Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igor Newerly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igor Newerly. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2024

Świstaka dzień piąty i szósty na Pisie, powrót do Ryni

 



 

1.

O północy ruszam z miejsca. Na początku w śpiworze zgarniętym do pasa. Zimno dotkliwe. Księżyc wreszcie pokazuje szlak. W jego świetle trawa na brzegach błyszczy delikatnym szronem. Nad wodą woal mgły. Nie jest gęsta. Widzę każdy zakręt. Gorzej z oceną powierzchni nurtu. W półmroku nie widać delikatnych zawirowań i warkoczy zdradzających przeszkody. Płynę więc środkiem rzeki między ciemnymi konturami brzegów, sylwetek drzew nad nimi i podmywanych skarp. Cisza dźwięczy w uszach. Słyszę tylko plusk wody i sporadyczne obce dźwięki z otoczenia. Czasem uchylam się przed nietoperzami. Ich obecności nic nie zwiastuje. Migają tylko przed oczami ciemnym sylwetkami i znikają bezgłośnie w mroku.

Ciasnota zakrętów Pisy bywa zaskakująca. Kiedy wypływam zza osłony odsypiska, nurt uderza w bok, spycha kajak pod drugi brzeg. Wtedy pozostaje tylko kontra i próba obrócenia ciężkiej krypy w miejscu. Wzniecam przy tym hałas, który razi w ciszy. Nie zatrzymuję się na krótką przerwę. Zimno dokucza. Twarz drętwieje pod dotykiem mroźnego powietrza. Nie jest fajnie. Byle wytrzymać do świtu.

W brzasku dostrzegam ostre meandry. Kiedy płynę jednym odcinkiem Pisy, przez obniżenie terenu dostrzegam kolejny do pokonania. Będę tam za chwilę, zaliczywszy następny zakręt. Widok deprymuje. Sprawia, że tracę cierpliwość. Przy wyższym stanie rzeki mógłbym popłynąć w poprzek nasady rzecznego półwyspu. Przy niższym mogę się co najwyżej zachwycać nieobliczalną pisaniną Pisy.

 


O drugiej w nocy przysypiam w zarośniętym przejściu na błyszczące w świetle księżyca starorzecze. Czuję się obolały. Sen nie przychodzi. Za zimno. Nie pomaga gorąca kawa z termosu.  Nie pomaga śpiwór. Chwytam znów za wiosło. Brzask rozjaśnia krajobraz płaskich łąk i tulących rzekę mokradeł zarośniętych mierzwą trzcin i mozgi trzcinowatej.

Przepływam pod mostem drogowym w Ptakach. Niewiele co widzę. Zamykam oczy na długie sekundy, nie wstrzymując wiosłowania. Otwieram, by sprawdzić, czy nie znosi mnie z kursu. Na szczęście Pisa nie jest tak mocna jak przy wysokim stanie wody.

 


2.

Przystanek wypada przy ujściu Rybnicy. Omal jej nie przeoczyłem. Zarośnięty prześwit nad strumieniem i płytki nurt przegrodzony kłodami martwych olch odstręcza od wpłynięcia. Robię śniadanie w kajaku. Nie wychodzę na zarośnięty brzeg. Dzień świstaka zaczyna się od nowa.

 




Rybnica jest najbardziej tajemniczą rzeczką dopływającą do Pisy. Jej źródłem Jezioro Brzozolasek pod Piszem, odwadniane strumieniem Jabłonowskim płynącym do zarastającego jeziora Pogobie Wielkie, ornitologicznego rezerwatu przyrody. Płynie następnie jako Rybnica przez wąskie jezioro Pogobie Małe, kręte niczym nizinna rozlewna rzeka, po czym przenika rozległe torfowiska ciągnące się na całej długości przez Puszczę Jańsborską i mokradła aż do Pisy. 




 

W przewodniku „Kajakiem po Warmii Mazurach” Kuran i Czajkowski zachęcali do spływu, wskazując jednak, że Rybnica nie jest dla niedzielnych kajakarzy. Wymaga wysiłku, częstych przenosek i biwakowania na nielicznych dostępnych polanach w środku puszczańskiego grzęzawiska. Po opuszczeniu puszczy Rybnica przemierza odlesione mokradła, napełniając o tej porze roku zarośnięte koryto; w slangu kajakarzy – trawnik. Po kilku dniach świstaka byłem tak wykończony, że jakakolwiek myśl o tych dodatkowych „atrakcjach” odstręczała od podjęcia wyzwania. O świcie marzyłem już tylko o dobiciu do portu w Piszu. Tak więc widok pni położonych w poprzek ujścia w Ptakach przeważył.

