Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Pluszne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Pluszne. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2022

O "Ludziach dnia wczorajszego" Augusta Klemensa Popławskiego

 

Zamiast recenzji „Ludzi dnia wczorajszego” – „Strzępy spowiedzi” Augusta Klemensa Popławskiego.














O potrzebie wiary.


„Pamiętam mego ojca, on również wierzył, że Niemcy przegrają, a na Warmię przyjdzie Polska.

Pamiętam moją matkę – ona całe życie trzymała się wiary – tej katolickiej i „tutejszego” ideału życia.

Pamiętam niemieckich komunistów z ich pobytu w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. To właśnie wiara utrzymywała ich tam przy życiu. Wiara w słuszność sprawy, w jej ostateczne zwycięstwo…



Tak więc człowiek nie może żyć bez wiary, bo wiara jest owocem bezsiły rozumu i wrodzoną potrzebą ludzkiego serca.

Właśnie ta wiara skłoniła mnie do napisania tej książki.



















Dziś wiem jedno – nie można naginać teraźniejszości do ideowych wyobrażeń przeszłości. Choćbyś chciał, to dnia dzisiejszego nie przeskoczysz. Czasy przyszłe dopiero nadejdą. Przyjdą do nas same. Życie nie znosi gwałtu, życie ma swoje prawa i swoją ciągłość. Gdzieś tam na szczycie chciano przerobić tutejszych ludzi na ideowych komunistów, a okazało się, że zrobiono z nich Niemców.”






O braku wiary.


„Gdy szczęśliwie powróciłem z wojny, miałem żonę, dzieci, mieszkanie i stanowisko, a w dniu jej urodzin odwiedziłem ją w Morgach, rzekła:

- Synu, co ja powiem Bogu, gdy mnie zawoła przed swoje oblicze, co ja Jemu powiem, gdy mnie zapyta: a co z twoim synem?



A ja jej odrzekłem: „Mamo! Pan Bóg, jeśli jest, jest mądrzejszy od nas wszystkich. Nie będzie cię obciążał winami twego syna. Zrobiłaś, co mogłaś. Modliłaś się najpokorniej jak tylko mogłaś by Bóg go oświecił. Dawałaś na mszę świętą za jego nawrócenie. I nic nie pomogło. To teraz zostaw mnie! Ja wierzyć nie potrafię (…), po prostu nie umiem. Moją wiarą stała się nauka i prawo do myślenia. Chcę poznawać i wiedzieć, a nie ślepo słuchać, co księża gadają. I Chrystus, póki żył, był też tylko człowiekiem. Może mądrzejszym, pełnym miłosierdzia, ale też tylko człowiekiem. Częstokroć lepszym od nas, doskonalszym, ale tylko człowiekiem. Nikt, kto kiedykolwiek żył na ziemi, bogiem nie był, a był tylko człowiekiem.”





Czytając ten fragment „Ludzi dnia wczorajszego” pomyślałem o księdzu Franciszku Malinowskim z Butryn i ks. prof. Józefie Tischnerze, i o Gabrielu Marcelu, francuskim filozofie, jednemu z najważniejszych przedstawicieli egzystencjalizmu chrześcijańskiego od „pozwól drugiemu być”.









O wierze w przeżycie.


„Więzienie, chociaż trudne, spłynęło po wierzchu, dopiero obóz koncentracyjny wypruł ze mnie flaki. Więzienie dręczyło niepewnością, trapiło samotnością, ciążyło duchowo, lecz obóz to zagłada fizyczna. Tu nie było miejsca na przeżycia duchowe. Była to (…) brutalna walka o „nagie życie”. Po tym obozie koncentracyjnym odnalazłem siebie dopiero po latach prawie czterdziestu. Jakbym zaskorupiał (…) wszystko ze mnie uleciało, pozostał tylko szkielet (…). Ale wtedy, gdy ten pocisk ciężkiego kalibru rozerwał się u wylotu jamy i całkiem mnie zasypało, że ledwo się odgrzebałem saperką (…), gdy sądziłem już, że mnie nie ma, ktoś do mnie z zewnątrz czy wewnątrz w środku zawołał:

- „Wyżyjesz! Nie bój się, wyżyjesz! I napiszesz książkę o tej swojej Warmii!”

I to przekonanie, że wyżyję, nie opuszczało mnie do końca wojny.

Mama nazywała takie rzeczy nawiedzeniem, a mnie wtedy coś tknęło, jakby olśniło, uspokoiło duchowo tak bardzo, że nigdy już w życiu tak mocno się nie bałem. Odtąd nie wahałem się przed żadną decyzją. Po prostu wiedziałem, każda droga zaprowadzi mnie do domu.”




