Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Hańcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Hańcza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2024

Kanałem Augustowskim do Suchej Rzeczki i na Serwy

 

Nad Serwy

 

1.

Jezioro pojaśniało w promieniach słońca, które wzeszło za naszym biwakiem pod sosnami. Przy brzegu głęboki cień, zatoka lustrem dla krajobrazu. Gdzieniegdzie pojawia się drobna fala wzniecona przez ryby albo ptactwo pływające w szuwarach, marszcząc odbicie bezchmurnego nieba. Nocny deszcz ustał. Wychodzę z namiotu boso na mokrą darń. Wchodzę do wody. Przemywam twarz. Przyglądam się płyciźnie, wodorostom, rybom, płoszę raki, które czmychają między łodygi trzcin i nad dno pokryte szczątkami roślin. Zachęcony ciszą i pustką Mikaszewskiego w objęciach puszczy zanurzam się i płynę przed siebie. Jest rześko. Jest komfortowo. Kiedy wracam, koledzy grzeją już wodę w kocherze, szykują śniadanie.

- Jak woda? – pyta Wiesiek.

- Mokra.

- Nie pytam czy mokra ale czy da się pływać.

- Namawiam. Warto.

Wycieram się ręcznikiem, wciskam się w ubranie. Poranek marzenie. Po śniadaniu koledzy wbiegają w jezioro. Ja już mam to za sobą. Pakuję klamoty do kajaka, zwijam wilgotny namiot, rozkładam na pokryciu dziobu i na pustym miejscu dla wioślarza z przodu. Wyschnie na słońcu. Sprzątam polanę, oszczędzając załodze mitręgi. Gaszę i zalewam ognisko, zasypuję mokrym piaskiem z jeziora, nakrywam ściółką. Po naszym odejściu nie zostaje ślad. Kiedy wracają, zwijają swoje bagaże. Odbijamy. Jest już późno jak dla nas. Spaliśmy w cieniu starych sosen, więc słońce nie budziło.

I oto przed nami czerwcowe Mikaszewskie. Całe tylko dla nas. Płyniemy. Kajaki w tyralierę. Gadamy o przyziemnych sprawach. Łabędzie z młodymi ustępują z drogi. Perkozy pluskają nieopodal i łowią ryby  dla głodnych piskląt w pasiakach. Kiedy dorosłe wynurzają się z trzepoczącymi rybkami w dziobach, młode kwilą jak najęte. Dają znać, że głodne jakby ich nikt od dawna nie karmił. Łyskom i kaczkom łatwiej. Kaczęta zaspokoją głód glonami, rzęsą, wodorostami.

 


Jezioro się zwęża. Mijamy półwyspy i łagodne zatoczki w ścianach gonnych sosen i strzelistych świerków, mijamy bindugę po prawej stronie. Wpływamy w cieśninę. Półwysep po lewej odsłania widok na końcową zatoczkę jeziora. W ścianie szuwarów dostrzegamy wejście na kolejny odcinek kanału. Brzegi podmokłe niegościnne. Z jednego z nich sterczy pochylony świerk. Sosna utrzymuje go uściskiem mocarnych korzeni, dlatego jeszcze nie upadł. Ściany drzew nieprzeniknione. Wzrok grzęźnie w listowiu, w igliwiu, w gąszczu paproci, wilczego łyka. Pod okapami świerkowych gałęzi czernieje zbuchtowana ziemia. Powietrze nasycone aromatem kosaćców, tataraków, grzybów, butwiejącego listowia, niezapominajek okupujących krawędzie gruntu i wody… 

 

2.

Idylla trwa krótko. Za drugim zakrętem dostrzegamy w perspektywie kanału śluzę Perkuć. Zbudowaną w 1827 roku pod kierownictwem dwudziestotrzyletniego podporucznika Juliana Piędzickiego. W 1828 roku dostał powołanie na wojnę rosyjsko-turecką razem z porucznikami: Bielińskim, Jodko i Szultzem. W przeciwieństwie do wymienionych nie wrócił już na budowę. Zmarł na cholerę w 1829 roku.

 

Dobijamy do brzegu. Wspinam się piaszczystą rozdeptaną ścieżką do wrót śluzy. Idę do ciemnego domku pod gontowym dachem. W oknach kwitnące pelargonie. W obejściu żywego ducha. Drzwi zawarte. Pukam. Odpowiada cisza. Nikt nie reaguje.

Z lasu wychodzi staruszka. Ubrana na czarno.

- W żałobie? – zastanawiam się, lecz nie śmiem pytać.