 


Wczesny ranek znowu otrzeźwia, wyrywa z nocnej maligny. Delikatny szron towarzyszy mi jeszcze po wschodzie słońca. Jego światło przenika przez korony olch, roztapia migotliwe kryształki na roślinach, podnosi temperaturę. Delikatne powiewy wiatru już nie drażnią twarzy. Rozgrzewam się. Ściągam śpiwór z nóg i zwinięty chowam we wnęce rufy. Powoli rozpinam krępującą kurtkę. Wiosłuję. Kontruję na ostrych zakrętach, kiedy nurt chce zepchnąć kajak z obranego kierunku. Płynę nad mieliznami, gdzie fala z dziobu wpada z poszumem na piasek odsypisk. Kieruję się na cofki, doznając popchnięcia w górę. Przeskakuję spod jednego brzegu pod drugi, gdzie nurt słabszy. W promieniach słońca przenikających toń dostrzegam na powrót wodorosty, pofalowane dno, głębokie komnaty pod podmytymi skarpami... Nabieram werwy.

 




Przed Kozłem mijam motorówkę, która wczoraj wieczorem zalała kajak na postoju. Kabina zamknięta. Nikt nie pilnuje cumy rzuconej z kotwicą na brzeg. Korzystam z prawa łaski. Rezygnuję z krewkiej awantury. Nie potrafię jednak odmówić sobie chęci psocenia. Dobijam do brzegu powyżej, wracam do motorówki. Po cichu zawieszam kotwicę na poręczy nad dziobem. Łódka sennie odpływa od trawy, wlokąc kotwiczną linę. Wracam do kajaka i w drogę… Po kilku godzinach pościgu poszkodowani psotą ominą mnie ukrytego w ujściu strumyka odwadniającego jedno z rozlicznych starorzeczy. Silnik usłyszałem z daleka. Miałem więc czas się schować, zanim łódka pokonała oddzielające nas meandry, i z satysfakcją obserwować złość na twarzy sternika, który przepatrywał rzekę i brzegi.

 

Pod koniec trójgodzinnego cyklu przepływam pod drewnianym mostem w Koźle (dzisiaj już żelbetowym). Dobijam do kładki. Próbuję się przespać, ustawiwszy kajak dziobem do słońca.

 

 

 


3.

Zdejmuję kurtkę przed kolejną galerniczą turą. Plecy dokuczają. Wysiłek spory, a druga zimna noc nie pozwoliła się zregenerować. Na szczęście pogoda bez zmian. Bezchmurne niebo. Wiosłuję, utrzymując narzucony sobie cykl. Pisa kręci. Dopływa do sosnowych zagajników nad urwiskami brzegów, ucieka na łąki. Mijam wierzby i olchy zwieszające się nad wodą. Mijam odsypiska, na których żerują brodźce, sieweczki, rycyki. Płoszę siwe czaple i żurawie żerujące na mokradłach. Ciągnę wśród skoszonych łąk. Intensywny zapach siana nadal mdli. Nie ma jak przed nim uciec. Ulgę przynosi dopiero krótka przerwa na cyplu wąskiego odsypiska oddzielonego od łąk sosnowym zagajnikiem. Kolejny odpoczynek wypada za drewnianym mostem w Wincencie (dzisiaj przęsła wsparte na stalowych filarach wbitych w rzekę). Pora na obiad.

 



Wiosłuję. To już rutyna. Powtarzalne wrażenia. Jestem znieczulony. Pisa szeroka zaledwie na kilkanaście metrów. Susza obnażyła spód podmywanych brzegów, który zwykle jest zalany. Wodorosty leżą bezwładnie na odsłoniętym kredowym i torfowym błocie. Za mostem w Jeżach, wsi założonej w XV wieku, kolejny postój wypada naprzeciwko kolonii brzegówek założonej na długiej skarpie. Wejścia do norek są umiejscowione pod warstwą grubej darni, której podmyte fragmenty zwisają nad wodą, grożąc osunięciem i zasypaniem gniazd. Leżę w kajaku wbitym rufą w piasek osypiska. Próbuję spać, nakrywszy twarz kapeluszem. Jedyne, co odnotowują zmysły, to subtelna zmiana krajobrazu. Przyroda jakby ciekawsza, zieleń zieleńsza. Więcej lasu po obu stronach brzegu. Nawet jest stary prom na przeprawie napędzany siłą mięśni. Dzisiaj unieruchomiony. Po kolejnej turze wiosłowania zatrzymuję się w przejściu na starorzecze naprzeciwko wąskiego półwyspu wyznaczającego ostry zakręt rzeki. Wpycham rufę w tatarak. Urządzam sjestę w cieniu kępy olsu.