O wyśnionej Polsce, która nie nadeszła.


„Gdyby Polska przyszła tu w 1920 roku, wszyscy , no prawie wszyscy, byliby Polakami. Tak się jednak nie stało. Polska przyszła na pięć minut przed dwunastą i nie przyszła ta znana Polska. Przyszedł socjalizm. Lecz któż z tutejszych upierał się przy kapitalizmie? 







Pragnęliśmy tylko poszanowania uczuć patriotycznych, forma władzy była nam obojętna, nic przeciw niej nie mieliśmy, absolutny brak rozeznania. Skąd zresztą u tych chłopskich synów miało się wziąć rozeznanie, skoro całe życie trzymali się pojęć najprostszych, zrodzonych i wyrosłych w walce i przetrwanie tutejszości.

Skoro komuniści niemieccy w obozach koncentracyjnych mieli do nas niemieckich Polaków znaczne zrozumienie i stawali nawet w naszej obronie, to dlaczego tego zrozumienia nie wykazali komuniści polscy? Dla komunistów niemieckich byliśmy sojusznikami w walce z faszyzmem, lecz w Polsce po wygranej wojnie, sojusznik taki okazał się niepotrzebny i synowie ubogich chłopów stali się wrogami klasowymi. 





„Tutejszość” nikomu nie zagrażała, przeciwnie – uczyła poszanowania dla matki ziemi, a kto szanuje własną matkę, szanuje matki innych.

Nam nie przyszło umierać w osamotnieniu, nam przyszło samotnie żyć!”










Podobnie myślał Karol Małłek, dożywając swoich dni w Krutyniu. Nawet Igor Newerly, który z nim się przyjaźnił i usiłował na swój sposób chronić przed zakusami ortodoksyjnych towarzyszy partyjnych i nadgorliwców ponurego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, nie był w stanie obronić sprawy mazurskiej Karola Małłka.






Szkoda, że August Popławski zaczął pisać o „tutejszości” tak późno. Jeszcze bardziej szkoda, że jego autobiografia nie ukazała się o pokolenie wcześniej. Historia nie jest czarno-biała i gładka niczym lustrzana tafla. To labirynt życia widziany przez każdego z nas inaczej.










poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Marózka u schyłku lata


Nie mam pomysłu na nowy wpis o Marózce. Naprawdę. Pogoda nie dopisała? Nastrój mi się obniżył?

Poplusz
Krzyżówka




Wypłynąłem z jeziorka Poplusz. Wplecionego w kanał łączący jezioro Pluszne z Marózką. Różnica poziomów między lustrem Plusznego a samą Marózką, która zeskakuje betonowym jazem w Swaderkach, wynosi dzisiaj około 2,5 metra (140,2 m – poziom Plusznego; 137,7 poziom Marózki). Kanał wieńczy więc jaz wbudowany w brzeg Plusznego. Kanał przeprowadzono pod koniec XIX wieku po spiętrzeniu jeziora Maróz (141,0 m nad poziomem morza) drewnianym jazem ulokowanym w Swaderkach. Przegrodzono wówczas lewe ramię Marózki zasilające jezioro Pluszne (140,2 m nad poziomem morza). Cały nurt skierowano do jeziora Pawlik (137,6 m nad poziomem morza). W 1963 roku jaz rozpadł się, powodując lokalną powódź. Miejscowi natychmiast skojarzyli tę katastrofę z jednoczesną śmiercią Paula Schwesiga, starego właściciela Swaderek, przypisując zdarzeniu mistyczną przyczynę. Drewniany jaz zastąpiono betonową konstrukcją. Tak więc po wybudowaniu pierwotnej tamy Marózka przestała uzupełniać poziom wody w Plusznem. Dzisiaj to Pluszne zasila Marózkę przez szczeliny praktycznie nieużywanej przegrody.

