Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Białe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Białe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2024

Z Serw do Augustowa

 

Do Augustowa

 



1.

Sucha Rzeczka wpływa do kanału zaraz za naszym biwakiem. Ogarnąwszy się rano, wiosłujemy nad przejrzystą tonią w cieniu puszczańskich drzew. Pochylają się nad nami. Wiosłujemy między jasnymi brzegami dźwigającymi naręcza paproci, bujne poszycie z jagód, poziomek, mchów, nieprzenikniony podszyt z leszczyn, grabów i jałowców. Nurt nieśpieszny, zakola łagodne. Płyniemy jeden za drugim. Rzeczka wąska, płytka. Czasem zahaczymy wiosłem o zatopione konary, czasem o piasek, ale da się płynąć. Rzeczka jest inna od porannego kanału.

 




Dopływamy do jazu spiętrzającego jezioro Serwy. Wyciągamy kajaki z wody, szykujemy się do przeprawy. Nieopodal drewnianej chaty, sprawiającej wrażenie, że zaraz się rozpadnie. W cieniu drzew zaczyna się jakiś ruch. Dwie kobiety w czepcach i fartuchach wychodzą przed drzwi zamykane na skobel, zmierzają do pieca kuchennego pod prowizorycznym dachem z poczerniałych desek. Niosą naręcze suchego drewna. Układają w palenisku pod blatem. Podpalają drzazgą przez odsuniętą blachę. Kiedy szczapy zaczynają płonąć i trzeszczeć, zasłaniają otwór blachą ściągniętą pogrzebaczem, stawiają wielką patelnię, leją olej. Czekają aż się rozgrzeje. Taksują nas uważnymi spojrzeniami. Oceniają zasobność kieszeni. Nic nie mówiąc, kładą ziemniaczane ciasto na dno patelni. Aromat placków przyprawionych ziołami rozchodzi się nad polaną, drażni nozdrza. Chociaż po śniadaniu, czujemy nawrót głodu.

 



Staruszki uwijają się przy kuchni. Ruchy oszczędne, zgrane. Jedna przynosi z rzeki bańkę z zsiadłym mlekiem. Szykuje miski i talerze. Druga pyta bez ceregieli pewna, że nie odmówimy:

- To ile zjecie?

- Wszystko – to Wiesiek bez namysłu.

- Głodomory nam się trafiły – komentuje kobieta pochylona nad patelnią.

 

Siedzimy na kajakach z talerzami parujących placków. Łyżkami kroimy zsiadłe mleko w miskach. Placki na świeżym powietrzu niczym niebo w gębie. Pierwsza porcja znika, zanim kobiety zdążą z drugą.

- Trzeba się najeść. Nie wiadomo, czy będą, jak zawrócimy – mówi Sylwek.

- To może coś na zapas? Do kochera – proponuję.

- Nie będą już tak chrupać.

- Ale smak zostanie. Ciekawe, co babcie dodają do ciasta.

- Spytaj.

- Przecież nie będę pichcić…

 


Najedzeni ociężale zbieramy się do drogi. Napełniamy największą miskę z kochera zapasem placków. Płacąc słyszymy:

- W zeszłym roku placki były po dwa złote – mówi zarządzająca duetem.

- No ale teraz taka drożyzna, że wychodzi po trzy pięćdziesiąt – przekonuje druga z chytrym błyskiem w oczach.

- Co tak tanio? – zaskakuję.

Kobiety się śmieją.

- Tacy klienci jak wy, trzy patelnie naraz, czwarta na zapas, znaczy, no ten tego, hurtowo jedliście. Nie wypada liczyć więcej – mówi zarządzająca.

- A płynie ktoś za wami?

- Nie widzieliśmy.

- Oj szkoda, bo dzionek dobrze się zapowiada.

 

2.

Jesteśmy na Serwach. Zatoka wygładzona. Las przegląda się w niej jak w lustrze. Spychając kajaki, wzniecamy fale. Lustro pęka i zniekształca obrazy brzegów. Wypływamy na rozległą taflę. Toń pod nami lazurowa. Pozwala oglądać podwodny las ramiennic i makroglonów na głębokości kilku metrów, a między nimi ryby nad jasnym dnem. Przejrzystość przypomina tę na Jeziorze Białym. Płyniemy w sąsiedztwie rozległej mielizny zarośniętej szuwarami. Kolonia mew i rybitw. W środku rejwach jak na egzotycznym bazarze. Latają nad głowami, próbując odstraszyć. Nie zbliżamy się do trzcin, więc ich sporadyczne akcje nie przekonują. Przed nami woda się burzy. Ławica leszczy wędruje płycizną  kierunku polany wodorostów i glonów. Uciekają przed wiosłami, rozpraszając się na boki. Są niczym stado dzików w panice. Znikają, zostawiając po sobie chmurki poruszonego mułu.