Kobieta z uśmiechem na pomarszczonej twarzy pyta:

- Chcecie się śluzować?

- Bardzo, bardzo – potwierdzam.

- Dużo was?

- Trzy kajaki.

- Za mało. Nie powinnam otwierać – droczy się.

- Wakacje dopiero się zaczną. Uciekamy od tłumu – zauważam.

- Sympatyczny z pana człowiek – stwierdza. – Chyba jednak nie będziecie musieli przenosić.

I dodaje chytrze:

- Ciasto drożdżowe upiekłam. I chleb domowy upiekłam…

- Kupię! – nie czekam, aż skończy.

- na liściach chrzanu i tataraku – kończy z rozpędu i śmieje się zaskoczona moją reakcją.

Stanęło na całym cieście, wyrośniętym jak na… drożdżach, i na bochnie wypieczonego chleba, wielkiego niczym tarcza Wikinga. Co za aromat! Kiedy zniosłem łup do kajaków, chłopaki rwali gorące skiby z chrupiącą skórą i zajadali, aż uszy się trzęsły.

- Zachowujecie się, jakbyście od tygodnia nie jedli – mówię.

- Dołącz, bo ci nawet okrucha nie zostawimy – Wiesiek przyciska bochen obiema rękami do piersi.

Staruszka staje przy dyszlu, napiera. Wrota posłusznie się otwierają. Sylwester podbiega do niej:

- Pomogę.

- A idźże chłopaku! Ja od wieków popycham te wrota, żadne mi się nie oparły – mówi z zaśpiewem i ponagla:

- Idźże do kajaka, bo będziecie wpływać.

Śmiejemy się jak z najlepszego dowcipu.

Niebawem stoimy we wnętrzu komory. Jej ściany wilgotne, porośnięte glonami, które w słońcu nabierają życia. W dole przyjemny chłód. Wrota się zamykają, kobieta idzie na drugi koniec śluzy. Puszcza wodę, która spada spienioną kaskadą, podnosząc nas na poziom Jeziora Krzywego. Kiedy kaskada zamiera, kobieta napiera znowu na dyszel, otwierając wyjście na kanał.

Wypływamy, żegnając operatorkę. Macha do nas przez chwilę i wraca do domu.

 


3.

Płyniemy prostym odcinkiem kanału na Jezioro Krzywe. Zarośnięte o nieprzystępnych brzegach, do których nawet nie dopłyniesz przez polany grążeli. Przeciwieństwo otwartego Jeziora Mikaszewskiego. U wyjścia z kanału szpaler mierzwy na błotnym odsypisku, chyba po pogłębieniu toru. Skręcamy we wschodnią zatokę z obiecującym prześwitem w szuwarach i oczeretach, rozdzielonym sosnową wyspą. Wiosłujemy przez bardziej obiecującą odnogę. 


Kruglak otwiera swoje zarastające wnętrze. Wybieramy najdalszą zatokę z zatopionym olsem. Wpływamy między zamierające olchy. Walczą o przetrwanie na błotnistych wysepkach wystających z przejrzystej wody nad czarnym dnem. Wokół unosi się zapach kwaśnej ziemi. W jaskrawym słońcu widok tych drzew wywołuje ambiwalentne wrażenia. 


Czujemy się obco w królestwie jaćwieskich mamunów i utopców. Wymieniamy uwagi, krążąc wśród drzew nad coraz płytszą tonią w zatoce kończącej się lejkowatym zwężeniem. Grzęźniemy w mule. Dalej się nie da. Komysze zatopione w ścianach pomnikowych sosen i świerków uniesionych stokami moreny, klonów i dębów poniżej. Cisza niepokoi.

- Ptaków nie słyszę – to Wiesiek.

- Coś je wstrzymuje – też się dziwię.

- Bywają takie miejsca, z pozoru ładne, a jednak życie się do nich nie garnie – zauważa filozoficznie Sylwester…

 


W notatkach spisywanych na bieżąco w kajecie do studenckich wykładów odkryłem po latach makbetowski w nastroju zapis.

„Strumień wpływający do Kruglaka nie jest ani długi, ani głęboki. Broni dostępu pniami i mierzwą wodorostów, wzbrania mułem, który trącony wiosłem burzy się bąblami uwolnionego gazu. Chimeryczna zieleń nie skrywa chorobliwej nagości pni. Olchy przeżywają swoje życie naraz. Kiedy listki zielenieją, pnie u spodu już martwe. Są podłożem dla nowych pędów. Ryb tu nie widać. Ptaki zawracają spłoszone widokiem nierealistycznej zieleni pod ostrym światłem. W milczeniu bagna czai się makbetowska groźba.”

