Od
zeszłego tygodnia nie ma już nocy. Jest zmierzch żeglarski przechodzący w świt.
Słońce na Warmii znika na siedem godzin, ustępując miejsca pomroczności jasnej.
Rozprasza ją już od północy.
Gwiazd
nie uświadczysz poza tymi najjaśniejszymi, wyróżniającymi się na tle poświaty
ciągnącej się nad północnym horyzontem i rozjaśniającej granat po przeciwnej
stronie jakąś niewysłowioną szarością podobną do zamglenia.
Ta
szarość nie usypia. Przeciwnie. Kiedy moszczę się w kajaku bujającym się na
Łynie, jestem w samym środku koncertu, którego natężenie można porównać z natężeniem
heavy metalowej muzyki puszczonej z podrasowanych głośników. Ptaki już
nie śpią. Trzy tygodnie wcześniej były jeszcze cicho. Największym zaskoczeniem
jednak chór rozgrzanych żab. Siedzą sobie takie w szuwarach i oczerecie
skrywającym nurt Łyny i dobiegającej doń Marózki. Nadają tak, że czuję, jak
skóra na twarzy drży…
Natężenie
koncertu słabnie, kiedy wypływam na jezioro. Przez hałas przebija się wtedy
kwilenie łysek, solówki trzciniaków, gadanie łabędzia w pobliżu (plącze się
między zmurszałymi tykami, na których rozpinano niegdyś żaki), łopot skrzydeł
spłoszonych ptaków... Kajak snuje się po ciemnej wodzie, trąca liście nenufarów,
które wychylają się z błotnej toni omywającej łany oczeretu...
Nagrawszy
kilka fragmentów nocnego koncertu, odwracam się od brzasku nad Kurkami i
wiosłuję na południe. Celuję w przesmyk między wyspą a zachodnim brzegiem,
odbijając na środek, by uniknąć mielizny pod pochyloną umierającą olchą.
Nie
da się jeszcze fotografować. Księżyca nie ma. Podąża za słońcem. Aparat reaguje
tylko na poświatę. Na południu nie ma jeszcze nawet błękitnej godziny. To
sprzyja wiosłowaniu.
Jestem
tylko ja, jezioro, ledwo zarysowany krajobraz, mgiełki między brzegami, ledwo
dostrzegalne sylwetki ptaków na nieruchomej tafli, fala od dziobu i burt, plusk
zanurzanego wiosła, wilgotne powietrze nasycone aromatem wody, szuwarów,
pylących sosen, zaścielających wodę wszędobylskim pyłem… Płynę między ciemnymi
ścianami boru zanurzony w koncercie. I rozmyślam nad sensem przysłowia z
Islandii zaczerpniętego z jednego z filmów Louie Schwartzberga o krainie lodu z
jego Moving art: „If you cry because the sun has gone out of
your life your tears will prevent you from seeing the stars.” W tym
powiedzeniu o wiele głębszy sens, niż da się odczytać w pierwszej chwili…
Nie
trzymam się brzegu przed wejściem na nurt Łyny. Jednak i tak czuję tępy opór
pod kajakiem. Zwalniam. Nie szarpię wiosłem. Płytka woda nad mułem wymaga
łagodności. Popycham więc kajak łagodnymi pociągnięciami pióra, odpycham się od
korzeni i pędów grążeli, póki nie zaznam ulgi między zbiegającymi się brzegami
i gałęziami łozy wystającymi z wody i turzyc…

Ostatni
rzut oka na zamykającą się panoramę jeziora, wciąż w mroku, którego nie
rozgania poświata brzasku spływająca znad lasu…
Wiosłuję
cicho, by nie płoszyć. Kaczory i kaczki jednak czujniejsze. Startują z wody i z
zakamarków przybrzeżnych zarośli. Kwaczą. Lecą z furkotem na tle zgaszonej
powierzchni wody, a po wzniesieniu się na tle granatu... Przenikam przez
zakola, zakręty, trę o zarośla wypełniające płytką toń... Wpadam w kolejny chór
zrzędliwych żab. Nadają tak, jakby chciały dokuczyć konkurentom albo odstraszyć
obcych. Nie widać ich na wodzie. Są w mierzwie, w którą nie wpłynę. Ta odrzuci
precz siłą splątanych łodyg i liści, wysuszonych roślin i nowych pędów,
barwiących wstęgę ciemniejszym pasmem odrostów. Trzciny na środku nurtu szurają
o burty. Odgarniam je wiosłem. Przede mną zamglona przestrzeń…

Mgła
spływa znad południowego brzegu jeziora na rozległą mieliznę. Na wschodzie
powietrze czystsze. Tafla – lustro. Odbija grzbiety boru, poświatę brzasku.