 






Wiosłujemy ku wyspie Sosnowo na środku akwenu. Wokół leśne ściany. Las po prawej ręce dopiero odrasta po wyrębie. Za nami spod ciężkiej chmury zrywa się bryza. Wznieca fale. Słyszymy huk pioruna, zaraz potem trzask pękającego pnia. Zmykamy pod olchy i wierzby. Wokół ulewa. Bujne listowie zatrzymuje pierwsze krople. Zanim opad przeniknie pod drzewa, gdzie stoimy, słońce rozbłyśnie i rozświetli przestrzeń jeziora. Wypływamy wygonieni przez wodę opadającą z liści. Zbliżamy się do wyspy, ptasiej kolonii. W gęstwie drzew (wiele z nich uschło i zbielało pod warstwą odchodów)  czaple i kormorany na gniazdach. Słychać ochrypłe krakanie i niemelodyjne gęganie. Jeden jazgot. Podloty czapli, które wypadły z gniazd, plączą się wzdłuż brzegów i nawołują rodziców. Wyglądają na nieuczesane z irokezami na głowach. Nie podpływamy. Kolonia wymaga spokoju…

 






Dopływamy do kolejnych wysp naprzeciwko Serw. Widząc jednak zurbanizowane odlesione brzegi, zawracamy na Suchą Rzeczkę. Nie zastajemy kobiet pod kurną chatą. Kuchnia zimna. Nikt nowy po nas nie przypłynął. Przenosimy kajaki na rzeczkę, spływamy do kanału. Bez pośpiechu. Nurt sam niesie pod sklepieniem puszczy, przebłyskującym niebem między koronami sosen, brzóz i olch. 

 

Sucha Rzeczka wpada czystym nurtem w nieprzejrzystą toń kanału czarnobrodzkiego. To najdłuższy wyprostowany odcinek Kanału Augustowskiego. Ścieli się ośmiokilometrową wstęgą w gorsecie kalin, wikliny, w szpalerze olch, brzóz, świerków, które obsiadły brzegi i wały nieprzeniknioną gęstwą. Nic nie odciąga od wiosłowania. Czujemy się jak na Marszałkowskiej nocą. Jesteśmy sami. Widok łódek przypiętych do drzew z boku nie robi wrażenia. Wiesiek, który podczas kilku dni wyćwiczył technikę i zdobył doświadczenie, zaczyna się ścigać. Piski niedźwiedź góruje nad nami wzrostem i zasięgiem ramion. Pruje do przodu i maleje w geometrycznej perspektywie niczym znikający punkt. Nie próbuję go ścigać. Sylwek też niebawem puchnie. Doganiamy go po kilku kilometrach za zakrętem, jednym z trzech przed śluzą Swoboda. Stąd razem przez niewielkie rozlewisko dopływamy do spatynowanego porostami i szarością kruszącego się betonu mostku w kształcie łuku i do wrót.

 



3.

Śluzę zbudowano w 1826 roku pod kierownictwem trzydziestoletniego kapitana Jana Pawła Lelewela, budowniczego także najbardziej skomplikowanej trójkomorowej śluzy Niemnowo. Podczas powstania listopadowego w stopniu podpułkownika, kierował fortyfikacją Pragi i dowodził wojskami inżynieryjnymi. Za zasługi w powstaniu odznaczony Krzyżem Złotym orderu Virtuti Militari. Po jego upadku osiadł w Szwajcarii, gdzie od 1837 roku był naczelnym inżynierem dróg i mostów kantonu berneńskiego (w tym kantonie inżynierem był również por. Edward Tadeusz Bieliński, w powstaniu w stopniu majora). Zaprojektował wiele budowli hydrotechnicznych, w tym m.in. śluzę na rzece Aare k. Berna oraz kanał łączący jeziora Thun i Brienz. Projektował też mosty, w tym m.in. most na rzece Kander. Jeden z mostów – Tiefenaubrücke na rzece Aare – zbudowano w 1850 roku już po jego śmierci i nazwano jego imieniem. Ponadto można go uznać za pioniera polskiej litografii (w 1818 roku wykonał techniką litografii pionierskie w Polsce ilustracje do Dziejów nowożytnych autorstwa swojego brata, Joachima).