 


Po latach myślę sobie, że hamletowskie być albo nie być nie obowiązywało w rezerwacie Kruglak. Bardziej pasował syndrom kota Schrödingera, który jednocześnie żyje i nie żyje. Owe olchy na bagnie okazały się kwantowymi kuzynami kota…

 


Sąsiednia zatoka zwieńczona bagiennym szuwarem i rachitycznymi drzewkami, wdzierającym się klinem w Kruglak, otwiera widok na mokradło rozcięte grząskim kanałem. Za nim bagnista przesieka zamieniająca się w torfowisko zarastające bagienną sosną i brzozą omszoną. To wszystko widać tylko, gdy stanąć w kajaku. Czerwcowa mierzwa jeszcze nie wyrosła i nie zasłoniła perspektywy.

Widok zalanego olsu na Kruglaku przywodzi wspomnienie z kajakowania po Jeziorze Solińskim zaraz po jego wypełnieniu. Lawirowałem wtedy w jego zatokach z zatopionym lasem na zalanych skałach nad Sanem. Błądziłem między pniami wiekowych sosen, świerków, buków, grabów, dębów, olch, wierzb…, wypatrując wygrzewających się  w plamach słońca pstrągów, kleni i sazanów (dzikich karpi), polujących wydr…

Wracamy na Krzywe. Pogoda się zmienia. Nie to że chmury. Raczej powietrze mniej przejrzyste. Robi się szaro i gorąco jak pod zakurzonymi szybami w szklarni. Przed nami para łabędzi. Startują, machając skrzydłami i odbijając się od wody uderzeniami łap. Krzyczą, lecąc wprost na nas. Przelatują nad tuż głowami. Czujemy podmuchy powietrza na twarzach.

- Byłoby zdjęcie – to Sylwester.

- Byłoby – powtarzam za nim

Ptaki poleciały na Kruglak.

 

U wejścia na kolejny odcinek kanału, na skraju trzcin, stoi czapla. Zastygła niczym posąg z rozłożonymi skrzydłami. Patrzy wszystko widzącym okiem to na mnie to w cień pod sobą… Uderza znienacka dziobem w wodę. Wyciąga szamocącą się rybę, obraca w dziobie głową do środka, połyka, znowu nieruchomieje.

 


- Widzieliście? – pytam.

- Co?

- Jak poluje – pokazuję ręką w kierunku czapli, która podrywa się z szuwaru spłoszona rozmową.

Nie zobaczyli…

 

 

 

Poniewczasie dowiaduję się, że penetrowaliśmy wnętrze rezerwatu przyrody. Nikt nie zadbał o oznakowanie. Rezerwat powołano do życia Zarządzeniem Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego z dnia 15 lipca 1970 do ochrony boru sosnowo-świerkowego charakterystycznego dla Puszczy Augustowskiej w celu zachowania naturalnych zbiorowisk roślinnych związanych z zanikającym zbiornikiem wodnym. Stwierdzono tutaj występowanie kilkudziesięciu gatunków roślin podlegających ścisłej ochronie, ośmiu gatunków mrówek z dominującymi wścieklicami (potrafią dotkliwie pokąsać mimo niewielkich rozmiarów).

4.

Przed nami dwukomorowa śluza Paniewo. Wybudowana w latach 1826-1828 pod kierownictwem 29 letniego porucznika Michała Horaina, który walczył w powstaniu listopadowym w stopniu majora i został odznaczony Krzyżem Złotym orderu Virtuti Militari. Po upadku powstania wyemigrował do Francji, gdzie budował drogi i mosty, w tym m.in. pierwszą linię kolejową z Lyonu do Marsylii. W 1857 roku wrócił na Litwę.

Śluza, zbudowana w niecałe trzy lata, w remoncie już ósmy rok. Klniemy, zaglądając z góry w zarośnięte chwastami komory. Przenosimy kajaki stumetrową kamienistą ścieżką wzdłuż konstrukcji. Pod mostem robimy postój. Nad Płaską leje. Chmura sunie ku nam, strasząc ulewą.

Z budowy dobiegają soczyste przekleństwa. Nasłuchuję robotników niczym zwiedzający fabrykę w Petersburgu Fiodor Dostojewski majstrów, którzy za pomocą jednego słowa potrafili wyrazić całe bogactwo uczuć… Słyszę:

- Panie majster, ja tak robić nie będę. Przyleciał „Pryncz” i, k…, powiada „Agregaty wyłączę!” No to ja do niego „Jak myślisz, k…, czym ja będę pracował? K…, komory zaleje; sam tę wodę będziesz wypijał.” On mi na to „Tu się zgina u murzyna.”

