łubkowski, z którym zaprzyjaźniłem na Politechnice Warszawskiej (byliśmy w tej samej grupie dziekańskiej), zaproponował mi wspólne praktyki w piskiej Sklejce. Zamieszkałem w ośrodku zakładowym nad Pisą w sąsiedztwie jeziora Roś (dzisiaj marina). Korzystałem z kajaków, by w wolnym czasie pływać na Śniardwy. Dwiema drogami: kanałem Jeglińskim ze śluzowaniem w Karwiku (wszyscy płynący z dołu wybierają ten skrót) albo rzeczką Wilkus łączącą jezioro Kocioł i jezioro Białoławki z Rosiem (inaczej Jeziorem Warszawskim – 25 kilometrową rynną wygiętą w literę S w bagiennym i szuwarowym otoczeniu). Przed samymi Śniardwami przenosiłem kajak – przeszkodą jaz utrzymujący stały poziom jeziora.

Śniardwy przez dziurkę od klucza

Któregoś dnia Wiesiek postanowił pokazać mi leśniczówkę w Praniu. Była wtedy filią Domu Kultury w Piszu, którym zarządzał jego ojciec, Stanisław. Pojechaliśmy wzdłuż Jeziora Nidzkiego przez Wiartel, Karwicę i Krzyże. Dojechaliśmy leśną drogą. Leśniczówka wyglądała na opuszczoną. Wiesiek miał wielki pęk kluczy na stalowej obręczy. Chodziliśmy po pustych pomieszczeniach. Budynek, w którym gościli Gałczyńscy, był zamknięty. Ojciec Wieśka narzekał, że kazali mu wziąć Pranie w opiekę, nie dając finansowego wsparcia. Mało kto zaglądał w to miejsce. Po śmierci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Stanisław Popowski, pierwszy leśniczy Prania, który gościł Gałczyńskich od lipca 1950 roku, przeniósł się do Krzyży. W latach sześćdziesiątych urządzono (podobno) izbę pamięci.Tak to się nazywało.

Jezioro Nidzkie oczami Gałczyńskiego?

Kiedy weszliśmy do środka, Wiesiek pokazał zardzewiałe metalowe łóżko ze sprężynowym stelażem, bez materaca, i powiedział:
- A na tym łóżku sypiał Gałczyński.
Popatrzyłem na niego, wyczuwając ironię.
- No wzięliśmy to łóżko z domowej rupieciarni – wyznał. - Robi za eksponat. Nie ukradną. Prania nie ma jak zabezpieczyć. Strach tu cokolwiek zostawić.

Kultowa gęś

Słowa Wieśka skojarzyły mi się przewrotnie ze sceną w muzeum w Brunecie wieczorową porą Barei i ze sławetnym bon motem Emilii Krakowskiej:
-  Słuchajcie, to jest butelka z XVII wieku, do której dziedzic nalewał wódkę. I rozpijał tą wódką pańszczyźnianych chłopów.
A potem było już z górki:
MICHAŁ - Butelka. To jest butelka...mmm...stymiankowa.
Emilia Krakowska - To nie jest szklana butelka, prawda? Do której nalewano wódkę...
MICHAŁ - Wódkę?
Emilia Krakowska - No i co?
MICHAŁ - Www...dziewiętnastym wieku.
Emilia Krakowska - Tak, i rozpijano chłopów. Proszę bardzo idziemy dalej, proszę, idziemy dalej, proszę, proszę, szybciej, szybciej, szybciej, nie ma czasu. A to jest butelka...Michał, gdzie jest ta karteczka!?
MICHAŁ - Proszę pani, ja nie schowałem karteczki.
Emilia Krakowska - Gdzie jest ta karteczka ja się pytam!?
MICHAŁ - Ja jej nie schowałem, mnie tu wcześniej nie było!
Emilia Krakowska - Więc to jest butelka...
UCZEŃ - Pani widzi? Zostawili jedną pańszczyźnianą, na pokaz do muzeum.

Tak się robiło ekspozycje.