 

Pisa pełna zakrętów. Jakby zaplątała się we własnych zakolach. Płynąc jednym fragmentem, zaglądam przez zarośla w drugi, na którym będę za chwilę. Widok cokolwiek irytujący. Jestem w lesie. Sosny wyglądają znad brzegów i olchowych koron. Dostęp do polan utrudniony przez obniżoną  wodę. Czasem jednak mijam odsypiska, po których można przejść na przyjazną murawę i tam urządzić biwak. Zadziwia to, że nie spotykam ludzi i zwierząt, chociaż słyszę porykiwanie krów pasących się na oddalonych od wody pastwiskach i łąkach, przepływam pod drewnianym mostem z przęsłami z dwuteowników położonych na palach. To okolice porzuconej wsi Dziadowo. Jadąc przez most na zachód, można dotrzeć do Pogobia Średniego, wsi nad Rybnicą. Pisa staje się węższa. Odczuwam silniejszy nurt, miotając się w ciasnych meandrach. Za jednym z przewężeń odkrywam wnękę wypłukaną w brzegu z dostępnym wejściem do lasu. Tu robię sobie przerwę na kolację. Potem wychodzę pospacerować ścieżką wydeptaną przez zwierzęta. Odczuwam przedwieczorne znużenie. Do Pisza zostało jeszcze dwadzieścia żmudnych kilometrów. Dłonie stwardniały od kilkudniowego wiosłowania. Odsłonięta skóra zbrązowiała od słońca. Przypominam zapewne cygana. Zastanawiam się, jakie wywrę wrażenie na znajomych z Pisza, którzy obiecali mnie przejąć w porcie i przenocować przed dalszą drogą.

 



4.

Odczuwam kryzys. Kończąc kolejną trzygodzinną turę wiosłowania, ląduję w ujściu starorzecza, wpycham kajak między ściany zarośli ograniczających wąski korytarz o leniwym nurcie, zapewne strumienia lub rowu melioracyjnego zasilającego rzekę, zagrzebuję się w śpiworze i zasypiam na dobre. Noc cieplejsza niż wczoraj. Śpię do wchodu słońca. Pierwszy raz od startu twardy sen trwa prawie sześć godzin. Budzi mnie śpiew wilg w lesie i trzciniaków w rzecznych zaroślach. Szóstego dnia organizm zawodzi. Odmawia posłuszeństwa. Długo dochodzę do siebie. Nie mam ochoty na jedzenie. Ograniczam się do picia gęstej czekolady instant zalanej gorącą wodą i zagęszczonym mlekiem z puszki. Płynę w starym cyklu pięćdziesiąt minut wiosła i dziesięć odpoczynku. Przepływam nad siecią rozwieszoną w poprzek rzeki, wpychając dziobem linkę nośną pod wodę, potem pochylam się pod zmurszałą kładką przy zastawce węgorni. Leśna Pisa jest piękna pięknem Puszczy Jańsborskiej (Piskiej), ale tego dnia tracę wrażliwość na estetyczne doznania. W głowie narastające zniecierpliwienie. Jestem skupiony wyłącznie na wiosłowaniu. Liczę pociągnięcia wiosłem, zakręty, zmiany kierunku…, pociągnięcia wiosłem, zmiany kierunku…, pociągnięcia wiosłem…

 

Ulgę odczuwam, kiedy widzę zabudowania fabryki sklejki, gdzie odbywałem praktykę studencką. Kiedy w południe dobijam do mariny, cumuję kajak obok żaglówek i zostawiam wszystko pod opieką załogantów, którzy obiecują przypilnować dobytku, póki nie wrócę z Andrzejem, najmłodszym bratem Wieśka, późniejszego uczestnika dwóch wypraw kajakowych.

 


Na mój widok mama Wieśka załamuje ręce:

- Coś ty z siebie zrobił!

Dziwię się.

- Twarz spalona. Wychudłeś...

Prowadzi do lustra.

- Fakt. Trudno mnie poznać – potwierdzam zaskoczony…

 

Proszę o pomoc w przeniesieniu klamotów z kajaka. Andrzej, który czekał na mnie rano, nie odmawia. Płyniemy kajakiem do ośrodka piskiej sklejki nad rzeką i brzegiem jeziora Roś. Stamtąd targamy bagaże do domu Wieśka.

