Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dłużec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dłużec. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 października 2023

Z Borowskiego Lasu do Babięt

 


Pływałem wiele razy szlakiem Krutyni z Borowskiego Lasu do Babięt, zanim zdecydowałem się na samotny spływ do Bełdan. Ten pierwszy raz w towarzystwie starego harcerza, Bronka Fabrowicza, który zadysponował dwa kajaki dla mnie, brata i kolegi. Wszyscy z jednego podwórka na Kole w Warszawie. Przed startem musieliśmy wyrobić karty pływackie u ratownika, który uparł się i postawił na swoim. 


Wypłynęliśmy w południe. Dzień pochmurny, ciepły. Sierpniowe lato. Bronek z bratem, ja z kolegą. Wyruszyliśmy mimo chmur. Po południu wypogodziło się. Przenosiliśmy kajaki przez szosę w Babiętach, obok młyna. Młynarz, na nasze nieszczęście wstrzymał przepływ wody. Za drogą rzeka opadła, odsłaniając pogarbione dno. Ciągnęliśmy kajaki na sznurkach przez zagłębienia w korycie rzeki. Harcerz, zamiast pomagać, poszedł w leszczyny na orzechy. Szarpaliśmy się z kajakami ze dwie godziny. W końcu powiedzieliśmy dosyć, widząc jak niewiele oddaliliśmy się od Babięt. Zyzdrój Wielki okazał się nieosiągalny... 

Tu mieliśmy dotrzeć - śluza spiętrzająca Zyzdrój Wielki, jeden z elementów Kanału Mazurskiego, nieukończonego.



Obozowaliśmy nieopodal stanicy PTTK na polanie pod lasem. Pierwszy raz jadłem jajecznicę na oleju rzepakowym. Głodny wszystko zniesie. Następnego dnia wróciliśmy do Borowskiego Lasu.

 


W kolejnym sezonie popłynąłem w nocy. Sam. Też w sierpniu. Wieczór ciepły po skwarnym dniu. Pogodne niebo. Flauta. Żadnej zmarszczki na jeziorze. Popłynąłem bez ekwipunku. Tylko woda w butelce. W świetle księżyca w pełni. Rozjaśniał jezioro. 



Na Sobiepance straciłem go z oczu. Korony olch nad rzeką nie przepuszczały światła. Płynąłem na pamięć. Bałem się mostku, a właściwie ludzi na nim. Jakiś atawizm sprawia, że, będąc w lesie, obawiam się dwóch rzeczy: obcych i bezpańskich psów. 



Nigdy nie czułem zagrożenia w obecności naturalnych mieszkańców lasu. Dzikie zwierzęta nie szukają konfrontacji. Jeśli mają gdzie uciec, odejdą. Atakują, gdy już nie mają wyjścia. Nigdy jednak nie prowokowałem takich sytuacji. 


Nad Wisłą, gdy dzik zaczął groźnie pomrukiwać, mając za sobą mierzwę przemrożonej nawłoci, w którą nawet on nie odważyłby się wejść, cofnąłem się fotografując i otworzyłem mu drogę ucieczki. W Lesie Warmińskim spotkałem młodego wilka na rozwidleniu dróg. Traf chciał, że mogłem go sfotografować w świetle jednej, a po przejechaniu kilkudziesięciu metrów rowerem w perspektywie drugiej. Wilk patrzył w moją stronę zaciekawiony. Trwało to sekundy, po czym bezgłośnie wszedł w zarośla. 