Wodny skrzyp


 

W kierunku jeziora Pluszne
 
Po zwodowaniu kajaka popłynąłem przez zaspany Poplusz, mało co wiosłując. Zwłaszcza obok wędkarzy okupujących kładki. Jeziorko akwarium. Płytka toń nie zasłania podwodnych polan, łąk, ławic przemykających ryb, mulistego dna, z którego wybuchają pióropusze za lada machnięciem ogonów… Płynąłem wzdłuż oczeretów, dywanów wodnych skrzypów, w towarzystwie osoki aloesowatej, rdestnic, tataraków, dziwiąc się ciszy i zastygniętemu lustru wody. Żadnych ptaków, zwierząt. Jakby miejsce dotknęło zaklęcie znieruchomienia… Tylko kajak wzniecał falę… Póki nie wypłoszyłem ławicy ryb…

Dalej nie próbuję


Poplusz jak akwarium
Wejście do kanału w kierunku Plusznego nie do przepłynięcia. Utknąłem w dywanie osoki aloesowatej. Stąd tylko kilkaset metrów do południowej zatoki jeziora Pluszne ale przez zarośniętą łąkę. Bez woderów i asysty nie radzę. Nawet sobie. Odbiłem więc i skierowałem się ku niewidocznej za drzewami szosie do Olsztynka. Dającej o sobie znać hukiem przejeżdżających tirów.

 

 

Pierwsza przeszkoda

W Popluszu nie masz klasycznej głębi. Przemykałem nad osobliwym akwarium. Przed słońcem nic nie mogło się ukryć. I tak do wejścia na kanał, gdzie woda nadal spała. Prąd zobaczyłem na tamie z patyków przywleczonych przez bobry. Na środku wyrosła kępa trzciny. Przepchnąłem kajak przez przeszkodę, chwytając za burty, by zmniejszyć nacisk kadłuba i odpychając się od gałęzi nogą. Z zewnątrz musiałem wyglądać karykaturalnie. Nieważna jednak poza. Ważny skutek. I tak jeszcze dwa razy, póki nie trafiłem pod betonowy mostek, jeden z dwóch nad zbiegiem strugi z Poplusza z Marózką.

 

A potem już z górki. Jak zwykle. Znany mi Pawlik z rodziną łabędzi niemych z dziesiątką wyrośniętych młodych w szarym puchu (nie zmieściła się w kadrze); znana mi Marózka, rozjechana przez setki kajakarzy…





Płynąłem rano. Przed komunikacyjnym szczytem. Z Pawlika widziałem kolejne sterty kajaków szykowanych dla wycieczek, które jeszcze nie nadjechały. Przed Jeziorem Świętym wyprzedził mnie tylko jeden kajakarz. Wiosłował. Patrzyłem na niego ze zdziwieniem. Dokąd się tak śpieszył? Marózka to zaledwie kilka kilometrów bystrza. Cały czas mnie kusi, by przepłynąć ją z Kurek do Swaderek. Po doświadczeniu Piekiełka na Brdzie to żaden problem. Jak dziś pamiętam zdumienie pracowników tamy w Mylofie, którzy zobaczyli mnie i Sylwka Kozioła taszczących nieporęczne sklejkowe kajaki na górę.
- To wy z dołu? – pytali.
- Przecież widać.
- Bajdurzycie. Nikt nie pływa Brdą pod prąd - zarzucali nam blagę.
- Wierzcie lub nie. Płyniemy dla siebie. Nie żeby wam coś udowadniać…

 

 

 

 
Wpłynąłem na Marózkę. Ze zdumieniem odkryłem, że mostek do Orzechowa zaczął się rozpadać. Odpadły poręcze a z nimi „estetyczny” baner z reklamą taniego spływu Marózką. Zanurzyłem się w leśny szlak rzeki…

Pułapka na nieuważnych

Niejeden kajak podrapało

Dalej nie piszę. Marózkę odarto z intymności. To już nie magiczny spływ, tylko bezrefleksyjny spacer parkową aleją – dla zdrowia, bo nie dla wrażeń…

 

 

 

 


 

 

Co się komu wydaje


 

 

 

 
 

 

 

 

 


Zajrzałem jeszcze na rozlewisko we wnętrzu trzcinowiska u ujścia Marózki do Jeziora Świętego. Samotny kormoran pluskał się w ciemnej toni. Płukał skrzydła. Zanurzał łeb i dziób. Jakaś kaczka spała w kępce trzcin na porzuconym gnieździe. Grzała się w słońcu. Łabędź chrapał w najlepsze pod trzcinami. W oddali szybował błotniak. Z olsu dobiegał krzyk czarnego dzięcioła i podzwonne żurawi… Jednak czuło się już schyłek lata. Okres lęgowy skończony. Ptaki szykują się do odlotu…

 

 

 

 

 

 

 

 


Jeszcze tylko wyspy: ta w trzcinowisku, dźwigająca sosnowy las, i ta podmokła z wyschniętymi drzewami, czatownia kormoranów… 

 

 

 

 

 
Szału tym razem nie było.