Obrazy falują za kajakiem. Sznur okręgów wznieconych wiosłem zanika, gdy
podpływam bliżej rzeki. Celuję w majaczący prześwit w szuwarach. Kajak znowu
zwalnia. Jest płytko. Powtarza się zabawa sprzed kwadransa, zanim wpłynę na
odczuwalny nurt w korytarzu z trzcin i sterczącej łozy. Zaglądam jeszcze do
rozlewiska za rozciętą groblą. Jest nieruchome. Żadnego przejawu życia na
wodzie. Tylko odbicie malowniczej chaty na tle boru, obrazy olch, wierzb,
leśnej ściany, tylko sylwetka czapli przelatującej nad jeziorem pozostawionym za
zaroślami…

Koncert
trwa. Budzą się kukułki, wilgi, kosy. Łęg nad rzeką rozbrzmiewa. Żeremie trochę
zarosło od ostatniej wizyty. W łodygach tataraku i pod kępami turzycy trą się
ukleje. Fala od kajaka wbiega z pluskiem pod odsłonięte korzenie olch i na
piasek pod brzegami. Sunę pod mostek drogowy. Walczę z płytką wodą i kamieniami
odbijającymi pióra wiosła. Przepływam pod betonowym sklepieniem. Wieś śpi. Tylko
latarnie czuwają. Nie słychać nic poza odgłosami natury. To ten stan, którego
doświadczam wyłącznie o świcie. Zachód słońca nie budzi takich emocji.
Nagrywam
leśny koncert, leżąc w kajaku. Kilku solistów popisuje się wokalizami. Ich
śpiew dźwięczny, czysty, bez oczywistego rytmu. Oddaje uczucia. Brzmi ekstazą.
Pobrzmiewa pasyjnie. Skąd w tych małych gardziołkach taka siła przekonywania?...
Z
żalem opuszczam miejsce. Wiosłuję bez pośpiechu pod leniwy prąd. Zahaczam
piórami dno. Wciąż płytko, chociaż wody odrobinę więcej niż podczas ostatniego
spaceru. Lawiruję między wystającymi pniami, konarami, gałęziami. Kajak trze o
grzbiety kłód zagrzebanych w mule. Przepływam pod pochylonymi olchami,
brzozami, wierzbami, osikami… Zakręt za zakrętem, zakątek za zakątkiem, komysze
za komyszem, przeszkoda za przeszkodą…
Rzadko
sięgam po aparat. Ptaków nie sfotografuję. Zwierząt też nie. Cień wciąż gęsty
nad wodą. Musiałbym mieć czulszą matrycę. Mogę co najwyżej rejestrować
spotkania w pamięci… Mijam ostatnie domy wsi na grzbiecie nadrzecznej skarpy.
Stoją nad podmokłą łąką z dala od brzegu i nurtu ospałej Łyny. Płoszę
krzyżówki. Zamiast się zaszyć w niezliczonych zakamarkach rzecznego korytarza,
odlatują za pochylone pnie martwych już drzew, zaszywają się w zaroślach, by
ponowić ów spektakl, kiedy podpłynę.