Po kąpieli zwalam się do łóżka i śpię… dobę non stop, nie jedząc i nie pijąc. Czasem tylko ktoś zagląda do pokoiku sprawdzić, czy nie odchodzę. Dopiero drugiego dnia zaczynam się towarzysko udzielać i dziękować za poratowanie.

Próbuję namówić Wieśka na dalszą turę po Wielkich Jeziorach Mazurskich.

- Ty nie masz dosyć? – dziwi się. – Wracaj lepiej do domu, bo się wykończysz – radzi…

 


Powrót do Ryni

 

Igor Newerly w książce "Za Opiwardą, za siódmą rzeką" chwalił się dwudziestoczterogodzinną eskapadą z Warszawy do Torunia z nurtem Wisły. Podczas tej krótkotrwałej wycieczki pokonał ponad 220 kilometrów. Ja pokonałem 223 kilometry szlaku powrotnego z nurtem Pisy i Narwi w 43 godziny. Niestety niewiele z tego zapamiętałem oprócz kilku mrożących krew zdarzeń. Z perspektywy czasu oceniam podjęte ryzyko za nadmierne. Toć nie wiedziałem, co czynię, porywając się na Narew i Pisę tylko z wiosłem w ręku.

 

 

 

 

 

 


 

Najtrudniejsza okazała się noc między Różanem a Pułtuskiem. Pod wieczór ciężkie chmury zasnuły niebo. Zamiast rozstawić namiot, płynąłem przed siebie i gdzieś na wysokości Gnojna wpadłem w deszcz. Kiedy w deszczu i świetle błyskawic usiłowałem nadążyć z postawieniem namiotu, z jego podłogi wylewałem już wodę. Klnąc jak szewc, zwinąłem go w rulon, wcisnąłem w kajak i popłynąłem dalej. Kurtka okazała się impregnowana, spodnie nie. Trzymałem się środka nurtu. Błyskawice rozświetlały krajobraz i regulujące nurt ostrogi wybiegające z brzegów. Kiedy zapadały ciemności, ja nadal widziałem te ostrogi…

Mam oczy fizjologicznie przystosowane do widzenia w najgęstszych ciemnościach i jakąś intuicję przestrzenną dostępną chyba tylko pilotom wojskowym. To przez nie przedkładam nocne pływanie nad dziennym. Pływając w nocy po Krutyni i Brdzie, zwykłem zakładać jasne koszule, żeby trzymający się z tyłu koledzy mieli mnie za punkt odniesienia. Kilka razy się zdziwili, gdy mówiłem:

- Pochylcie się, opuście wiosło.

Nie słuchając narażali się na przykre spotkania a to z przęsłem stalowego mostu, a to z nisko zawieszonym konarem.

 



Najtrudniejsze chwile przyszły przed świtem. Powieki opadały. Próbowałem głośno śpiewać i krzyczeć, strofując się za ogarniającą senność. A deszcz wciąż padał, tyle że nie tak silny, jak podczas burzy. Kiedy odpłynąłem w sen na minutę, może dwie, obudziły mnie reflektory Bizona. Poraziły oczy tak mocno, że doznałem potężnego uderzenia adrenaliny. Pchnąłem kajak w zatoczkę tuż przed kolejną ostrogą. Dudniący dieslem pchacz z dwiema barkami minął mnie w drodze do kopalni żwiru w Gnojnie. Fale zabujały kajakiem. Sternik ryknął syreną. To mnie ostatecznie otrzeźwiło i obroniło przed dalszym podsypianiem.

 


O świcie minąłem Pułtusk. Deszcz ustał. Chmury zaczęły się rozrzedzać. Wiosłowałem, zasilając się tylko gęstą czekoladą z cukrem i skondensowanym mlekiem. Przed południem dotarłem do Ryni…

 

Po upływie dziesięcioleci niewiele zapamiętałem z tego powrotu. Tylko zmęczenie, brak snu, nudne wiosłowanie, tę wściekłą burzę z błyskawicami rozświetlającymi Narew i to oślepienie reflektorami pchacza.

 


Doświadczenie tamtej nocy nie uchroniło mnie to przed podobnymi przeżyciami na Brdzie podczas nocnego powrotu przez Zalew Koronowski w towarzystwie równie impetycznej burzy. Tyle że nie byłem na wodzie sam.