 



W komorze śluzowej opadamy na poziom Jeziora Studzienicznego. Ujawnia się nam za łagodnym łukiem kanału. Z boku po lewej otwiera się zatoczka. Snujemy się nad polaną rdestnic i kwitnącego wywłócznika. Między kępami szuwaru i oczeretu, wypatrujemy ryb w przejrzystej toni. Śledzimy baraszkujące perkozy, łyski, kury wodne, łabędzie w wianuszku szarych podrostów. Nad sosnami krąży para błotniaków. Ich kwilenie opada nad wodę, przynosząc pogodny nastrój. Wiatr budzi drobną falę. 


 

Mijamy półwysep po prawej i najmniejszą wysepkę na jeziorze, Brzozowy Grąd, rezerwat przyrody powołany do życia w 1963 w celu ochrony obuwika, jednego z najdziwaczniejszych storczyków. Potem spływamy pod lewy brzeg i trzymamy się pasm szuwarów, ściany samej puszczy, która daje cień i ochronę przed palącym słońcem. Studzieniczne wygląda… bajkowo. 

 

 




 

Wywołuje wrażenia podobne tym, których doznawaliśmy na Wigrach i na Białym. Rozległe przybrzeżne płycizny porośnięte ramiennicami, powłóczystymi makroglonami, piasek zachęcający do kąpieli, przyjazne brzegi pod sosnami i olchami. Wszędzie można dobić na biwak. Wybieramy jednak najdalsze miejsce pod kaplicą na pagórku. Niegdyś stała tutaj drewniana prekursorka wzniesiona przed powstaniem listopadowym przez nieznanego pustelnika. Próba usankcjonowania świętości przez miejscowego proboszcza została skutecznie zablokowana przez wigierskich kamedułów. Nie znosili bogobojnej konkurencji. Ów pagórek był wyspą. Został połączony z lądem groblą pod koniec XIX wieku. Obecna neorenesansowa kaplica to dzieło z 1872 roku inżyniera Kanału Augustowskiego, Ludwika Jeziorkowskiego, wzniesione na fundamencie z dębowych pali wbitych w podmokły grunt.


 

Próbujemy odwiedzić kaplicę. Niestety dźwierze zawarte na głucho kłódkami w metalowych pałąkach. Obchodzimy budowlę dookoła, zaglądając przy okazji w malowniczą zatokę za nią. W przerwie na obiad kończymy bochen chleba z Perkucia i zagryzamy plackami ziemniaczanymi na zimno. Nie rozpalamy ogniska. Grzejemy kawę na palnikach. Mimo puszczańskiego otoczenia czuć już bliskość Augustowa.

 




4.

Po popołudniu śluzujemy w Przewięzi na poziom Jeziora Białego. Śluzę wybudowano w 1826 roku pod kierownictwem dwudziestoośmioletniego porucznika Augusta Szultza, późniejszego współprojektanta Kanału Sueskiego. Wypływamy na Jezioro Białe. Wzdłuż południowego brzegu i bindugi ciągną się tratwy ze ściętych sosen i świerków. Północny brzeg zdominowany puszczą. Jezioro nie robi jednak wrażenia. To przez miasto, którego coraz więcej nad drzewami po lewej. Wiosłujemy, trzymając się razem. Wokół żaglówki, motorówki, wędkarze w łódkach i na pomostach. Machamy do przyjaźnie nastawionej załogi milicyjnego ścigcza. Sternik uprzejmie zwalnia, by nie narazić nas na fale. Dzioby jednak zabębnią kilka razy na grzbietach. 