Ogarnęliśmy te dwie izby. Miotłą, szczotką, szmatami na mokro. Pościągaliśmy pajęczyny. Coś poprzestawialiśmy. Zdaje się: stół, zdezelowane krzesła, chwiejącą się szafę, a może kuśtykający regał, który przykręciliśmy do ściany... Leśniczówka była wyludniona. Trafiali tu tylko pasjonaci poezji Gałczyńskiego. Tak naprawdę jedynym godnym uwagi eksponatem było Jezioro Nidzkie w otoczeniu janśborskich sosen i dębów. Widok z nadjeziornej skarpy w kierunku Rucianego-Nidy zaiste poetycki. Nie dziwi więc, że, przyjechawszy do Prania, Gałczyński odzyskał siły twórcze po pierwszym zawale i po ohydnej krytyce literackiej Adama Ważyka (za pisanie o rzeczach zwykłych i pięknych, zamiast o światowej rewolucji i robotniczo-chłopskim znoju), po której trafił na indeks zakazanej twórczości. Początek lat pięćdziesiątych to chyba najmroczniejszy okres w historii PRL-u. Wojna w Korei. Stalinizm w najpaskudniejszym sowieckim wydaniu. Makckartyzm w USA… Julian Tuwim poprosił wtedy Gałczyńskiego o tłumaczenie Snu nocy letniej. Prawdopodobnie także po to, by przy okazji skrycie go wspomóc.

Jezioro Nidzkie

Jednak z tym łóżkiem było chyba nie całkiem tak do końca. Andrzej Drawicz (współtwórca Studenckiego Teatru Satyryków – sławetnego STS-u, też obecnego w Praniu i w Krzyżach), który wpadał do nas do Łajsu w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, także w towarzystwie Zbigniewa Zapasiewicza (udzielał się w Praniu na wieczorkach poetyckich), napisał w mazurskiej biografii Gałczyńskiego że nic tu nie było na pokaz. Zabudowania, przedmioty gospodarskie, ślady codziennego ludzkiego trudu wkomponowywały się w otoczenie przyrody. Przytulne obejście miało pełno zakamarków, przybudówek, płotów, furtek, wewnętrznych ogródków (…). W domu (…) stały proste sprzęty, żelazne łóżka, zbite własnym przemysłem etażerki, na nich torby myśliwskie, naboje, książki, papiery, zwierzęce czaszki. Na ścianach wisiały jelenie rogi, między nimi rozpięte girlandy chmielu, jarzębina, pęki ziół o ostrym leśnym zapachu…

Zapachniało pierwszymi stronami Zakrętasów Heleny Piotrowskiej.

Flauta

Resztę znajdziecie sobie w Praniu i Poezji Jagienki i Wojciecha Kassów – przewodniku po muzeum Gałczyńskiego, które tak naprawdę stało się nim dopiero w czerwcu 1980 roku.


Powrót do Prania wydobył z pamięci najbardziej zaśniedziałe wspomnienia. Patrząc na uśpione flautą żaglówki, przypominałem sobie kajakowanie przez Nidzkie: zwiedzanie zatok, przeprawę przez rozległe błoto, które stało na drodze do przejścia na jezioro Wiartel, listy pisane codziennie do Małgosi z kajaka, poszukiwanie poczty w każdej miejscowości, by je nadać… trzech braci Łubkowskich – piskich niedźwiedzi patrzących z góry na ojca, szefa domu kultury, i na trzymającą wszystko w ryzach mamę… Bracia rozbiegli się po Europie. Straciłem z nimi kontakt. Zostało tylko Pranie i Gałczyński...

Niepoważny stosunek do życia
figla ci w końcu wypłatał: 
nadmiar kolorów, brak idei 
zawsze się kończą wstydem i 
są wekslem bez pokrycia
mój ty Niprzyupiąłniprzyłatał! 

Na śmierć motyla  przejechanego przez ciężarowy samochód.

Cóż. Chyba jesteśmy motylami, chociaż we własnych oczach usiłujemy uchodzić za coś istotniejszego.