Przęsło mostu kolejowego na linii między Klonowem a Pieńkowem omal nie wyrzuciło kolegi z kajaka, bo po raz drugi nie posłuchał mojego rozkazu:

- Pochyl się do diabła!

Sekundę później usłyszałem trzask wiosła uderzającego o najniższy element przęsła, jęk (uderzył czupryną), soczyste przekleństwa…

Chwilę później konstrukcja mostu kolejowego pokazała się w całej okazałości oświetlona błyskawicą, która uderzyła w drzewo nieopodal.

- Niemożliwe! Jak to zobaczyłeś? – dziwił się kolega…

Dzisiaj most nieczynny. Robi za punkt widokowy między zalewem a początkiem Piekiełka na Brdzie.

 


Krótko mówiąc:

… Wciąż  uczyłem się na tych samych błędach 😊.

I do dzisiaj mi to zostało.

 



wtorek, 30 kwietnia 2024

Z Maćkowej Rudy do biwaku w sąsiedztwie Jeziora Płaskiego

 

Z Maćkowej Rudy w okolice Jeziora Płaskiego 

 

1.

Płyniemy. Za rozlewiskiem pod Maćkową Rudą Hańcza skręca na północny wschód. Odwodzi od masywu puszczy. Czujemy się zawiedzeni. Słońce w zenicie. Spiekota. Woda jej nie łagodzi. Podobnych wrażeń doznamy podczas następnych wakacji na jeziorze Drużno, gdy będziemy płynąć z Elbląga do pierwszej pochylni Całuny na Kanale Elbląskim. Wówczas upał w otoczeniu nieprzeniknionych szuwarów, oczeretów, dywanów grążeli i grzybieni, gdzie jedynym dostępnym szlakiem będzie tor między bojami wiodący przez zakwitające glony w wodzie, spowoduje, że spóźnimy się zaledwie o kwadrans na ostatnią przeprawę platformą napędzaną przez wodną maszynerię.


Wleczemy się do Budy Ruskiej, jednej z enklaw suwalskich staroobrzędowców, którzy pojawili się tutaj na fali XVIII wiecznej emigracji. To stąd wywodzi się grupa, która w XIX wieku po upadku Powstania Listopadowego zaczęła osiedlać się nad Krutynią, tworząc w Wojnowie egzotyczne sanktuarium w ewangelickim otoczeniu.

 

 


Mijamy jakieś laski w oddali, bzyczące i świerszczące łąki, kępy, pasemka i łany z gęstych szuwarów, zejścia do wodopojów pod olchami uczepionymi krawędzi brzegów. Jedyna ulga, to zanurzyć ręce w wodzie, przetrzeć czoło i włosy pod czapką, ochlapać się co jakiś czas. Kręcimy się w meandrach razem z Hańczą. Wysepka tu, wysepka tam. Do puszczy daleko. 



 

O tej porze dnia Hańcza wyblakła, spopielała. Gdyby płynąć o świcie, wrażenia byłyby inne. Pochylamy się pod kładkami. Krowy leżą w cieniu przeżuwając. Konie stoją w cieniu, oganiając się ogonami od insektów. Gzy, bąki, ślepaki tną gdzie popadnie. My też oganiamy się przed nimi bez przekonania, że to skuteczne… 

 

 




 

Upał. Sjesta niczym w strefie śródziemnomorskiej. Czas się snuje. Nurt się snuje, wypełniając odnogi i starorzecza. Kierujemy się tam, gdzie zamierający prąd wydaje się mocniejszy, obiecując, że nie utkniemy w mierzwie. Droga wzdłuż rzeki się plącze. Buda Ruska przed nami. Znowu płyniemy pod słońce. Znowu banie, siedliska, domy przykryte dachówkami i „nowocześniejszym” falistym eternitem…



2.

W końcu doznajemy odmiany. Wpływamy do puszczy. Sosny i świerki coraz bliżej brzegów. Śmielej wystają znad olch i pokręconych wierzb. Hańcza przestaje być taka czarna i nieprzenikniona. Plamy słonecznego światła rozjaśniają toń, wydobywając urodę powłóczystych wodorostów, falujących nad jasnym i rudym dnem pokrytym żwirem, piaskiem, kaleczącymi racicznicami. Rzeka odsłania i zakrywa na przemian kryjówki ryb. Brzegi się podnoszą. Osypujący się grunt obnaża głazy i otoczaki pokryte nalotem krwistych krasnorostów. Olchy, osiki i brzozy na krawędziach osuwisk i podmywanego brzegu walczą o przetrwanie, wypuszczając brody korzeni wpijających się w dno i kwaśny grunt za nimi. Sitowie porastające spokojniejsze kąty barwi Hańczę srebrzystym nalotem na łodygach. Ich kwiatostany drżą pod naporem wody. Rzeka przyspiesza. Wiedzie cienistą doliną. 