 

Płyniemy wzdłuż wojskowej części Augustowa, starych koszar w carskim stylu; półwyspu, na którym rozsiadł się wojskowy ośrodek wczasowy z modernistycznym budynkiem oficerskiego Yacht Clubu z 1935 roku według projektu Juliusza Nagórskiego. Wpływamy na Klonownicę i pod most kolejowy a po chwili pod drogowy w drodze do Suwałk. Za zakrętem pokazuje się panorama jeziora Necko i jeziora Rospuda. Na Rospudzie tor regatowy. Popłyniemy nim za kilka dni w pobliżu dawnego hotelu zaprojektowanego w stylu skandynawskiego funkcjonalizmu przez Macieja Nowickiego, tego samego, który zaprojektował gmach ONZ w Nowym Jorku. Trzymamy się brzegu, który opada ku wodzie stromym stokiem pociętym ścieżkami w parku zdrojowym. Mijamy ośrodki wczasowe. Po egzaminie na Politechnikę Warszawską spędziłem w ośrodku budowlanych dwa tygodnie pełne wrażeń. Zwykłem wtedy kajakować pod prąd Rospudy i rzeczki Blizny, której za Strękowizną nie dało się inaczej eksplorować, jak piechotą z kajakiem na sznurku.

 





Kiedy dopływamy do śluzy w samym Augustowie, zbudowanej na przełomie 1825 i 1826 roku pod kierownictwem porucznika Konstantego Jodko, dogania nas ociężała złowroga chmura. Robi się ciemno. Operator otwiera komorę. Wpływamy razem z motorówką i żaglówką. Ludzie chronią się w domach i pod dachami. Wrota się zamykają. Jesteśmy w matni. Przeciągły szum dobiega znad jeziora. Niewiele myśląc, ściągam z siebie ubranie i chowam we wnękę rufy. Koledzy patrzą na mnie z niedowierzaniem.

- No co? Przynajmniej nie zmoknie. Na co czekacie? Pod mostem wytrzecie się ręcznikiem i ubierzecie suche…

Skorzystali z rady. Załoganci motorówki i żaglówki schowali się w kabinach.


 

Lunęło. Chmura się oberwała. Woda w komorze zbielała pod uderzeniami grubych kropli. Siedzimy jak na szpilkach. Pod deskami podłogi zbiera się deszczówka. Obniżamy się zaskakująco powoli. Patrzę na chmurę. Spada jakby chciała nas zagarnąć. W końcu operator otwiera wrota. Spływamy pod most. wylewamy wodę z kajaków. Schniemy pod przęsłem. Ubieramy się. Ulewa jak przyszła, tak odeszła nad jezioro Sajno, zostawiając za sobą zamglony krajobraz.

 


Wypływamy na Nettę. Najbliższa śluza w Białobrzegach została wybudowana w latach 1825 i 1826 przez ekipę dowodzoną przez porucznika Wojciecha Korczakowskiego. Nie dopłyniemy do niej. Znajdziemy wydeptany przez wędkarzy w mierzwie podmokłych łąk plac nieopodal kładki nad leniwą strugą w kierunku Sajna i tutaj zanocujemy. Miejsca starczy na kajaki wyciągnięte z wody i na namioty ściśnięte jeden przy drugim. Nie posiedzimy przy ognisku. Mokre patyki będą tylko syczeć i blado płonąć…

 

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Z Wigier na Hańczę


 

1.

Świt wygania z namiotu. Jest zimno. Ognisko zgasło. Popiół ledwo ciepły. Siadam na chybotliwej kładce. Przede mną jezioro we mgle. Lustro zastygłe. Odbija obrazy lasu, pogodnego nieba, tańczących zjaw. Ptaki już śpiewają, niektóre cicho popiskując i kwiląc, inne imponując rozbudowanymi dżezowymi bon motami…

 

 


 

Na środku tafli leniwy ruch. Rozpoznaję perkozy z zagrzebanymi w piórach matek pisklętami w barwach krakowskich pasiaków. Za nimi snują się łabędzie. Być może te spotkane wczoraj pod Łysochą. Ich młode jakby podobne wielkością i umaszczeniem. Zatoka i jezioro to ich rewir…

Kątem oka dostrzegam trójkąt z fal pod pasmem jasnych trzcin. Na jego szpicy łeb bobra. Pewnie to mieszkaniec widzianego z Wigier żeremia na grobli odgradzającej Białe. Płynie na środek jeziora, potem nurkuje i znika. Fale pozbawione przewodnika wydłużają się, słabną, zamierają…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tymczasem mgła w zwiewnych formacjach tańczy menueta albo nieskładnego walca. To zasłania to znów odkrywa sosny, świerki, olchy, brzozy na wyniosłych brzegach odległych kątów. Nie czuję wiatru, zastanawiam się więc co przyczyną tego subtelnego ruchu nad lustrem... 


