Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napoleon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Napoleon. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 czerwca 2024

Świstaka dzień trzeci z Różana za Ostrołękę

1.

 

Noc zimna. Od desek podłogi w kajaku ciągnie chłodem. Śpiwór ogrzewany oddechem nie utrzymuje ciepła. Wnętrze kajaka, chociaż suche jak pieprz (kajak zaskakująco szczelny), nie chroni przed zimnem. Zabrakło fartucha. Nie pomaga wełniana czapka. Kiedy zaczynam drżeć, budzę się z krótkiej drzemki, zaprzęgam do wiosła. Równy wysiłek pomaga. Drżenie ustępuje. Pod kurtką znów ciepło. Księżyc bezbłędnym przewodnikiem. Wnętrze Narwi jak na dłoni. Nurt ciemny, spokojny. Wiry w sam raz. Żadnej fali od wiatru. Czasem tylko dostrzegam wystający z wody pień. Zaplata rzece warkocz. Pod leśnymi brzegami osuwiska podniesionych brzegów. Piasek kontrastuje z ciemnym otoczeniem. Gdyby nie rytmiczny plusk wiosła, pomyślałbym, że otula mnie cisza. Dziób kajaka delikatnie tańczy w takt pchnięć wiosła to w lewo, to w prawo. Wytrenowane ruchy barków, ramion, przedramion, zaciśniętych na drzewcu dłoni sprawiają przyjemność niczym dobre tai-chi. Jestem skupiony. Płynę środkiem rozlanej rzeki między ścianami sosen. Kilometr mija za kilometrem. Granat północnego nieba  blaknie. Księżyc przechyla się na zachód. Czuję w sobie werwę, więc rezygnuję z dwudziestominutowej przerwy. To też sposób obrony przed przenikliwym zimnem.

W oddali zarys mostu drogowego, przenoszącego szosę z centrum Różana i dawnej carskiej twierdzy z czterech fortów do Ostrowi Mazowieckiej. W podziemiach jednego z nich urządzono składowisko odpadów promieniotwórczych. Znak że mijam Kaszewiec.

Starego Różana praktycznie już nie ma. Przed wojną połowę populacji stanowili Żydzi. Część wymordowano w jednym z carskich fortów Różana, większość wywieziono do obozów koncentracyjnych. Sam Różan został całkowicie zrujnowany podczas walk w 1944 roku na przyczółku po sforsowaniu zakola Narwi między Gnojnem a Kaszewcem. Dzisiaj to nowe miasteczko, chociaż z historią ciągnącą się od epoki brązu.

 


Za mostem wspartym na solidnych żelbetowych filarach pokonuję zakole. Oddalam się od nocnych świateł widocznych na miejskiej skarpie nad rzeką. Las ustępuje polom i łąkom na terenach zalewowych i w starorzeczach. Omijam wyspę, płynąc głównym nurtem. Nie mam odwagi wybrać obiecującej odnogi bliżej miasteczka. Za mało widać, prąd Narwi nie taki straszny jak opisywano w przewodniku „Kajakiem po Polsce” Kurana i Czajkowskiego, mojej biblii na podorędziu. Opłynąwszy wyspę, widzę przed sobą świetlistą autostradę bez zakrętów w konturach drzew nadrzecznego łęgu. Księżyc za plecami niczym potężny latarnik. Oświetla to co trzeba, pobudza żaby do koncertowania w zatoczkach i podmokłych łąkach w korytach starorzeczy, w stawach tuż za krawędziami brzegów. Mgiełka snuje się nad wodą. Daje się nieść prądowi. Powietrze nieruchome. Po powierzchni rzeki spływają topolowe kłaczki, szczątki roślin, fale wzniecane przez ryby. Płynę środkiem. Jestem w transie. Medytacja trwa. Myśli zgaszone. Wpatruję się w wierzchołek dziobu. Nie odczuwam zmęczenia. Nie odczuwam senności

 