Nad Kośnem natomiast spotkałem dziczą rodzinę. Żerowała na zarośniętej sosenkami porębie. Stałem mocno poniżej. Locha zaczęła pomrukiwać. Brzmiało to groźnie. Serce mi zabiło. Rower przed siebie dla obrony przed pierwszą szarżą. Wypatrzywszy pniak po ściętym świerku, stanąłem na nim, mając w pamięci scenę z filmu „Bogowie muszą być szaleni”, w której mały Buszmen przykładał do czoła korę z drzewa, by wydać się większym i odstraszyć polującą hienę (a może szakala). Wyprostowawszy się, sięgnąłem po aparat. Chciałem fotografować. Wtedy właśnie padła mi bateria. Zanim ją wymieniłem, locha, ujrzawszy, że urosłem, chrumknęła głośno, dając rodzinie sygnał do ucieczki. Cały sośniak się zachwiał, rozbrzmiał łamanymi gałęziami i patykami. Dzików było mrowie. Foto-okazję diabli wzięli. Do domu wróciłem bez spektakularnych ujęć. Wtedy jeszcze nikt nie eksterminował dziczych rodzin pod pretekstem zapobiegania ASF.

Pisząc o dzikach celowo używam słowa „rodzina”. Nie „stado dzików”, nie „dzicza wataha, chmara”. Dziki tworzą wielopokoleniowe rodziny prowadzone przez najbardziej doświadczoną lochę. Matki, siostry, kuzynki wspólnie opiekują się warchlakami i przelatkami, tworząc swoiste przedszkole (odyńce raczej im nie towarzyszą).

Wszelkie inne określenia służą wyłącznie emocjonalnej degradacji zwierząt w oczach myśliwych, którzy „nie zabijają, nie eksterminują”, tylko pozyskują, realizują „racjonalną gospodarkę łowiecką”, kultywują „szlachetne tradycje”. Cała ta nowomowa służy usprawiedliwieniu tego okrutnego i barbarzyńskiego w XXI wieku procederu, który powoduje nieodwracalne szkody w polskim środowisku.




No więc mostek nad Sobiepanką. Strach miał tylko wyimaginowane oczy. Przez jezioro Kujno przemknąłem. W świetle księżyca było zjawiskowe. Przez Grabówkę też. Most nad nią nie zrobił wrażenia. W miarę wysoki nie napawał lękiem. 








Potem jezioro Dłużec w gorsecie morenowych bezleśnych grzbietów… Płynąłem jak w transie. Bez odpoczynku. Kajak odwalał zabielone skiby wody. Kilometr ubywał za kilometrem. Bezbłędnie trafiłem w wejście do krótkiej rzeczki prowadzącej na Jezioro Białe, zostawiając skąpo oświetloną wieś za plecami. Kolejny most. Pusty. Na Białym znowu odzyskałem wigor. Ciepła noc i flauta sprzyjały. Księżyc oświetlał archipelag. Kluczyłem między wyspami, mijałem kajakarzy biwakujących wokół ognisk. Dym snuł się nad wodą. 








Bez trudu znalazłem wejście na Dąbrówkę za Bieńkami we wcięciu boru. Księżyc wszystko ułatwiał. Pamiętam nawet kolory, nie tylko czerń i refleksy światła. Przepłynąłem przez ciasny przełom, zakręty, pierwsze rozwidlenia nurtu ze ślepymi ramionami w mokradle, zakola między klinami lasu wpadającego na podmokłe łąki... 






Mostek czerniejący nad wodą w mroku starych świerków znowu przypomniał o strachu… Skłoniłem głowę pod balami przęsła… W następnym sezonie ów mostek runął pod ciężarem jakiegoś pojazdu, zobaczyłem więc sterczące resztki drewnianych podpór i świeżo wbite słupy ze zbrojonego betonu pod zwisającą babą kafara zaparkowanego na nasypie leśnej drogi.

 


Na Gancie, gdy wpłynąłem na jego lustro, doznałem głębokiej ciszy. Kajak siłą inercji dotarł na środek jeziora i niewyczuwalnie zastygł. Ja z nim. Patrzyłem na księżyc w górze i jego nieruchome odbicie przed dziobem, na osrebrzone ściany lasu wokół, na zastygłą wodę, której nie mącił żaden krąg fal wzniecanych przez ryby. Kiedy ostatnie fale od burt wpadły w trzciny, spod brzegów odezwały się żaby. Nie śmiałem ruszyć ni ręką ni wiosłem... Oddychałem z namysłem… Doznałem zatrzymania w czasie. To było tak głębokie i pierwotne wrażenie… Jakbym zasnął z szeroko otwartymi oczami… Trwało kilka godzin... Byłem zachwycony tym  przejściem z wiosłowania w transie do całkowitego zastygnięcia w sobie…