 

Za Nowym Mostem płyniemy w wąwozie z podniesionych brzegów, gonnych sosen i świerków, których korony odcinają się ostrym konturem od bezchmurnego nieba. Powietrze krystaliczne. Zakręty, olchy wyrastające z nurtu na miniaturowych wysepkach, wykroty, pochyłe drzewa, głazy i rdestnice pod kajakami – wszystko to nad wyraz wyraźne. 

 





Powietrze wypełnione aromatem żywicy i rozgrzanego igliwia, tataraku, kwitnących kosaćców i jeżówek... W trzcinach, sitowiu, w kępach turzycy i paproci okupujących  krawędzie brzegów pełno ważek, świtezianek, motyli… W zaroślach drozdy, kosy, dzięcioły. Przed nami migoczą zimorodki. Trudno za nimi nadążyć wzrokiem… Wiosłujemy, by utrzymać kierunek; nie, by się śpieszyć. Wpływamy w krótkie rozgałęzienia rzeki na zakolach wypełnionych szuwarem, gdzie błądzą krzyżówki, nurogęsi, łyski. Płoszymy siwe czaple, które bezgłośnie unoszą się ponad las… 


 

Czujemy ulgę po upalnym grillowaniu na Hańczy…

 

 

 

 

 

 




Wraca owo niezwykłe wrażenie, jakiego doznaliśmy po zwodowaniu kajaków na Jeziorze Krzywym i Kamionce – niepowtarzalnej jasności brzegów wywołującej poczucie bezpieczeństwa. Przepływamy przez leśne osady: Ciemny Las, Studziany Las, w sąsiedztwie drewnianych domów, pod mostami drogowymi i drewnianymi kładkami, pod nieczynnym mostem leśnej kolejki, którą kiedyś wywożono drewno. Mijamy leśne strugi odwadniające jeziora w puszczy i helokrenowe wysięki spod skarp pooranych bruzdami wąwozów, spod których podziemne cieki wypłukują żwir i piasek do Hańczy. Rzeka prowadzi nad dywanami powłóczystych wodorostów i makroglonów, nad podwodnymi łąkami rozwijających się grążeli…

 

3.

Pokonawszy dziesiątki zakoli, opłynąwszy rozwidlenia nurtu, minąwszy wyspy i kępy szuwarów, dostrzegamy w ścianie lasu za Tartaczyskiem i Głębokim Brodem ujście Wierśnianki. Ulegamy pokusie. W przewodniku Kajakiem po Polsce Kuran i Czajkowski napisali, że się da. Pierwszy próbuje Sylwester. Wpływa w korytarz nad piaskiem. My za nim. Olchy nad rzeczką gęste, poplątane. Szarpiemy się z gałęziami, z kłodami w prześwicie strumienia, odgarniamy pokrzywy. Wody jak na lekarstwo. Kilka centymetrów to za mało nawet dla pustego kajaka.

- Bez siekiery nie podchodź – z gęstwy wychodzi Sylwek. – Urobimy się po łokcie.

Jest podrapany, spocony i cokolwiek zły, chociaż z charakteru stoik i analityk ważący wszystko za i przeciw.

- Rzeczywiście rzeka niespławna. Jakby ktoś ją zatamował – komentuję. – Może spróbujemy jutro?

Koledzy kręcą głowami z niedowierzaniem:

- Ani jutro, ani kiedykolwiek.

Odpływamy.

 


Wierśniankę zaliczyłem z Sylwestrem znacznie później. Wpłynęliśmy w obiecujący strumień. Póki towarzyszyły nam łąki i rozrzucone zabudowania Frącek, wiosłowaliśmy albo odpychaliśmy się wiosłem od dna i brzegów. Potem wpłynęliśmy, a właściwie wkroczyliśmy w las masywu Puszczy Augustowskiej. Wody nagle ubyło. Musieliśmy wysiąść i wziąć kajaki na hol. Spacer po twardym piaszczystym dnie w zimnej wodzie stawał się z każdym krokiem trudniejszy. Dokuczały zasieki z krzaków, przegradzające nurt pnie, ciasne zakręty… 