W
oddali już jeziorko dotknięte atrofią. Przemykam między omszałymi konarami obok
pomnikowych olch, które wczepiły się obnażonymi systemami korzeniowymi w grunt
helokrenowych wysięków. Wpływam na dywan grążeli. Rozgarniam muł, popychając
ociężały kajak. Płynę w stronę samotnego łabędzia. Domyślam się, że drugi
siedzi na gnieździe, ale gąszcz szuwarów skrywa miejsce. Wokół pustka. Ni
żurawia na skraju oczeretu, ni bielika, ni rybołowa, którego udało się
sfotografować kilka lat wcześniej z rybą w dziobie. Tylko rozśpiewana i
zamglona przestrzeń wokół, zamknięta łęgiem po północnej i zachodniej stronie,
ścianą sosen po wschodniej. Kilkadziesiąt uderzeń wiosłem przez swobodniejszą
część rozlewiska i kajak znów grzęźnie w płyciźnie ujścia. Toń jednak głębsza.
Nie wywalam skib błota nad powierzchnię wody jak wcześniej. Trafiłem w miejsce,
gdzie nurt wyrzeźbił niepozorną rynnę.



Wita
mnie kwitnący starzec. Nie kępa tylko pojedyncza mięsista łodyga z bujnym
kwiatostanem. Witają odrosty tataraku, kosaćców, trzciny, kępy turzycy, szaleju
na szczątkach gałęzi oblepionych mułem. Płynę aleją w obramowaniu drzew łęgu,
wzdłuż rozległych polan, których wnętrza bronią przed spojrzeniami ciekawskich
zarośla i gąszcz wodolubnych krzaków. Zmierzwiona zimą sierść bagna podniosła
się pod naporem nowych pędów.
Pchnięcie
wiosłem za pchnięciem zbliża mnie do komnaty zająca wyrzeźbionego z korzeni
upadłego drzewa i z porostów, patrzącego na pnie zanurzone w rzece. Brzask
nabrał siły świtu. Do wschodu już niewiele brakuje. Mgła czyni honory, zdobiąc
kadry. Jest kameralnie, śpiewnie. Jest aromatycznie. Jest jak powinno być…
Nawet ptasi drobiazg, rokitniczka, daje się uwiecznić aparatem…
Kolejne
jezioro tuż tuż. Przez szuwary i zarośla mokradeł widzę otaczającą je ścianę
boru uniesionego stokami rozległej doliny. Muszę tylko przez kilka zakrętów, muszę
nad gałęziami wbitymi przez bobry w dno nieopodal zarośniętego i chyba
porzuconego już żeremia, przez zasieki zatykające nurt w towarzystwie kwitnącej
gronami dużych kwiatów kaliny (czeremchy już przekwitają, więc ich zapach
słabszy). Jeszcze szuwary w złotej godzinie ściskające bezwolny nurt, białe
czaple zrywające się znienacka, chociaż płynę cicho, ledwo pluskając leniwie
zanurzanym wiosłem. Widzą mnie przez szpary w zwartej mierzwie łodyg…
Wypływam
na otwarte lustro, wydostawszy się z dywanu grążeli zasypanego sosnowym pyłem.
Woda wygląda tak, jakby ktoś rozlał farbę. Odwracam się ku słońcu. Nie
spostrzegłem nawet, kiedy uniosło się nad horyzont, prześwietliło wilgotne
powietrze i mgłę nad rozśpiewanymi szuwarami i oczeretami.
Jezioro
śpi. Wiatru nie ma. Jego powierzchnia lustrem odbijającym obrazy nieruchomych
brzegów, przelatujących mew, czapli, kormoranów. Perkozy snują się ospale.
Łabędzie krążą w zatoce prowadzącej na kolejny akwen. Białe czaple, których
tutaj więcej niż szarych, polują w oddalonych szuwarach, między szczecinami
osoki aloesowatej, na tle pasma turzycy utkanej kępami kwitnącego starca. Nie
dostrzegam jednak czarnych rybitw. Zachwycających w locie niczym jaskółki…
-
Nie doleciały jeszcze? – zastanawiam się.
O
tej porze powinny już gniazdować.
Próbuję
podpłynąć do czapli. Jedna z nich bada wodę, krocząc z rozmysłem wśród pędów
odrastających pałek szerokolistnych. Fotografuję z daleka. Jest płochliwa.