 







Z kontemplacji wyrwał mnie chłód. Tej nocy nadszedł jakiś front i temperatura z godziny na godzinę spadła o dobre dziesięć stopni. Wracałem bez wysiłku przez Dąbrówkę, przez Jezioro Białe. Na Dłużcu przeżywałem pierwszy kryzys. Byłem za lekko ubrany. Tylko flanelowa koszula z długim rękawem. Zaciskałem zęby. Wiosłowanie przestało rozgrzewać. Piłem zimną wodę. Po niebie gnały zimowe chmury. Z północy. Wracałem więc nie tylko pod prąd ale i pod wiatr. Na Kujnie było najgorzej. Na Sobiepance najuciążliwiej – płytka. Kiedy dobiłem do przystani w Borowskim Lesie, z trudem doszedłem do domku, padłem na łóżko i odpłynąłem…

 











Pierwszy samodzielny spływ Krutynią zaliczyłem w lipcu. Zapamiętałem go w najdrobniejszych szczegółach. Jakbym odtwarzał film, pisząc po powrocie obszerną relację w kajecie. Czytając ją po kilkudziesięciu latach, dziwię się, że najwięcej wrażeń przysparzał mi ruch. Nie patrzyłem wtedy na świat kadrami. Dopiero aparat fotograficzny wyzwolił inną wrażliwość i nauczył też… oszczędniej operować słowem. 

















Pisząc blogi opatrzone zdjęciami, uświadomiłem sobie niewielkie znaczenie przymiotników w tekście. Obraz znaczy więcej niż setki słów. Wagę mają słowa klucze. Można skupić się na esencji wrażeń bez konieczności ich stopniowania. Wtedy ujawnia się cała wyrazistość patrzenia. Igor Newerly doradził kiedyś Markowi Hłasce:

Jeśli pan chce coś napisać, niech pan o tym opowiada. Wszystkim. To nieważne, czy pana ludzie rozumieją, czy nie. Niech pan mówi; za każdym razem opowiadając, musi pan budować swoją historię od początku do końca; po jakimś czasie zrozumie pan, które elementy są ważne, a które nie. Chodzi o to, aby pan sam to umiał sobie opowiedzieć.”

Zresztą każdy kto czyta i tak ma inną wrażliwość. Nie ma sensu stopniować własnych wrażeń.

 




Pływając z aparatem fotograficznym, doznałem też skutków nieoznaczoności w każdej chwili „teraz”. Artur Schopenhauer zauważył filozoficznie, że „możesz czynić, co chcesz: ale w każdej danej chwili twojego życia możesz chcieć tylko jednej, określonej rzeczy i zgoła żadnej innej niż ta jedna.”

 

W przewodniku Wojtka Kujawskiego „Krutynia – szlak wodny” z 2012 roku (wyd. QMK Olsztyn) znalazłem obszerne opisy fragmentów szlaku od Jeziora Gielądzkiego do Gantu, również w historycznym kontekście. Znalazłem informacje, na które nie trafiłem, pisząc swoją Zieloną Rzekę, chociaż spędziłem mnóstwo czasu w czytelni na Koszykowej.

 




Nie wiedziałem, że w Jędrychowie, wsi z rodowodem od 1617 roku na wschodnim brzegu jeziora Lampasz, mieściła się letnia rezydencja junkierskiego majątku w Sorkwitach. Jędrychowa zresztą nie poznałem. Raz tylko przewoziłem z ojcem mieszkankę Borowskiego Lasu przez jezioro, bo musiała do felczera z jakąś dolegliwością. W podzięce próbowała wręczyć drobne. Odmówiliśmy, tłumacząc się sąsiedzką przysługą. Wtedy życzyła dużej ryby. Kilka minut później ojciec wyciągał z wody kilkukilogramowego leszcza. Tej walce z rybą towarzyszyły emocje. Z takich przypadków rodzą się bajania, że każdy dobry uczynek będzie nagrodzony… Tęsknimy za światem ludzi wyłącznie życzliwych…