- Znowu Maniek bez ropy? – to majster.

- Mnie to, k…, g… obchodzi. Załatwił czy nie, agregaty muszą chodzić, choćbyś majster na żonę miał nie wleźć. Jak nie, to idę do „Storożyna” i składam wymówienie.

- No stary, robota nie finta, dwa tygodnie postoi.

- Ale ja, w mordę, nie postoję. Pier… ten kmiotkowy interes.

- Za młodyś, żeby mi pyskować – to majster.

- Panie majster, młodszy to ja może i jestem, ale, k..., w łóżku, nie w robocie…

Mężczyźni odchodzą w las do składowiska granitowych bloków. Kłótnia cichnie.

Pisząc to, czuję się jak Melchior Wańkowicz biorący w obronę „wstydliwe” perły języka polskiego…

 


Znosimy kajaki na kanał. Z ulgą spoglądamy na jezioro Paniewo. Upał dokucza. Moczymy ręce w wodzie, przecieramy twarze i włosy pod czapkami. Nie zabawiamy długo na pozbawionej zatok i półwyspów przestrzeni. Mijamy chwiejne kładki dla wędkarzy, nie budzące zaufania pomosty w trzcinach, wyprowadzone z zadeptanych polan pod sosnami.

Wokół zurbanizowane tereny bez odosobnionych miejsc na odpoczynek. Jesteśmy znowu na kanale między regularnymi wałami, które zarosły wikliną, samosiejkami brzóz, olch i sosen. Drogi dla burłaków i koni pociągowych holujących berlinki stały się niedostępne. Perspektywa zwęża się do wstęgi nieruchomej wody w objęciach palisady ze słupów odbojowych do umocnienia podstawy wałów z obu stron, podkreślających pobawiony wyrazu łęg, jednak pełny ruchu, szelestów, zwidów. Płyniemy tyralierą, nikomu nie wadząc.

Prądzyński nie żałował przestrzeni do żeglowania. Kanał miał pomieścić mijające się berlinki, płaskodenne łodzie, których całkowita długość dochodziła do 43 m, szerokość do 5 m. Napełnione towarem zanurzały się nie więcej niż metr. Dlatego w projekcie przewidziano ponad metr głębokości toru wodnego.

 


Za niewielkim rozlewiskiem otwiera się widok na jeziorko Orle. Jego zachodnia część zarośnięta szuwarem i oczeretem. Siwa mierzwa poprzerastana już gęstymi odrostami trzcin, pałki, sitowia, tataraku. Płyniemy przez zarastające rozlewisko, zanim wrócimy na tor. Obserwujemy atak błotniaka. Z zarośli ucieka krzyżówka, zanosząc się histerycznym kwakaniem. Błotniak zawisa nad trzcinami. Cel mu uciekł sprzed szponów, zostawiając kilka wirujących w powietrzu piór. Odlatuje nad przybrzeżne olchy.

 




Za jeziorem Orle kolejna śluza Gorczyca budowana w latach 1826, 1827 równolegle ze śluzą Przewięź; obie pod kierownictwem porucznika Augusta Szultza. W powstaniu listopadowym w stopniu podpułkownika kierował pracami fortyfikacyjnymi twierdzy Modlin. Za zasługi w powstaniu odznaczony Złotym Krzyżem orderu Virtuti Militari. Po upadku powstania osiadł w połowie 1833 roku w Egipcie. Był twórcą egipskich wojsk inżynieryjnych. W latach 1837–1839 ufortyfikował między innymi Akrę (dzisiaj Akka w Izraelu) i zbudował twierdzę w Kulek Boghaz (Gülekbogazy) w górach Taurus, dzisiaj w Turcji. W latach 1847–1853 był naczelnym dowódcą wojsk inżynieryjnych Egiptu. Wspólnie z Ferdynandem Lessepsem opracował koncepcję Kanału Sueskiego.




5.