Torowaliśmy sobie drogę siekierką… W końcu Wierśnianka zmusiła nas do większego wysiłku, gdy zawalidrogi zajmowały większe fragmenty nurtu. Braliśmy wtedy kajaki na barki i przeciskaliśmy się między drzewami obok. Wracaliśmy do pozostawionych bagaży, powtarzając po dwakroć tę samą drogę. Zmęczeni klęliśmy na słabnące z każdym krokiem ręce i nogi, na obolałe plecy i kręgosłupy. Wędrówka nie miała nic wspólnego z komfortem pływania po otwartej wodzie. Chwilami wydawało mi się, że powłóczę rękami po ziemi – ciężar kajaków ze sklejki z klamotami w środku dawał się we znaki. 


Puszcza wabiła dzikimi zakątkami, lecz my byliśmy coraz bardziej znieczuleni. Załamanie przyszło pod tamą wzniesioną przez bobry. Grzbiet imponującej budowli sięgał prawie trzech metrów wysokości. Wielkie pnie były zmyślnie przeplecione gałęziami, uszczelnione mułem, gruntem i kamieniami zebranymi z koryta strugi. Konstrukcja oparła się na pniach matuzalemowych sosen, świerków i drzew podszytu. Z drugiej strony piętrzyła się woda rozlewiska, którego brzegi ginęły za plątaniną świeżo zalanych zielonych jeszcze leszczyn, grabów, olch, świerczyn... Toń miała barwę świeżo zaparzonej herbaty…

Siedzieliśmy na grzbiecie, podziwiając hydrotechniczne dzieło. I zastanawialiśmy się co dalej. Koryto strumienia stało się niewidoczne. Po zwodowaniu kajaków i tak byśmy zmitrężyli, zanim odkrylibyśmy dalszy bieg szlaku. Zaczynaliśmy pojmować,  dlaczego przeprawa dała nam się we znaki.

To był czas (późne lata siedemdziesiąte), kiedy zagrożone nieomal wyginięciem bobry po objęciu ścisłą ochroną kolonizowały na powrót leśne ostępy. Giby i szlak Marychy kusiły. Patrzyliśmy jednak w zielony półmrok labiryntu, na zegarki pokazujące koniec czerwcowego popołudnia (słońce nie przebijało zwartej masy drzew nad nami, więc nawet nie odczuliśmy, że dzień przygasa) i uświadamiające nam, że nie ma szans znalezienia otwartego terenu na obozowisko. W końcu uzgodniliśmy odwrót. Newerly by się nie poddał. My jednak odpuściliśmy, spodziewając się następnych budowli bobrów w górnym biegu strugi.

 


4.

Nadciąga wieczór. Hańcza w nastroju złotej godziny. Nad lasem postrzępione obłoczki i wstęgi kondensacyjne po samolotach w barwach pomarańczy a potem purpury. Po całym dniu zachwycające komysze Hańczy nużą. Nie potrafimy wybrać miejsca na biwak. Wciąż za blisko domów, pomostów, łąk i pól. Krajobraz zbyt otwarty. Kajaki rozcinają malinową powierzchnię nurtu, płoszą ryby, które uciekając wyskakują z wody i znikają w wodorostach obok. Z zarośli podrywają się rozwrzeszczane kaczory i kaczki, kury wodne, nurogęsi, perkozy… Mijając jakieś zakole pod Dworczyskiem, płoszymy stado szpaków. Rzekę wypełnia hałas setek skrzydeł. Ptaki krążą chmurą nad szuwarami, napełniając Hańczę chóralnym świergotaniem. Chmura przybiera groteskowe fraktalne kształty. Jakby dyrygował nią natchniony Picasso, zastąpiwszy pędzel batutą. W końcu zapadają w trzciny i nagle milkną. Cisza uderzająca. W tym amoku zbiorowego fruwania szpaki przypominają południowoafrykańskie wikłacze.

 







Nad wodą unoszą się jętki. Z trzcin podnoszą się meszki i próbują wlecieć w każdy odsłonięty zakamarek ciała. Utrudniają oddychanie. Naciągamy dresy na głowy. Inaczej się nie da. Meszki ustępują w lesie. Jętki znikną, gdy zapadną ciemności.

 

Wiesiek sięga po przewodnik. Próbuje wyczarować biwak. Mi to obojętne. Przywykłem do spania w kajaku. Dla nich to perspektywa nie do przyjęcia. Zaczynamy się kłócić… W końcu pragmatyczny i do bólu flegmatyczny Sylwester zaprowadza porządek ostrą uwagą. Wiosłujemy. Kajaki wzniecają skiby spienionej wody. Nosi nas. Wiesiek wyrywa do przodu. Znika za zakrętem.