Borowski Las powstał niejako spontanicznie w formie kolonijnej zabudowy Zakątka Maradzkiego. Stąd owo nieodparte wrażenie, którego doświadczałem przez wszystkie wakacyjne pobyty nad Lampaszem, że przebywam wśród chutorów. „Cichy Don” Szołochowa dodał do tego wrażenia jeszcze inną jakość... Gospodarstwa do dzisiaj są rozrzucone wśród wzgórz, zagajników, zamaskowane sosnowym lasem, który wkroczył na porzucone pola. Łączą je pokręcone gruntowe drogi, dzielą ogrodzenia z nieznośnymi tablicami „własność prywatna”. Takich wcześniej nie było...

Grabowo z metryką od 4 października 1554 roku słynęło między innymi z hodowli koni trakeńskich, których protoplastą był staropruski kuc krzyżowany następnie z końmi krwi angielskiej i arabskiej. Dzisiaj to agroturystyczna wioska ciągnąca się od mostku nad Grabówką wzdłuż zachodniego brzegu Dłużca.

 


Po drugiej stronie jeziora rozciąga się Dłużec, wieś typowa ulicówka. Domy rozmieszczone szeregiem pod skarpą wyniosłej moreny robiły na mnie za każdym ciepłe wrażenie. Okna przezierające między konarami wierzb, olch czy osiki, pojedyncze samochody i wozy ciągnięte przez konie snujące się jedyną ulicą wzdłuż jeziora, rozmowy dobiegające od brzegu… Wieś rówieśniczką Grabowa w granicach majątku w Sorkwitach a mimo to już należąca do innych włości, została założona w 1555 roku przez ostatniego mistrza zakonu krzyżackiego, księcia Albrechta Hohenzollerna, już po sekularyzacji państwa zakonnego. Część zabudowań widać także z Jeziora Białego, jeśli płynąć w sąsiedztwie pierwszej wyspy oddzielonej za ujściem strugi od brzegu mokradłem przykrytym szuwarami, skotłowanymi liśćmi grążeli i wypełnionym kipielą wodorostów.

Jezioro Białe, póki co, uniknęło urbanizacji. Jego wyspy jawią się dogodnymi miejscami na biwak. Stąd do Piecek przez Krzywy Róg i do Piersławka, gdzie urodził się Ernst Wiechert, rzut beretem. Drugie takie podejście nadarza się z północnej zatoki Jeziora Mokrego przez Dobry Lasek. Krutynia tak ma. Kręci się po starej galindzkiej Wildnis niczym wiatr w górskich wąwozach. Nic dziwnego, że za każdym razem, wpływając na Białe, czułem ów nieodparty zew puszczy. Pierwsze moje wakacje w Borowskim Lesie były darem niebios. W duchu – nie przeminęły.



sobota, 23 września 2023

Borowski Las, Wildenau i moje pierwsze spotkania z Krutynią

 


Do Borowskiego Lasu pojechaliśmy przez Pasym, Dźwierzuty, Targowo, za którym ze wzniesienia w Targowskiej Woli zobaczyliśmy Jezioro Rańskie. W pełnym wrześniowym słońcu pod bezchmurnym niebem objawiło całą swoją urodę - błękitną taflę rozlaną w zatokach, między półwyspami i wyspami, w obramowaniu łąk i szuwarów, otoczoną od wschodu ciemnym borem… Nie stanęliśmy jednak dla zdjęć.

 



Przez Kałęczyn dojechaliśmy do skrzyżowania z drogą łączącą średniowieczny Rańsk z równie starym Rybnem, objętym onegdaj granicami dóbr wildenawskich nadanych w 1374 roku rycerzowi z Czech lub ze Śląska, Mentzlowi von Wildenau, przez Winrycha von Kniprode w celu pobudowania w Dźwierzutach zamku do obrony przed Litwinami (źródła nie podają dokładnej lokalizacji) i zagospodarowania terenów między dzisiejszym Kozłowem a Pasymiem. Dokładnie wtedy, gdy Kniprode oderwał od Warmii za biskupa Sorboma Wildniss (dorzecze Krutyni). Następca Kniproda, Konrad Zöllner von Rotenstein, nadał w 1388 roku synowi Mentzla, Filipowi, włości wokół Kozłowa sięgające pod dzisiejsze Sorkwity.