Jest późne popołudnie. Kanał wiedzie wzdłuż jeziora Serwy rozlanego za leśnym kompleksem. Płyniemy przez puszczańskie rozlewiska środkiem oznaczonego toru w otoczeniu szuwarów, polan grążeli, rdestnic, wywłóczników i odsuniętego boru, to znów przekopem umocnionym palisadą, wtedy puszcza pochyla się nad nami, czyniąc honory straży przybocznej, przegląda się w zastygłej tafli wstęgi znikającej w dalekiej perspektywie. Widok niezwykły we flaucie pod niebem w nastroju złotej godziny. Rozglądamy się za miejscem na biwak. W końcu znajdujemy dogodny brzeg z mielizną piasku. Podpływamy, wyciągamy kajaki na murawę, rozkładamy namioty. Z zebranego chrustu rozpalamy ognisko nad wodą, szykujemy kolację. Chleb znika w oczach. Zjada się sam bez dodatków. Z niechęcią patrzymy na wyciągnięte konserwy. Drożdżową buchtę popijamy kawą i herbatą, wspominając serdeczną kobietę w Perkuciu. Sylwester wyciąga wodę z ocembrowanej studni drewnianym wiaderkiem na żurawiu z drąga. Jest zimna jak ze źródła. Siedzimy na krawędzi brzegu i podkarmiamy łabędzie, które podpłynęły z szuwarów za kanałem i przywiodły młodzież. Nie powinniśmy pieczywem, ale jak odmówić spojrzeniom śnieżnych głodomorów. Kiedy jednak przestajemy, samiec grozi sykiem, rozkłada skrzydła jak do walki.

- Nie dostaniesz więcej – mówię. – Zaszkodzi ci.

- Po co z nim gadasz? – to Wiesiek.

- Bo inteligencją mu z oczu patrzy…

Łabędzie odpływają i zanurzają głowy i szyje w wodzie. Unoszą kupry. Kiedy się prostują, podniósłszy głowy, z dziobów zwisają glony i wodorosty. Młode tulą się do rodziców. Najmniejsze moszczą się między skrzydłami… Słowem sielanka… I ta cisza…

Zasypiam z naturalną fototapetą – widokiem puszczańskiego kanału w otwartym wejściu do namiotu rozstawionym na pochylonym ku wodzie stoku…

 

poniedziałek, 6 maja 2024

Kanałem Augustowskim na Jezioro Mikaszewskie

 


Kanałem Augustowskim na Jezioro Mikaszewskie


 

1.

Zamiast wstępu do nowego wpisu.

Janusz Rymsza z Instytutu Badawczego Dróg i Mostów w opracowaniu „Kanał Augustowski – niezwykła historia budowli hydrotechnicznej z 1. połowy XIX wieku” opublikowanym na łamach Ochrony Zabytków 2023 nr 1, issn 2956-6606, napisał w abstrakcie:

„Wprowadzenie przez Królestwo Prus w 1821 roku wysokich ceł za tranzyt polskich towarów przez swoje terytorium, po Wiśle do bałtyckich portów spowodowało powstanie koncepcji budowy śródlądowej drogi wodnej omijającej Prusy. Zadanie wybudowania kanału, nazwanego później Augustowskim, powierzono polskiej armii, natomiast do realizacji został przyjęty projekt techniczny kanału wykonany przez ppłk. Ignacego Prądzyńskiego (1792–1850). Pod jego nadzorem w ciągu niespełna sześciu lat wybudowano kanał – od rozpoczęcia wznoszenia śluz w czerwcu 1825 roku do wstępnego uruchomienia kanału przed wybuchem powstania listopadowego (29 listopada 1830 roku).

Budowę śluz nadzorowali polscy oficerowie, których średnia wieku wyniosła 29 lat. Większość z nich odegrała znaczące role w powstaniu. Z pewnością największa rola przypadła projektantowi i kierującemu budową kanału – Ignacemu Prądzyńskiemu, który w stopniu generała był wodzem naczelnym powstania. Kolejnym ważnym budowniczym był por. Feliks Pancer (1798–1851), który do wznoszenia budowli hydrotechnicznych kanału zastosował wykonane według własnej koncepcji sztuczne spoiwo o lepszych właściwościach niż cement portlandzki opatentowany w 1824 roku w Wielkiej Brytanii.

Budowa kanału miała wpływ na powstanie polskiej cywilnej kadry inżynierskiej oraz wzmocnienie cywilnej kadry inżynierskiej w Europie. Z budową kanału jest związane powstanie pierwszych ośrodków polskiego przemysłu cementowego i bitumicznego oraz zakładanie osad wiejskich, a także powstanie idei turystyki wodnej. Kanał Augustowski jest wyjątkowo cennym obiektem hydrotechnicznym, zachowanym w niepowtarzalnej technicznej, historycznej i krajobrazowej formie, i jako taki wart jest wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO.”

Tyle tytułem suchego wprowadzenia do cudu polskiej myśli technicznej w sercu Puszczy Augustowskiej. Właśnie zaczęliśmy go przemierzać.