Słońce podnosi się znad horyzontu, przeszywa światłem las od strony Wigier, syci mgłę ulotną pozłotą. Nad jeziorem zapala się żywa tęcza. Rozjaśnia się, blaknie, znów rozjaśnia w takt chaotycznego tańca mgły. Powierzchnię jeziora barwi subtelna iryzacja, jej przejawem ledwo uchwytne nieregularne plamy w kolorach tęczy…

 

Płycizna pod kładką migocze ławicami drobnych ryb: kiełbi, różanek, krasnopiórek, płoci, leszczyków i krąpi… Wędrują wzdłuż brzegu w towarzystwie pasiastych okonków na tle delikatnych makroglonów: ramiennic i przesiąkry, tworzących podwodny las w niebieskawej toni...

Ukleje trą się między łodygami trzcin i sitowia na skraju wody i obnażonego piasku, pluskając i wzniecając srebrne rozbryzgi. W zapamiętaniu niektóre wpychają się na mokry piasek i z trudem wracają do wody, wijąc się w tańcu świętego wita. Nic ich nie rozprasza…

Jest magia, a w jej środku ja z nogami podwiniętymi po turecku, z rękami opartymi na szorstkich deskach za plecami, zauroczony aromatem jeziora i lasu, zapatrzony, zasłuchany, pogrążający się w osobliwej medytacji…

 



2.

Słońce już wysoko. Oświetla wnętrze lasu. Koledzy wychodzą z namiotów. Marudzą, że zimno. Przeciągają się. Rozpalamy ognisko. Kochery szczękają. Woda bulgoce. Jest kawa, jest herbata. Puszki otwarte. Chleb pokrojony. Śniadanie na świeżym powietrzu. Rozmawiamy o przyziemnych sprawach. Las nad głową. Flauta. Mgła ustępuje. Rosa paruje…

Zwijamy obozowisko. Składamy materace, karimaty, śpiwory, namioty. Znosimy bagaże do kajaków. Pakujemy się. Zalewamy żar ogniska, wzniecając obłok pary. Zbieramy puste puszki do worka na śmieci…

 


Odbijamy od brzegu. Płyniemy środkiem jeziora. Humory dopisują. Słońce grzeje. Koszule i spodnie idą w kąt. Opalamy się. Pod kajakami błękitna toń. Pod nią widoczne dno zarośnięte chmurami makroglonów. Między nimi pękate liny, garbate okonie, zamaskowane nieruchome szczupaki, czyhające na przypadkowe ofiary… Istne akwarium. Nie sposób oderwać oczu. Kiedy dno się podnosi a toń jaśnieje, Wiesiek nieoczekiwanie wstaje z kapoka i wskakuje do wody. Wynurza się i pyta:

- Na co czekacie?

Jesteśmy zaskoczeni jego zachowaniem. Entuzjazm jednak się udziela. Sylwek podąża za nim.

- Chodź do nas! – krzyczą obydwaj. – Takiej wody już nie zobaczysz! – przekonują.

Schodzę po rufie. Nurkuję ku jaśniejącej podwodnej górce. Otwieram niczym nieosłonięte oczy, a mimo to widzę szczupaka pod chmurą glonów, płoszę go dotykiem ręki. Ucieka jednym machnięciem ogona, wzniecając obłoczek jasnego mułu.

Wypływam. Kumple wniebowzięci. Wymieniamy komentarze. Jest tak jak trzeba. Zaskakujący początek dnia. Popychamy kajaki do przejścia na Wigry, płynąc za nimi. Długo to trwa, ale i tak nie chce się wychodzić z wody. Dopchnąwszy kajak do przejścia, płynę do owej górki i zawracam. Dopiero wtedy jestem gotowy do dalszej drogi.

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. 

Wiosłujemy wzdłuż wysokiego brzegu unoszącego puszczańskie sosny, cieśniną między niewidocznymi domami Zakątów a Brzozowym Ostrowem. Za Wyspą Brzozową skręcamy w stronę Szyi, najwęższego fragmentu Wigier między Wysokim Wągłem a Rosochatym Rogiem. Wigry rozlewają się rozmigotaną oślepiającą powierzchnią. Drobne fale grają na kadłubach. Wiatr nie przeszkadza. Słońce grzeje, rozprasza pierzaste obłoki. Klasztor powoli wyłania się spoza masywu Rosochatego Rogu. Pod nami głębia, siedemdziesięciometrowa, która z Wysokim Wągłem tworzy stumetrową deniwelację. Jesteśmy sami. Osobliwe wrażenie, jeśli w pamięci obraz wakacyjnych Wigier wypełnionych stateczkami, żaglówkami, kajakami…

Nad głową samolot pasażerski. Zostawia smugi kondensacyjne. Jakby zszywał niebo. Hałas lotniczych silników opada na jezioro długo po przelocie…

Przed nami cała jaskrawość tafli i monolit jasnego klasztoru.