 


To był ostatni odcinek trasy z Warszawy do Borowskiego Lasu przemierzanej w czasach już tak odległych, że bardziej kojarzących się z epoką dinozaurów. Za Szczytnem jechaliśmy przez Romany, Nowe Kiejkuty, Orzyny z widokiem na Jezioro Leńskie; Rańsk, z którego patrzyliśmy na widoczne wówczas Jezioro Rańskie; Śledzie, skąd widać było wówczas jezioro Babięty Wielkie; Rybno, za którym otwierała się rozległa panorama jeziora Piłakno z kurhanem pod starymi poskręcanymi sosnami (po 60 latach pola zarosły borem). Kilka kilometrów za Piłaknem skręcało się do Borowskiego Lasu nad jezioro Lampasz.

Pierwszy przystanek za Targową Wólką na poboczu lipowej alei nad szosą, biegnącą wzdłuż zarastającego jeziora. Robimy zdjęcia znad zebranych z pól głazów. Słońce. Niebo bez chmur. Nastrój ostatniego dnia wrześniowego lata…

Babięty Wielkie
 

 

Babięcka Struga

Za Śledziami zjeżdżamy w leśną drogę wiodącą do przesmyku między Wielkimi i Małymi Babiętami nad Babięcką Strugę. Zatrzymujemy się za mostkiem. Do Babięt prowadzi polna droga, wznosząc się na łąkę po ostatnim koszeniu. Schodzimy nad rzekę, którą płynąłem dwa razy: raz sam, raz w towarzystwie kolegi ze studiów. 

Foto-polująca Małgosia


 

Wrażenia? Cóż. Pamiętam uczucie samotności dopadające człowieka w leśnej dolinie po kilku kilometrach podpływania, szarpania się z kajakiem na powalonych drzewach, gdy spoza nieprzeniknionej ściany drzew w Babancie dobiegał dźwięk samochodu (za Babantem nawet tego nie było), gdy kolejny zakręt otwierał widok na mostki dla pieszych na wysokich żerdziach, w końcu na mostek przed Babiętami Małymi i drugi przed Babiętami Wielkimi…

 


Borowski Las okazał się rozczarowaniem. Stanęliśmy przed zamkniętą na głucho bramą wjazdową do porzuconego przez Urząd Miasta Stołecznego Warszawy ośrodka wczasowego, w którym spędzałem wszystkie wakacje aż do matury. Tu po raz pierwszy uległem urodzie Mazur. Na stronie fb „Nieznanej Warmii i Mazur” autor „Travel clips” pokazał reportaż z własnego urbexu na terenie tego ośrodka. Zobaczywszy zdjęcia, poczułem się… Dzisiaj to samo… Oto brama, przez którą przejechałem MZ-ką, prowadząc ją pierwszy raz w życiu. Kumpel, właściciel, omal się nie sfajdał ze strachu, widząc, że nie zwalniam. W ten sposób wybiłem mu z głowy dalszą naukę jazdy na motocyklu.

Za bramą był bar w starym domu. Z tym bufetem też wiąże się wspomnienie z czasów studenckich. Przywiodłem tutaj któregoś wieczoru kolegę, którego namówiłem na spływ kajakowy szlakiem Krutyni od Piszu przez Śniardwy, Bełdany do Sorkwit i z powrotem przez Jezioro Nidzkie, Wiartel do Piszu. Po kilku dniach, zostawiwszy kajak u zaprzyjaźnionego gospodarza, znanego od dzieciństwa, postanowiliśmy napić się czegoś dobrego. Trafił się lekko napoczęty red Johny Walker. Barman nalał po szklaneczce. Kumpel nagle:

- Chrzczona!