Szczęście mi sprzyja umiarkowanie. Chciałbym bliżej, lecz wiem, że dzisiaj nie
powtórzę ujęć z Jeziora Omulewskiego albo ujęcia z zakątka, skąd z jeziorka
Morze wypływa Łyna. Czapla wydaje się zaaferowana. Jednak bacznie lustruje
otoczenie. Obiektyw ustawiony na najdłuższą ogniskową… Cóż. Więcej nie udało mi
się dokonać, chociaż słońce za plecami…
Widok
jeziora pod wschodzące słońce malowniczy. Nastrój pastelowy. Delikatny delikatnością
japońskich rycin i grafik. Wody nie mącą fale. Mgła zmiękcza światło inaczej. Nie
wznieca feerii barw i odcieni. Zastygam w bezruchu, odpoczywając przed
następnym odcinkiem… Coś jest w powiedzeniu, że najbardziej lubimy piosenki,
które znamy. To samo o krajobrazach. Jedno, co zaskakuje:
-
Pejzaże fotografowane z tych samych miejsc, lecz w różnym czasie, o różnych
porach roku, nigdy nie są takie same… Pogoda, przejrzystość powietrza, pora
dnia (koniecznie o świcie jak dla mnie), to jedno, samopoczucie fotografującego
to drugie…
Wiosłuję
wzdłuż nieprzystępnych zarośli. Tutaj mniej sitowia i pałki wąskolistnej. Kwitnący
starzec zdominował pas suchych szuwarów poprzerastanych już gąszczem świeżych
pędów, przytulił się do kulistych kęp turzycy ostrolistnej unoszącej pałeczki (kłosy)
dojrzewających nasion. Gdzieniegdzie dostrzegam odrosty skrzypów z
charakterystycznymi stożkami wzrostu. Obraz w złotej godzinie nie do
podrobienia…
Kaczory
i kaczki wciąż panikują. Do białych czapli nie sposób podpłynąć. Łabędzie
pochowały się w oczeretach. Żurawie krzyczą spod lasu i spoza ochronnych łanów
mierzwy. Wszystko takie nierealne. Przenikam zarost przejmy. Kieruję się ku
kładce kanałem wyciętym w szuwarze. Rozpycham pocięte łodygi i liście. Wypływam
na jezioro oblane srebrem. We mgle snują się perkozy. Fotografuję je na tle
słonecznego warkocza. Woda zasypana sosnowym pyłem. Z toni wychylają się czubki
rdestnic. Za miesiąc jezioro wypełni się podwodną mierzwą…





Kolejne
przejście między jeziorami zachwyca. Łęg na mokradle z lewej rozbrzmiewa
koncertem i szelestami. Coś błądzi w zaroślach, pluskając. Bór z prawej za
olchami i gąszczem paproci, łozy, kwiatów, za rumowiskiem próchniejących gałęzi
oplątanych pnączami, za czarnoziemem helokrenowych źródlisk wypływających spod
stoków doliny siedliskiem mnóstwa kwiatów. Architekci ogrodów czerpaliby
pomysły bez ograniczeń, patrząc na uśpioną powierzchnię z odbiciami drzew,
spóźnionych kaczeńców, rozkwitającej kaliny, naręczy kwiatostanów w formie
baldachimów…
Aleja
wiedzie do ostatniego jeziora na szlaku. Wieńczy ją łan sitowia i skrzypów,
polana rdestnic, które wyłoniły się z toni, zmurszała kładka służąca ptakom za
punkt obserwacyjny. Kilka lat wcześniej wychodziłem na jej pokryte porostem
deski wyprostować się po długim siedzeniu na kapokach. Dzisiaj już się
rozpadła. Nad wodę. po niej nie dojdziesz. Jest tylko zanikającym
antropogenicznym akcentem w krajobrazie. Jak zmurszałe szczątki kładek pod
ścianą wyniosłego boru po prawej…



Przepływam
mimo, wpatrując się w łabędzia krzykliwego i parę żurawi spacerujących skrajem
turzycowiska nieopodal ostatniego ujścia rzeki. Nie krzyczą na mój widok.