- Chcecie go zwiedzić? – pytam kolegów obok.

- Koniecznie – odpowiada Sylwek. – W końcu nie wiadomo, kiedy wrócimy.

Wiesiek przytakuje.

Opływamy więc półwysep klasztorny. Biwak pod Starym Folwarkiem nadal pusty. Przybijamy do łączki pod ceglanymi murami opasującymi nasyp, skąd prosto do klasztornej bramy na końcu drogi po nasypie.  Koledzy idą. Ja zostaję, tłumacząc się, że już tu bywałem, a oglądanie kościelnej elewacji w rusztowaniach niekoniecznie sprawi przyjemność.

 





 

Powiadali – używszy przebiegłości, kameduli wyłudzili od Jana Kazimierza przywilej fundacyjny nie po to, aby na jego podstawie wieść pustelniczy żywot, lecz żeby go zapodziać, a potem cudownie odnaleźć z podpisami biskupa wileńskiego, Aleksandra Sapiehy i papieża Klemensa IX, który papieżem został pół roku po sejmowej legalizacji wydanego przywileju.

Powiadali – używszy podstępu, kameduli ujęli trosk z dzierżawienia leśnictw w Puszczy Przełomskiej i Perstuńskiej synom leśniczyny Butlerowej, Konstancji z Wodyńskich, wdowie po Gotfrydzie Wilhelmie Butlerze, dowódcy wojsk zaciężnych.

Powiadali – pustelniczy rygor kameduli urozmaicali sobie mniszą fantazją niestroniącą od uciech życia doczesnego, owych zajazdów, podjazdów, sąsiedzkich przepychanek i sądowych pieniactw, urozmaicanych wizytami dostojnych gości, wśród których najznamienitszy car Piotr I Wielki po pokonaniu Szwedów pod Połtawą dobrodusznie ujął zakonnikom bogactwa w drodze wywiezienia co ciekawszych dóbr ruchomych ze świętymi obrazami do Petersburga.

Zeznawał podłowczy ekonomiczny Konopka, iż zawezwawszy strzelców, osoczników, chłopów, nakazał pilnie broń pobrać, tabory naszykować, po czym napadł był cichcem na kamedulskich, co siano na spornych łąkach Szczepki kosili, a poturbowawszy onych, wszelki użytek zarekwirowali. Na to kamedulscy, zebrawszy się w kupę w odwecie uderzyli, szturmem odbili część taboru z łupem wcześniej zajętym, a pojmanych przed obliczem zacnych ojców postawili…

5 sierpnia zaś roku 1770 dochodzi do walnej rozprawy kamedulskich z ekonomicznymi w Rudawce w sporze o wchody do pobliskich lasów i łąk.

Podłowczy Michał Listopacki donosił z kolei łowczemu generalnemu Wielkiego Księstwa Litwy o zajeździe kamedulskich na łąki Gremzdy pod Pawłówką w ekonomii grodzieńskiej. Wyprawa kamedulskich liczyła strzelców 130, pieszych zbrojnych w siekiery i kosy 130, podwód do wywozu siana 340. Woje zmyślnie zaskoczyli osoczników, zasadzki naszykowali na grodzieńską odsiecz, po czym skosiwszy łąki wrócili w glorii zwycięstwa…

Pustelniczą egzystencję konfiskata dóbr w 1796 roku przerwała rozkazem władz Królestwa Prus…

Czytając przed wyprawą o takich zakonnych uciechach, miałem przed oczami ostatni zajazd na Litwie, z byle powodu uczyniony.

Tak sobie dywagowałem, czekając na kładce pod klasztornym murem na kolegów, którzy się nie kwapili do powrotu.

- Co tak długo? – pytam wracających.

- Jest co oglądać – mówi Sylwek. – A najbardziej jezioro.

- Żal zostawić Wigry – to Wiesiek. – Oczu nie mogłem oderwać. Magia czy co?...