- Nie wierzę! - łyk z butelki.

Mówię:

- Dobra. Mocna. Wytrawna.

On na to:

- Bujasz.

Łyk z butelki...

I tak od jednej niewiary przez drugą doszliśmy do dna. A tu nagle… publika w barze bije brawa i wiwatuje…

Dopiero wtedy zorientowaliśmy się, że oto właśnie przetestowaliśmy litrową butelkę na stojąco i była to naprawdę dobra whisky. Upragniona po kilkudniowej suszy na szlaku. Ku naszemu zdumieniu kaca nie było. Tylko szumiało w głowie, kiedy po kilku godzinach wracaliśmy do kumpla na nocleg.

Z perspektywy czasu zastanawiam się, do jakich głupstw człowiek potrafił się posunąć, by się popisać. Jak choćby wtedy, gdy wieczorem, pijąc na pomoście nad jeziorem, wyczerpaliśmy zapas piwa z biskupieckiego browaru (cienkusz; w Biskupcu, gdy pytałem po latach o browar, nikt z zaczepionych mieszkańców nie  pamiętał, że był). Zastukaliśmy do domku postawionego na słupkach z cegieł. Właściciel stoiska nie chciał nam sprzedać. Posłał wiązankę. Zebraliśmy się w kupę (kupy nikt nie ruszy), stanęliśmy po obu stronach domku i zaczęliśmy nim bujać… Zaraz znalazły się skrzynki świeżego biskupieckiego…

Innym razem dla kawału schowaliśmy spodenki kąpielowe koledze. Nie mógł ich założyć przed wejściem na pomost pełny wczasowiczów. Myśleliśmy, że będzie prosił, błagał. Popatrzył na nas beznamiętnie i wyszedł po drabince jak go natura stworzyła. Kto poczuł się bardziej zażenowany?... Pomysłodawca natychmiast oddał mu spodenki. Więcej nie wracaliśmy do zdarzenia…

Jezioro Lampasz



Jezioro Lampasz

Siedlisko znajomego rolnika, nadal na swoim miejscu wysoko nad jeziorem, w otoczeniu łąk przykrytych głazami narzutowymi. Po tylu latach nie mam jednak odwagi tam zajrzeć. Schodzimy tylko po spadzistej łące do szpaleru olch, by zrobić z brzegu kilka zdjęć Lampasza.

 

 

 

„Travel clips”pokazał jeszcze wnętrza porzuconych domków z porzuconymi sprzętami, porozbijanymi umywalkami, z muszlami klozetowymi, w których na dobre rozgościły się siewki drzewek, paprocie, pokrzywy, całe leśne runo. Nie uwiecznił tylko moich domków z paździerza i tektury. Nie przetrwały.

 

Szczątki pomostu na jeziorze Lampasz w Borowskim Lesie

Pomost, gdzie robiłem kartę pływacką, rozpadł się. Z wody sterczą jedynie pale podporowe. Cały teren zarósł lasem. Nikt już nie zarządza resztówką po ośrodku, w którym wychowało się mnóstwo moich rówieśników.

Na jednym z rogów pomostu kolega zgubił okulary. Pogodził się ze stratą. Spytałem:

- Gdzie?

Pokazał. Zanurkowałem. Bez maski. Głowa pod wodę, machnięcie rękami, wyprost nóg i zanurzyłem się. Otwarte oczy. Światło rozjaśniało mętną zielonkawą toń. Widoczność na metr. Głębokość trzy. Okulary zobaczyłem bez szukania. Wprost pode mną. Leżały na mulistym dnie. Fart nowicjusza. Kiedy wypłynąłem, chłopak nie posiadał się ze szczęścia. Nosił silne szkła. Bez nich niewiele widział…

Pomyśleć, że właśnie tutaj przeżywałem sierpniowe przeloty radzieckich transportowców podczas inwazji na Czechosłowację. Opiekująca się nami dozorczyni bloku na Kole, gdzie mieszkaliśmy, pamiętająca okupację na kresach, biegała do pobliskich sklepów w poszukiwaniu cukru, mąki i kaszy. Czuło się napięcie i podskórny strach przed powrotem wojny, chociaż „braterska pomoc” wojsk Układu Warszawskiego działa się daleko od nas.