Uderzające to, że Ignacy Prądzyński został inżynierem w wieku 17 lat, nabywając umiejętności w budowie wielkich obiektów inżynierskich: fortecznych, mostowych, hydrotechnicznych, niezależnie od wielkiego talentu do wojaczki. Ludzie wtedy wcześnie dojrzewali.


2.

- Nie śpij tyle, bo cię okradną – Wiesiek buja namiotem.

Koledzy już grzeją kochery, szykują śniadanie. Wygrzebuję się ze śpiwora.

- Coś ty w nocy robił? – to Sylwek.

Nie odpowiadam na zaczepki. Kto się tłumaczy, jest winny. Idę po patyki na ognisko, bo zapas się kurczy. Wracam z naręczem. Kawa już pachnie. Chleb pokrojony na grube pajdy. Mielonka też grubo pocięta. Będzie co popychać nosem.

- Mielucha nieśmiertelna – to Wiesiek. – Podczas spływu z Warszawy do Gdańska na tratwie z beczek po piwie i z palet jedliśmy tylko mielonkę. Myślałem, że ją znienawidzę, a dzisiaj znowu smakuje.

- Boś głodny – mówię.

- Bo ja wiem? Przez rok na nią nie spojrzałem. Apetyt wrócił...

 


Wiesiek miał na myśli wyprawę na tratwie ekipy satyryków ze studenckiego klubu Riwiera Remont, którzy wtedy konkurowali z ekipami Stodoły Politechniki Warszawskiej i Hybryd z Uniwersytetu Warszawskiego – tych Hybryd znanych w pewnym momencie z perkusyjnego występu Richarda Feynmana, który w 1962 roku, wyrwawszy się z sympozjum w Jabłonnie, uczył studentki przez całą noc samby, zapominając o porannym wykładzie z fizyki do wygłoszenia następnego dnia rano.

 





Słońce już wysoko. Polana nagrzana. Murawa wysuszona z porannej rosy. Pakujemy się, znosimy toboły do kajaków. Sprzątamy biwak. Niebawem wygląda tak, jakby nas nie było. Zostawiamy tylko miejsce na ognisko ze śladami zalanych węgli. Kąpiemy się w rzece. Woda rześka. Nurkujemy. Wodorosty i glony tańczą w nurcie nad słonecznym dnem. Ptaki hałasują w szuwarach i w lesie. Sosny, świerki, dębczaki, olchy, brzozy, jesiony, wiązy szumią w powiewach wiatru. Dąb pod polaną imponuje mimo upadku do rzeki. Odczuwam żal, że runął. Kiedy go odwiedzę drugi raz, zastanę nagi szkielet dumnego enta: pomnikowy pień w grubej korze, konary i bezlistne gałęzie. Na grzbiecie pnia u nasady wykrotu zadomowi się ogródek botaniczny z mchu, porostów, zajęczego szczawiu, delikatnej trawy, a pod nim huby i naręcze świeżych żółciaków siarkowych.

 


Odbijamy. Hańcza niesie łagodnie przez las do najbliższego zakrętu. Meandruje. Nawet nie sięgamy po wiosła. Nastrój taki, że tylko patrzeć, rejestrować, zapamiętywać wrażenie nieprzemijającego filmu. Nawet nie rozmawiamy, póki rzeka nie wywiedzie w szerszą dolinę, gdzie kluczy w zawijasach nurtu, kierując kajaki to na zachód, to na południe, to na wschód, to na północ… Jakby nie chciała wypuścić z objęć. Dopiero przed Jałowym Rogiem wpływamy na łąki, pastwiska, między starorzecza w szuwarach. Las odsuwa się od nurtu, ustępując miejsca samotnym siedliskom, mokradłom, gdzie czaple, łabędzie nieme i krzykliwe, nurogęsi, krzyżówki, gągoły, perkozki, łyski… Dolina staje się szersza, panoramy rozleglejsze, niebo zmienia się w kopułę…

 


Z trudem przychodzi żegnać Hańczę… Przedłużamy wędrówkę ile się da, nie wiosłując. Hańcza niczym niekończąca się historia. Tylko od nas zależy, co i jak zapamiętamy z tego obcowania z pojaćwieską Wildniss.

 

 

 

 

3.