Wpływam w niezwykły meander rzeki, w jedno kilkukilometrowe S. Zostawiam za sobą ostatnie zabudowania Różana i Dyszobaby. Opływam zakręcone jęzory rzecznych odsypisk. Między Dyszobabą a Chełstami na drugim brzegu Narew wielokrotnie zmieniała koryto, zostawiając po sobie pokręcone starorzecza wypełnione wodą, przylegające do leśnych skarp z dala od głównego nurtu. Chciałoby się je wszystkie zwiedzić. Opuszczając ów zawijas, szukam miejsca na godzinny postój. Muszę się oszczędzać, chociaż teraz nie chcę. W końcu znajduję wnękę w brzegu, gdzie cofka nie pozwala wypłynąć na rzekę. Zatrzymuję się pod pochylonym nad wodą klonem. Chyba długo już nie pociągnie, chociaż walczy o przetrwanie, wypuszczając coraz to nowe korzenie. Kładę się z twarzą zwróconą w stronę brzasku na wschodzie. Powtarzam rytuał naciągania śpiwora po sam czubek głowy. Kapok pod głowę, ręce na drzewcu wiosła. Próbuję usnąć. Natura nie pozwala. W zaroślach coś łazi, szeleści. Żaby nie ustają. Z pobliskich krzaków dobiega popiskiwanie budzących się ptaków…

 

2.

Z letargu budzi mnie przenikliwe zimno. Trzęsę się. Sięgam po termos. Gorąca kawa pomaga. Drżenie mięśni ustępuje. Nie ściągam śpiwora, dopóki się nie rozgrzeję wiosłowaniem. Dopiero po kwadransie roluję śpiwór i wciskam we wnękę rufy. Rozpinam kurtkę z podpinką. Jest dobrze. Księżyc nadal świeci. Brzask coraz mocniejszy. Wraca widzenie kolorów. Rzeka uparcie płynie, dziwiąc się, że ja wciąż uparcie wiosłuję. Przestrzeń ucieka jednostajne wstecz. Ptaki śpiewają. W zaroślach mozgi trzcinowatej koncertują trzciniaki, pobudzając zmysły niczym muzyka rockowa. Świerszczaki szyją powietrze monotonnym trelem, jakby włączyły maszynę do szycia. Mogą tak na jednym oddechu ciągnąć z minutę. Słyszę trex trex. To najmniejsze z żurawiowatych – derkacze. Mijam osypujące się skarpy brzegów i wejścia na mokradła. Narew opływa Chełsty obszernym łukiem, kierując się na północny wschód i coraz głębiej wkraczając na terytorium Kurpiów. Wsie coraz dalej od rzeki odepchnięte starorzeczami po obu stronach nurtu, świadectwami hydrogeologicznych kaprysów Narwi na przestrzeni wieków. Nie widać tutaj śladów działalności olędrów, dla których gospodarowanie na takich terenach było celem samym w sobie.

 


Księżyc już zachodzi. Wisi nad równiną i odległą krawędzią doliny. Zbladł w brzasku świtu. Nabrał złotawego odcienia.

Zatrzymuję się na krótką przerwę. Wpływam na mieliznę zarośniętą przez mozgę trzcinowatą, gdzie nurt nieodczuwalny. Ustawiam się twarzą do słońca, którego rąbek unosi się właśnie nad horyzontem i prześwietla pnie i korony wierzb na drugim brzegu,  Nieśmiała mgła tańczy nad powierzchnią leniwej – zdawało się – wody. W powietrzu wilgoć. Mimo to odczuwam ciepło… Zasypiam siedząc. Nawet nie wiem kiedy. Jakby ktoś mnie wyłączył… Budzę się równo po godzinie. Gwałtownie. Jak po uderzeniu adrenaliny. Pierwsza myśl:

- Znosi mnie!

Kajak jednak stoi w rzadkich zaroślach. Nic się nie dzieje. Narew spokojnie płynie kilka metrów przede mną, niosąc topolowe kłaczki. Stan wody niski po wielu tygodniach suszy. Nagrzany promieniami słońca łęg pachnie aromatem olejków eterycznych i zapachem skoszonego siana. Wokół żywego ducha.

Biorę głęboki oddech.

- Jest dobrze. Tak ma być – mówię do siebie, pobudzając krtań do życia.


Wyruszam w drogę. Nadal jestem w narzuconym sobie trzygodzinnym cyklu wiosłowania, mimo nieprzewidzianej przerwy na sen. Wiosłuję więc do godziny piątej. Znalazłszy cichy kąt w brzegu, wbijam się kajakiem w zejście do wody między kępami bujnej trawy przypominającej miskanty. Wiosłem strząsam rosę z najbliższych roślin. Zapalam palnik kochera. Grzeję wodę na kawę do termosu. Ostatnią porcję właśnie wypiłem. Otwieram puszkę mielonki, kroję chleb… Po zimnej nocy jestem bardzo, bardzo głodny. Nie zostawiam niczego na później…


Wychodzę na łąkę. Wschód słońca czarujący. Murawa paruje. Jest ciepło. Ściągam kurtkę. Już niepotrzebna. Rozglądam się wokół. Łąka płaska niczym stolnica ciągnie się do olchowych, brzozowych i sosnowych zagajników. Zaciągam się zapachami rozgrzanych ziół. Łany jasnoty otwierają się na światło, ubarwiając dywan murawy na żółto. 