W 1963 roku jeździliśmy do Rybna szczepić się przeciwko ospie przywleczonej do Wrocławia. W poczekalni tłoczyli się ludzie. Dzieciaki chlipały. Z bratem udawałem mores, poddając się szczepieniu… Panika wydawała się wszechobecna. Pielęgniarki wkłuwały igłę taśmowo. Zawsze jedną umoczoną w spirytusie przed następnym szczepieniem. Jednorazówki wtedy? Zapomnij… Skuteczność przedsięwziętych wówczas środków zapobiegawczych okazała się niezwykła. Epidemia wygasła po miesiącu. Odnotowano zaledwie setkę ofiar…

Nie doznałem dejavu. Borowski Las zmienił się nie do poznania od czasu mojego ostatniego wrześniowego spływu Krutynią (popłynąłem z kolegą, którego wojsko wreszcie wypuściło z własnych szeregów, uniemożliwiwszy mu przedwczesnym poborem dokończenie ambitnego doktoratu). Jezioro Lampasz stało się niedostępne od strony lądu. Wszędzie spotykaliśmy tablice z napisem „Własność prywatna”.

 

W Królewskiej Sośnie nad Piłaknem

Pojechaliśmy więc do Woli Maradzkiej nad jeziorem Piłakno. Podobnie niedostępne brzegi. Starej stanicy wędkarskiej już nie ma. Dojechaliśmy do Woli Maradzkiej, do ośrodka Królewska Sosna ulokowanego na wyniosłej nadjeziornej skarpie z tarasami pod domy letniskowe, przyjaznego dla rodzin z małymi dziećmi. 

 

 








 

Co za widok! Godny skandynawskich jezior. Piłakno jest ewenementem przyrodniczym tej okolicy. Toń przejrzysta, głęboka, sielawowa. Niezwykłe wyspy i wysepki.


 

 

 






Podczas łowienia ryb widzieliśmy, jak biorą przynętę na głębokości kilku metrów. To sprawiało, że wędkowanie było frajdą. Fascynacja wędkarstwem przeszła z wiekiem… Jezioro we wrześniowym słońcu przypominało nabrzeże słoweńskiej Izoli z piniami podświetlonymi przez zachodzące słońce. Nie mogliśmy oderwać oczu…

 

 


Jedziemy do Borowa. Zatrzymujemy się przy mostku nad Sobiepanką (Grabówką według przewodnika Kurana i Czajkowskiego z 1960 roku). Rzeczka łączy jezioro Kujno z jeziorem Dłużec. 

 

 

 



 

Dzisiaj niesie mało wody. Nigdy nie widziałem tak zabiedzonego nurtu. Kajaki szorują pod mostem o piasek i żwir. Susza. Wokół zielony cień. Rzeczka zarosła od czasu mojego ostatniego spływu…

 

 

 



Za Borowem skręcamy do Piecek. Lokalna szosa wiedzie wzgórzami nad jeziorem Dłużec. Niewidocznym z tej wysokości. Wzdłuż łanów dojrzałej kukurydzy, zagajników i lasu nad jeziorem. Zjeżdżamy do wsi. Zatrzymujemy się przy pomoście pod domem sołtysa. Słońce razi oczy. 

 

 



 

Pofalowane jezioro błyszczy migocącą platyną. Środkiem akwenu płyną dwa kajaki. Wioślarze śpiewają do rytmu. Kiedy wpływają na rozedrganą taflę, fotografujemy. Nie myślimy o wytrzymałości matryc w aparatach. Cała jaskrawość oślepia. Niewiele widać na ekranach wyświetlaczy. Dopiero w domu, na ekranach komputerów, widać, co uzyskaliśmy. Nierealny obraz. Graficzny. Symboliczny…

 


Przemieściwszy się pod budynek starej szkoły, schodzimy na plażę. Kajakarze właśnie dobijają. Witamy ich po polsku. Oni tylko po angielsku. Z oporem przestawiamy się na obcy język. Obydwaj to Niemcy. Studenci. Kajaki imponujące. Półwyczynowe. Krojące wodę nieomal bez wysiłku. Pojemne. Ze skrytkami na bagaże. Na jednym wózek do przeciągania kajaków. 