Wpływamy w Kanał Augustowski, rezygnując z bocznej wycieczki Szlamicą. Zmiana krajobrazu zaskakująca. Nurt zanika. Brzegi uregulowane i umocnione. Puszcza towarzyszy szlakowi na prawym brzegu. Po lewej łąki, pastwiska, pola, siedliska rozmieszczone bez ładu charakterystycznego dla wiejskiej zabudowy. Żeby je zobaczyć, trzeba się wychylić nad obwałowanie kanału. Wiosłujemy do śluzy Tartak, wybudowanej w latach 1837-1838 pod kierownictwem cywila, inżyniera Jakuba Szeffera, późniejszego budowniczego kolei warszawsko-wiedeńskiej, który przed powstaniem listopadowym nie uczestniczył w budowie kanału.

 




Po lenistwie spływu Hańczą możemy rozładować energię, pokonując zakręty, mijając puste obozowisko harcerskie na Bindudze. Na rozlewisku przed śluzą widzimy otwierające się wrota. Ze śluzy wypływa holownik. Ciśniemy na wiosła, by zdążyć na śluzowanie. Z kabiny sternika wyskakuje załogant i gestykuluje. Podpływamy bliżej.

- Nie płyńcie dalej! To strefa nadgraniczna! – krzyczy.

- Szlag by to trafił! – mruczę pod nosem.

Zawracamy…

Dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego otwiera się możliwość wycieczek aż do Niemna. Nawet ciepły człowiek, jak to określił jeden z senatorów PiS, białoruski dyktator, do czasu sfałszowanych wyborów nie robił wstrętu kajakarzom.

W latach siedemdziesiątych pogranicznicy z „braterskiego” Związku Radzieckiego gotowi byli zatrudniać na kilka miesięcy do wyrębu lasów turystów przypadkowo przekraczających granicę, nie śpiesząc się z wyjaśnianiem, kto zacz i dlaczego wkroczył na terytorium „zaprzyjaźnionego na wieki wieków amen” sąsiada.

Świat demokratury ludowej to dzisiaj świat niewyobrażalny. Lektura „Roku 1984” Orwella, pozwala jedynie mgliście i w zarysach wyobrazić sobie życie w rygorach obozu socjalistycznego w najweselszym polskim baraku.

Obracamy kajak na zachód. Wieje bryzą ze wschodu. Płyniemy dziełem Ignacego Prądzyńskiego i jego 15 oficerów oddelegowanych przez władze Królestwa Polskiego do budowy nowej drogi wodnej omijającej Wisłę zablokowaną cłami przez króla Prus. Wydatnej pomocy przy budowie udzielał hrabia Karol Brzostowski, który uruchomił zasoby Republiki Sztabińskiej nad Biebrzą do wspierania tej niezwykłej inwestycji hydrotechnicznej wykwalifikowanymi pracownikami i dostawami materiałów budowlanych, w tym nowatorskiej zaprawy do spajania cegieł i kamieni, prekursora cementu portlandzkiego, i żelaznych elementów wyposażenia śluz z huty sztabińskiej.



4.

Przed nami wrota jednokomorowej śluzy Sosnówek wybudowanej w 1825 roku pod kierownictwem porucznika Konstantego Jodko. Miał wówczas 28 lat. W czasie powstania listopadowego został awansowany do stopnia podpułkownika. Po upadku powstania jako inżynier cywilny zajmował się regulacją Wisły. W 1861 roku został Naczelnym Inżynierem Warszawy.

Dopływamy do brzegu. Szukamy obsługi w drewnianej chacie, nakrytej stromym dachem z gontu, który nabrał patyny srebrzystej szarości. Ów obraz przenosi nas w XIX wiek.

Nikogo nie widać. Pewnie śluzowy się nie spodziewał kajaków na początku czerwca. Dźwigamy więc nasze krypy na wał, przenosimy ścieżką wzdłuż drewnianego płotu za śluzę, wodujemy w kępie niezapominajek. Urabiamy się po łokcie. Kajaki ciężkie, bagaże też. Uszarpani, zdyszani, pocieszamy się, że zaoszczędziliśmy na flaszkę. 

Faktycznie kupiliśmy pół litra wyborowej w pierwszym napotkanym geesie, ale kiedy przyszło co do czego, płynęła z nami aż nad Rospudę. Tam po całym dniu wędrowania w mżawce, kiedy rozbiliśmy się obozem na amfiteatralnej polanie wyniesionej skarpą ponad kamienne bystrze za Dowspudą, otworzyliśmy butelkę podczas kolacji, rozlaliśmy pożądany płyn do kubków, wznieśliśmy toast na rozgrzewkę, łyknęliśmy i… wódka wydała się po prostu wstrętna. Patrzyliśmy na siebie zaskoczeni. W końcu Sylwek powiedział:

- Nie dam rady wypić. Nie wchodzi.