 

 

 

 

W oddali pasie się sarna. Obok bawi się jej dziecko, jeszcze w barwach ochronnych, z jasnymi plamami wzdłuż boków i grzbietu. Pod niebem szybuje błotniak. Kwili spod obłoków. Jest na czym oczy zaczepić. Godzinny narkoleptyczny sen przywrócił ostrość widzenia i wrażeń. Znowu we mnie endorfiny. Rozruszawszy się na ścieżce wydeptanej przez zwierzęta i przygodnych wędkarzy, wracam do kajaka, moszczę wysokie siedzisko z kapoka. Jest szósta rano. Wraca poczucie komfortu, chociaż wiatr zawiewa z północy, niosąc chłód. 


 

3.

Płynę wzdłuż sosnowego lasu Puszczy Białej. Gdzieś pod Ogonami po lewej ręce. Wsi nie widać. Zabudowania przezornie odsunięte od szerokiego prakoryta Narwi, pełnego starorzeczy, zarośniętych stawów wypełniających porzucone przez rzekę odnogi. Wszystko to na mapie szlaku kajakowego, rozłożonej na podłodze kajaka pod nogami. Opadająca woda odsłania coraz więcej drzew zagrzebanych w dnie na mieliznach i pojedyncze głazy. Omijam je z daleka. Znowu wybieram miejsca o słabszym prądzie: wąskie ramiona nurtu, mielizny wzdłuż wypukłych odsypisk, dłuższe cofki pod brzegami popychające kajak wbrew rzece. Toń coraz bardziej przejrzysta. Odkrywa bruzdy i rzeźbione pofalowania dna. Tam gdzie nurt silniejszy, pojawiają się rapy. Potrafią wyskoczyć nad wodę w pogoni z umykającym kąskiem. Są szybkie i zwrotne. Te przebłyski gwałtownego ruchu nie odciągają mnie od wiosłowania. Aparat fotograficzny stanie się obowiązkowym wyposażeniem kajaka dopiero wtedy, gdy już nie będę miał siły na takie eskapady.

 


Wpływam na płyciznę. Kil szoruje o piasek. Kajak zamiera przed brzegiem. Odpychając się wiosłem, przesuwam się bliżej trawy. Pora na przymusową przerwę. Z zarośli unosi się czapla. Kracze zachrypniętym głosem. Wypuszcza spod ogona strugę jasnych odchodów. Na szczęście z daleka ode mnie. Śmierdziałbym jak po ataku skunksa. Na wyspie po drugiej stronie, odciętej od brzegu wąską zarośniętą odnogą, pasą się krowy. Niektóre schodzą nad rzekę i zanurzają pyski w wodzie. Patrzą na mnie rozumnymi oczami. Wokół oczu i na pyskach gzy i bąki. Krowy potrząsają łbami i machają ogonami, próbując odpędzić insekty. Kiedy odpływam, odprowadzają mnie ciekawskimi spojrzeniami…

 


Płynę. Krajobraz wciąż podobny, powtarzalny. Lasy po obu stronach rzeki, łąki i rozlewiska odcięte od głównego nurtu, zatoczki, zagajniki łęgowe i olchowe, szpalery drzew pochylonych nad wodą, walczących o przetrwanie na krawędzi brzegów, bujne zarośla i niewysokie klify osypujące się pod naporem wody i przygniecione płatami darni...

 


Uświadamiam sobie, że Igor Newerly, spływając tędy przed wojną z dala od siedlisk pobudowanych na bezpiecznych wzniesieniach nad rozległą doliną, zapamiętał nie przyrodę, nie pogodę, która naprzykrzała mu się ulewami, lecz kilkudniową przygodę z dziewczyną, która uciekła z podupadającego majątku we władaniu właściciela zafiksowanego na kolekcjonowaniu przyszpilonych motyli, zabrawszy zabytkowy zegar wart fortunę w charakterze kapitału na przyszłość, by wrócić do Warszawy i do swojego… alfonsa.