Przeglądają gęstwę w poszukiwaniu jedzenia. Domyślam się obecności piskląt. Nie
zbliżam się. Fotografuję z daleka. Skręcam za kępę szuwarów. Odnajduję wejście.
Muł dokuczliwy. Woda wezbrana o kilka centymetrów. Kajak nie grzęźnie. Obejmują
mnie pokryte rosą turzyce. Schodzę żurawiom z oczu. Przestaję widzieć ich
peryskopy. Ogarnia mnie śpiew trzciniaków, świerszczaków, łozówek, rokitniczek…
W zaroślach ruch.


Nie
wiosłuję. Odpycham się od zwartych kęp turzycy. Kurtka mokra, burty mokre. Woda
skapuje na spodnie. Jest pięknie w słonecznym świetle. Dywan mnie zagarnia,
lecz wypiętrzony odrostami nowych roślin nie pozwala zajrzeć w swoje wnętrze.
Czasem tylko otwiera się jakaś polanka pokryta wodną trawą i wydeptanym
przejściem przez bród. Dolinę zwieńcza wzniesienie pod Orłowem… Łabędzie
przelatują nad nurtem. Białe czaple wciąż krążą nad głową. Jedna para uparła
się prowadzić mnie w górę wąskiej rzeki. Odlatuje, kiedym blisko i hałasuję w
odrostach jeżówki przegradzających korytarz albo w ciasnych zakrętach pełnych
zwleczonych z brzegu gałęzi… Znowu się spotykamy w nieoczkiwanym miejscu…


Łyna
dzisiaj łaskawa. Pozwala dotrzeć do strumienia odwadniającego mokradła pod
Orłowem. Próbuję weń wpłynąć, widząc wartki prąd wody. Grzęznę jednak po
kilkudziesięciu metrach pod chwiejną amboną na skraju obiecującego łęgu. Dalej
nie próbuję pod groźbą zasypania burt kwaśnym czarnoziemem z podmywanych
brzegów.
Płynę
pod prąd Łyny, wybierając co głębsze miejsca rozlanego nurtu. Pochylam się pod
gałęziami pochylonych olch, odpycham wiosłem od wypukłości dna, brnę w olchowym
tunelu do widocznych w perspektywie pni przegradzających rzekę. Tutaj zwykłem
kończyć.
Dzisiaj
od dalszego spaceru odwiodły mnie… czaple. Te same, które zwodziły na
pokuszenie od ostatniego jeziora na szlaku. Dostrzegam je za pniami. Ze
zdziwieniem. Polują. Co i raz połykają jakąś zdobycz. Ryby? Ślimaki? Małże? Bawią
się własnym towarzystwem… Filmuję i fotografuję z daleka, zaznaczając na
ekranie dotykiem cel nad pniami i pod sufitem majowego listowia. Inaczej się
nie da. Aparat sam z siebie ostrzy na innych szczegółach kadru. Radzę sobie.
Czaple poruszają się z gracją. Czasem szybko, gdy sięgają po zdobycz, czasem w
tempie zwolnionego filmu, gdy rozglądają się wokół. W ich ruchach odczytuję
skupienie, celowość, przyjemność zarazem…
Wycofuję
się rufą do przodu. Wąskie koryto nie pozwala obrócić kajaka. Opuszczam zakątek
z żalem. Chciałbym zatrzymać się na dłużej, lecz słońce coraz wyżej, wiatr się
wzmaga… Wszystko teraz widzę tak, jakby czas się cofał. Póki nie znajdę miejsca,
by popłynąć dziobem do przodu.
Rzeka niesie przyjemnie. Nie muszę wiosłem. Nic
nie muszę. Zarośla i prąd same kierują kajakiem. Mimo to płoszę dorodnego
jelenia. Odpoczywał pod rozległą kępą łozy i wierzb w zakolu rzeki. Podniósł
łeb z zaczątkami poroża w scypule. Spojrzał na mnie gotów do skoku. Sięgam po aparat,
lecz on w tej samej chwili obraca się bokiem, znika za mijaną kępą tataraku i
trzciny. Łudzę się, że spróbuje przejść przez rzekę. Akurat wypływam z zakrętu
osłonięty mierzwą. Próżna nadzieja… Nagrodą pocieszenia zdjęcie trzcinnika na
kwiatostanie pałki szerokolistnej rozwiewanym przez wiatr. Tuż przed Krzyżami.