- Czuję most przed nami – mówię do Sylwka.

- Czujesz? – dziwi się słowem.

- No… przeczucie takie. To chyba Łośki.

- Tam są kołki w wodzie – przypomina sobie Sylwek.

Zaczyna krzyczeć do Wieśka. Krzyk drażni w gęstej ciszy.

- Dogonię go – mówię i przyspieszam.

- On w transie. Trudno będzie…

Nie słucham. Kiedy doganiam Wieśka, jestem spocony.

- Dlaczego tak gnałeś? – pyta Wiesiek.

- Kołki w nurcie – dyszę.

- Słyszałem.

- Było odpowiedzieć.

- W takiej ciszy? – dziwi się.

 


5.

Ostatnie domy Dworczyska znikają za lasem. Zanurzamy się dolinie Hańczy. Wokół ciemność. Puszcza wznosi się na klifach rzeźbionych rzecznym prądem. Księżyc przenika przez korony sosen i świerków. Na jednym z zakoli oświetla osuwisko. U jego podnóża pomnikowy dąb. Runął niedawno. Jego korona bujna, żywotna wciąż. Wykrot po części jeszcze w gruncie. System korzeniowy nadal zasila rozwinięte listowie. Dobijamy do brzegu obok. Sylwester wchodzi ścieżką na polanę pod ścianą boru. Rozgląda się. Wróciwszy zachwala:

- Fajne miejsce na biwak. Jest też wypalony krąg po ognisku. Żywej duszy…

Wynosimy bagaże po grząskim piasku. Kajaki wciskamy między mocarne konary pod osłonę listowia (nie będą widoczne). Przywiązujemy do gałęzi (nie odpłyną). Rozkładamy namioty. W świetle księżyca w pełni rozróżniam nawet kolory. Kiedy jednak zaglądam w czeluść wąwozu, niczego już nie dostrzegam. Słyszę tylko plusk Hańczy i rozdyskutowane żaby. Rozpalamy ognisko z patyków zebranych w brzezinie za drewnianym krzyżem. Grzejemy wodę na herbatę i kawę. Rozsiadamy się na kapokach. Znowu jest jak trzeba. Znaleźliśmy na chwilę swoje miejsce na ziemi. Rozmawiamy. W końcu zostaję sam na polanie.

 


Nie mam ochoty spać. Gapię się w ognisko niczym ćma w płomień świecy. Księżyc w pełni kładzie na polanie cienie i smugi srebra. Puszcza za plecami cicha, nieruchoma. Przede mną kontury świerków i sosen. W dole gadająca Hańcza, ożywiona żabim koncertem. Powietrze zastygło. Dym z ogniska wędruje wprost do góry. Niebo rozjarzone gwiazdami Mlecznej Drogi. Między nimi suną satelity. Dokładam drewno do żaru. Patyki w żarze syczą a potem strzelają, jątrząc ciszę. Płomienie migotają. Ogrzewają. Siedzę na kapoku, obejmując kolana. Ogarnia mnie nirwana. Nie mam ochoty spać. Ten sen na jawie mistyczny. Chwila niczym wieczność. Gdyby nie pełzanie księżyca po niebie, nie powolny ruch srebrzystych pasów po trawie okrywającej się rosą, pomyślałbym, że czas zamarł... 

 

Wokół księżyca pojawia się halo. Powietrze wilgotnieje. Stojąc na krawędzi klifu dostrzegam mgłę w dole. Nie ma jednak siły wspiąć się wyżej. Noc ustępuje brzaskowi. Ptaki się budzą. Popiskują, zanim zaczną głośniej. Od Jeziora Płaskiego za leśną drogą i ścianą puszczańskiego boru dobiega potężna acz przytłumiona żabia kakofonia Kolory też ożywają…

I wtedy, znienacka, świt rozbrzmiewa... litewską pieśnią, której słów nie rozumiem. Ktoś jedzie leśną drogą i głosi pochwałę natury donośnym czystym barytonem. Pieśń wypełnia puszczę i wywołuje niespodziewany nastrój. Słyszę stłumione parskanie koni...

Gaszę ognisko. Żegnany rozmową pary kruków krążących nad polaną kładę się w namiocie na krótką drzemkę, zanim koledzy zaczną hałasować.