4.

Pochylając głowy, płyniemy pod przepustem w grobli, po której poprowadzono drogę łączącą klasztor z Magdalenowem. Skręcamy w przesmyk pod drewnianą kładkę. Przed nami jezioro Postaw. Błądzimy chwilę między trzcinami, bo wejście na Hańczę nieoczywiste, zasłonięte kępami szuwarów za cieśniną między dwoma rozlewiskami. Słońce grzeje, wiatr chłodzi, krajobraz pełny kontrastów. Zostawiamy Czerwony Folwark. Przy każdym siedlisku banie, regionalne domki-sauny, z zejściami do rzeki. Widok gdzie indziej niespotykany.. Będzie nam towarzyszył do Kanału Augustowskiego. Czarna Hańcza wita szpalerem gęstych szuwarów, ścianami łęgów, ścieli przed nami nurt o ciemnej toni, w której widać zanurzone głazy, sznury wijących się rdestnic, dywany z liści grążeli, migotanie rybich łusek na tle jasnego dna… Wokół nas rozgadane potrzosy, świerszczaki, rokitniczki, łozówki… Ton podają jednak trzciniaki. Pobudzają lepiej niż espresso czy coca-cola z lodem… Odmiana wprost egzotyczna. Zapominamy o Wigrach, których żal opuszczać…

 



Za mostem drogowym przenoszącym lokalną drogę z Czerwonego Folwarku w stronę szosy z Suwałk do Sejn wpływamy na polną i łąkową Hańczę. W nurcie wciąż głazy. Przyciągają uwagę. Wokół zielona pustka. Lasy daleko. Rzeka wije się w szerokim zarośniętym korycie, rozdwaja się, opływając wyspy z szuwarów, drzewa odsunięte od nurtu. Nie ma gdzie uciec przed palącym słońcem. 

 

 

Czasem otwiera się sceneria pól, rozedrganych nagrzanych łąk, skąd dochodzi ćwierkanie skowronków i zapach skoszonej trawy i świeżego siana. Gdzieniegdzie samotne zagrody, owce i krowy pasące się z dala od rzeki. Słowem sielanka. Snujemy się nad pełną życia ciemną tonią niczym nad akwarium, zaglądając w podświetlone zakamarki podwodnej dżungli… Łyski pokrzykują z trzcin i pałki, jakby grały na czynelach. Krzyżówki rozgadane jak podczas godów. Łabędzie śledzą nas dyskretnie z zarośli. Perkozy polują przed kajakami, a potem uciekają w oczeret albo znikają w korytarzach mierzwy…

 



Ogarnia nas znużenie. Nie odgania ospałości dramatyczna walka czajek z siwą wroną, która zawisła nad gniazdem i próbuje dopaść jajek albo piskląt. Kiedy spada na łąkę za łanem manny, czajki pikują w skrzydła. Pióra się sypią. Ptaki zwierają się w szalonym tańcu. Czajki kwilą. Siwa wrona odpowiada. W końcu odlatuje zdezorientowana i poturbowana… Dramat cichnie, czajki opadają w zaroślach...

 

Mijamy starorzecza, ślepe kanały, krótkie plaże i zejścia do wodopojów.. Nurt jednak bezbłędnie przewodzi w tym galimatiasie. Nie błądzimy. Z brzegów wystają kładki i zeskoki z bań wprost do wody. Kręcimy się to na północ, to na wschód, na pod słońce, cokolwiek tracąc orientację. Mapa w podręcznej torbie. Po drodze żadnych jezior. Nie ma więc czego sprawdzać...

 



Lądujemy na polanie nad zakolem rozdwojonej wysepką Hańczy, gdzie dziesięć lat później Andrzej Strumiłło kupi siedlisko i wybuduje modrzewiowy dworek. Miejsce magiczne. Siedzimy w cieniu olch i celebrujemy obiad. Ciekawskie konie podchodzą do rzeki i zanurzają pyski w wodzie. Przyglądają się nam. Źrebięta kładą się w trawie. Klacze stoją nad nimi i odpędzają ogonami insekty. Za końmi przywlekły się gzy. Ciągną do potu i krwi. Tną i giną pod klepnięciami dłoni. Jest skwar, są więc bąki, ślepaki, gzy. Nie poddajemy się. Pada ich coraz więcej. Cierpliwość się opłaca. Buczenie ustaje. Konikom też jakby lżej.