Żurawi już nie spotkam.
Powrót
w dzień nie rajcuje. Rzeka i jeziora nadal piękne lecz pozbawione magii świtu.
Światło, które przywołuje upał (rozpinam kurtkę), kontrasty, które stawiają
automatyce aparatu szczególne wymagania (chybotliwy kajak nie pozwala na ręczny
dobór parametrów), znużenie wysiłkiem… wszystko to przytępia wrażliwość i
refleks obserwatora.
Kormorany
polują w jeziornej toni nieopodal omszałego pomostu? Niech polują.
Perkozy
tokują na wodzie? Niech tokują.
Czaple
podrywają się do lotu nad kolejnym jeziorem? Niech lecą. Ścigać ich nie
zamierzam.
Kiedy
bieleją stadem w szuwarach odległego brzegu, mijam je obojętnie.
Wpływam
w korytarz z trzcin, pałki szerokolistnej, sitowia. Mijam rozśpiewany zakątek
bobrów, kąt rozjarzony kiściami kwiatów kaliny, brzozy zanurzone w wodzie,
komnaty skleconego „na miarę naszych możliwości - Bareja” zająca z korzeni,
mchu i porostów, kolejne zakręty, zanurzone w piasku i mule małże, pędy i pąki żółtych
grążeli, szczegóły brzegów…
Dopiero
za Morzem ożywiam się na widok przelatującego zimorodka. W foto-polowanie
wmieszają się dzięcioły. Jakby chciały przeszkadzać. Wszędzie ich pełno. Słyszę
ich pokrzykiwanie, werble, furkot skrzydeł. Przysiadają na pniach tuż nad wodą,
ale kiedy kieruję obiektyw, chowają się za nie i patrzą przez futro mchów. W
ten sposób przegapiam zimorodka, który kolejny raz podrywa się sprzed kajaka i
ucieka w zbawcze listowie, by zasiąść w innym łowisku... I tak wciąż aż do
Brzeźna Łyńskiego.
Za
mostkiem dopada mnie wiatr. W twarz. Na jeziorach czeka utrudniająca powrót
fala. Nic to. Znużenie takie, że obojętnieję.
Czapla
wpatrzona w żeremie bobra? Niech stoi.
Kaczory
płoszące ją kwakaniem? Nic to.
Czapla
na brzozach nad ujściem Łyny? Kajak pode mną tańczy, jak mu się podoba. Dwa
ujęcia i ptak odlatuje. Siada na kikucie kilkaset metrów dalej. Nad jeziorem…
Wracam,
trzymając się zachodniej strony jezior. Tak łatwiej. Pod trzcinami i pod osłoną
drzew wiatr i fale mniej dokuczają. Panorama Kurek coraz bliżej. Pochylona
olcha z resztkami listowia na wysychających konarach, wieńcząca cypel wyspy,
coraz bliżej.
Za
wyspą spotykam łabędzie z czeredką młodych. Tu się zatrzymuję. Fotografuję,
wybierając za tło ścianę boru. Maluchy rozczulają…
Jeszcze
tylko perkoz z dwójką pasiastych pisklaków na grzbiecie. Wiatr kręci kajakiem.
Zdjęcia nie wychodzą. Z krótkiego tête-à-tête pozostaje
w głowie zapamiętany obraz troskliwego perkoza, który z obawy o młode nie
próbuje nawet zanurkować…
Jeszcze
tylko odcinek Łyny pod mostem, między zabudowaniami wsi i do pomostu kajaków
mazurskich… Na dziś wystarczy… „If
you cry because the sun has gone out of your life your tears will prevent you
from seeing the stars.” Nie zamierzam więc się rozczulać…