Wiesiek, niewiele myśląc, wylał za kołnierz.

- Za tych co na morzu – powiedziałem, rozchlapując zawartość kubka na trawę.

Po tygodniu pływania na łonie natury odrzuciło nas od wyborowej, chociaż wcześniej nieraz dawaliśmy się sponiewierać gorzałce na studenckich imprezach w Bratniaku.



Płyniemy do śluzy Mikaszówka wybudowanej w 1825 roku pod kierownictwem porucznika Wojciecha Korczakowskiego. Miał wówczas 29 lat. W powstaniu listopadowym w stopniu kapitana kierował obroną Warszawy od szańca na Powązkach do Wisły. Po upadku powstania został dymisjonowany i podjął pracę jako inżynier cywilny w Zarządzie Komunikacji Lądowych i Wodnych. Kierował budową dwóch śluz: Sosnowo i Borki, jednocześnie zarządzając spółką wytwarzającą asfalt naturalny na potrzeby budowy kanału. Po 1839 roku został starszym inżynierem kanału.

 


Jest już późne popołudnie. Nadciągają chmury. Po kilku zakrętach wiosłujemy prostym odcinkiem do drewnianych wrót w oddali. Flauta sprzyja wysiłkowi. Kajaki rozpruwają ciemne lustro, wzniecają fale. Dopływamy. Śluzowy, widząc nas z daleka, zawczasu otwiera skrzydło dębowych wrót, napierając ciałem na dyszel. Drugiego skrzydła nie rusza. Nam to wystarcza. Wpływamy do komory. Po zamknięciu skrzydła śluzowy idzie do drugich wrót, otwiera zastawki za pomocą ręcznie kręconej śruby. Woda się wlewa z hukiem, podnosząc nas prawie o trzy metry. Po wyrównaniu poziomu z poziomem Jeziora Mikaszewskiego śluzowy otwiera drugie wrota, kasuje nas za przeprawę. Wypływamy spod mostu usatysfakcjonowani. Przenoska w Sosnówku wybiła nam z głów wysiłek oszczędzania na śluzowaniu.



5.                

Płyniemy krętym odcinkiem kanału do zarośniętego rozlewiska. Rozszerza się stopniowo niczym nadmuchiwany balon, odpychając olchy zasłaniające masywne ściany sosnowej i świerkowej puszczy. Potem otwiera się cieśnina na Jezioro Mikaszewskie. Wiosłujemy wzdłuż palisady umacniającej prawy podniesiony brzeg, obok pojedynczych pali odbojowych. 


 

Na jeziorze kierujemy się w prawo. Wpychamy kajaki na piaszczystą mieliznę w przerwie między bujnymi szuwarami. Wyciągamy je na kameralną nachyloną ku wodzie polanę pokrytą trawą i wysuszonym igliwiem. Organizujemy biwak, rozstawiając namioty pod stuletnimi sosnami. Koledzy idą na poziomki, wspinając się po stoku moreny w głębi lasu.

Rozgrzebuję ściółkę do samego piasku pod spodem, zbieram patyki na ognisko, rozpalam i grzeję wodę w kocherze zawieszonym nad żarem. Przyglądam się sosnom. Nie są podobne do sosen taborskich, które swoją urodą zafrapowały samego Napoleona podczas kampanii pruskiej w 1807 roku. Nie są tez podobne do sosen napiwodzko-ramuckich i jańsborskich (piskich) nad Krutynią. Ich kora mniej popękana, jaśniejsza, sprawiająca, że wnętrze Puszczy Augustowskiej słoneczniejsze niż na przykład wnętrze Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej. 


Patrzę na jezioro i zastanawiam się, skąd Melchior Wańkowicz czerpał przekonanie, że Mikaszewskie jest podobne do Uplika w Zgonie na szlaku Krutyni. Nie dostrzegam żadnych paraleli.

Otwieram puszkę z duszoną wołowiną, kroję pajdę chleba, zalewam wrzątkiem kawę zbożową, moją ulubioną Inkę. Zajadam, nie czekając na kolegów, którzy wracają umorusani dopiero wtedy, gdy przestają widzieć poziomki w leśnym półmroku. Ze wschodu nadciągają chmury. Niosą deszcz. Jezioro pokrywa się rozchodzącymi i wzajemnie przenikającymi okręgami drobnych fal. Ognisko syczy. Krople plamią żar rozpalonych patyków…

Chowamy się do namiotów. Nie zasuwam wejścia. Patrzę spod dachu i znad śpiwora przez dogasające ognisko na ciemniejący puszczański krajobraz, zanim zmorzy sen…