 

Przypomniawszy sobie składnię i słowa, rozmawiamy. Pokazuję im zdjęcia. Jeden z nich stwierdza:

- I like these photos.

Wymieniamy się adresami w Internecie…

 

Ogarnia mnie fala wspomnień. Obrazy sprzed kilkudziesięciu laty stają się znów wyraźne. Opowiadam Małgosi, którędy płynąć na Jezioro Białe… Pływałem wtedy kajakiem ze sklejki. Po nasiąknięciu wodą ważącym ze 40 kilogramów. Wtedy byłem silniejszy. Potrafiłem w noc zaliczyć trasę z Borowskiego Lasu do Babięt i z powrotem. Nocne pływanie zawsze mnie fascynowało…

 




Pierwsza wyspa na Jeziorze Białym
 

Jesteśmy na kolejnym mostku spinającym jezdnię szosy do Gantu. Usiłujemy fotografować przejście między jeziorami i panoramę Jeziora Białego przez olchowy tunel. Widać tylko pierwszą wyspę. Brzegi niedostępne. To jakieś przekleństwo. Wszędzie bramy, płoty do samej wody. Żadnego dojazdu. Żadnej perspektywy widokowej… Nie sposób się z tym pogodzić. Jezioro Białe otwierało – w moim odczuciu – starą Wildniss. Wpływając na Dąbrówkę, łączącą Białe z jeziorem Gant, doznawałem czegoś na kształt mistycyzmu. Jakbym zanurzał się w klimacie galindzkiej i celtyckiej mitologii…

 



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Wracamy do Przykopu. Drogą przez Gajne i Gant, mijając zjazd do stanicy PTTK w Bieńkach nad Białym. Szosa typowa dla starych Mazur, z wiekowymi lipami na poboczach, dającymi głęboki cień i ochłodę przed palącym słońcem. 










Wyjechawszy z lasu, widzimy po prawej niezwykłe mokradło. Pełne wysuszonych olch. Myślę:

- Czartowisko. Widok z nierealnego snu. Maligna.

 









 

Stajemy na polnej drodze. Aparaty się grzeją. Pierwsze ślady jesieni na zaroślach. Szare pnie z resztkami gałęzi. Za pniami błyszczy kapliczka, majaczy jakiś płot. Nad nami topole porażone jemiołą. Bezchmurne niebo tłem. Kiedy podjeżdżamy do kapliczki, natrafiamy na domy schowane w lesie nad gruntową drogą. Wioska tajemnicza. Jakby uciekała od cywilizacji. Kapliczka zachwyca. 







 

Wracając na jezdnię, fotografujemy jeszcze mokradło ze słońcem za plecami, spomiędzy pomnikowych lip. W jego wnętrzu kwitnie starzec bagienny, wypełniając każdą lukę w zaroślach tataraku…

 


Przeglądając zdjęcia z kosmosu na Gogle Earth (kilkadziesiąt lat temu technologia niewyobrażalna i niedostępna), odkrywam wreszcie bieg strumienia z Jeziora Piłakno. Zasila rozlewiska i moczary między Głognem i Rutkowem z jednej strony a Gajnem z drugiej. Dopiero stąd zmierza do Jeziora Białego w Bieńkach. Nie dziwię się więc, że nie potrafiłem odkryć przed laty jego biegu podczas wiosennego spaceru.

 

Zdjęcie Małgosi

Wracamy leśną gruntową drogą z Gantu do Kozłowa. Wleczemy się kilometrami przez bór, z dala od siedlisk, zostawiając jezioro Babięty Małe i Babięcką Strugę po lewej. Już nie fotografujemy. Za Kozłowem wjeżdżamy do Rybna. Dalej już Dźwierzuty, Pasym, Tylkowo i dom.