 


Z całej jego narwiańskiej relacji w „Za Opiwardą, za siódmą rzeką” zapamiętałem rozległe nawiązania do rosyjskiej literatury dotyczące lirycznych związków męsko-damskich wygłaszane podczas intymnych chwil; ów pozornie niezrozumiały opór dziewczyny przed odwiedzeniem szkolnych koleżanek w Pułtusku, skąd uciekła do Warszawy, by zaznać innego życia i odmiennej perspektywy na przyszłość; a w końcu prozaiczne zakończenie – awanturę z rzekomą ciotką, która okazała się być… pełnokrwistym sutenerem, żądającym od mojego ulubionego kajakarza zapłaty za wyświadczoną przez dziewczę kilkudniową usługę…

 


Cóż. Uczuciowe porwanie po wielotygodniowej włóczędze w samotności potrafi zgasić intuicję nawet najbardziej doświadczonego wagabundy…

 

 

 

 

 

 

 

 

 


4.

Dochodzi ósma. Znajduję miejsce na godzinny postój w przewężeniu rzeki naprzeciwko klifu podziurawionego dziesiątkami norek pod kserotermiczną darnią, nad którą drży nagrzane powietrze. Wokół fruwają brzegówki. Chwytają owady nad wodą i łąkami; piją wodę, przelatując tuż nad nią i zanurzając dziobki; kwilą, rozmawiając ze sobą; zlatują do norek, znosząc pokarm; czyszczą norki z odchodów i wylatują na zewnątrz… Rejwach nieprawdopodobny. Nie sposób zasnąć. Obserwuję owo widowisko, nie mogąc wyjść z podziwu dla ich zmysłu organizacyjnego, pracowitości i bystrości, zdolności do społecznej egzystencji w koloniach… 

 

Miejsce nie sprzyja drapieżnikom. Jedno co jaskółkom naprawdę zagraża, to niesforna rzeka, która może
nieoczekiwanie wezbrać i zagrozić siedlisku. Nic takiego się nie zapowiada. Nic takiego się nie zdarzy, gdy będę wracał. 


Słońce, wychyliwszy się zza korony olchy na krawędzi klifu, zmusza mnie do zasłonięcia twarzy kapeluszem. Zamykam więc oczy i chwytam chwilę drzemki. Budzę się z niej, o sekundy wyprzedzając nastawiony budzik. Poczucie upływu czasu nie zawodzi. Uruchomiony wiosną zegar biologiczny nsdal działa.

 


Przypominam sobie facecję, której doświadczyłem przed wyprawą na przystanku autobusowym na Placu na Rozdrożu w Warszawie, czekając na przyjaciółkę.

Chodziłem wtedy w kozakach z cielęcej skóry zaimportowanych z Brazylii. Towar niezwykle pożądany we wczesnych latach siedemdziesiątych. Noszony wiosną i latem bez względu na upał. Jakiś facet spytał o godzinę.

- Nie noszę zegarka. Proszę spytać kogoś innego.

Ten zmierzył mnie wzrokiem i stwierdził z ironią:

- Na buty stać, ale na zegarek nie wystarczyło.

Odszczekałem się, mówiąc:

- Nie kupiłem, bo nie gonię za utraconym czasem.

Tak mi się wtedy strawestowało Proustem. Nie wiem czy zrozumiał.

 


Dzień znowu skwarny. Słońce przypieka skórę na odsłoniętych dłoniach. Klnę w duchu, że nie pomyślałem o rękawiczkach. Rękawy flanelowej koszuli nie dają się nasunąć do palców. Głowę przynajmniej osłaniam kapeluszem z szerokim rondem. Wiosłuję jak zwykle. Równo i rytmicznie. Zaliczam kolejne zakola, mijam kolejne wyspy. Wokół sosnowe lasy z obiecującymi brzegami i polanami biwakowymi. Nikomu jeszcze nie w głowie tabliczki „teren prywatny, wstęp wzbroniony”. Ta moda na prywatność i podkreślenie własnego statusu majątkowego nastanie dopiero w XXI wieku.

 


Gdzieś między Modzelami po lewej ręce a Lipiankami po drugiej stronie, pokonawszy obszerne zakola Narwi w leśnym kompleksie, wpycham się na ospały nurt, osadzam kajak na mieliźnie i próbuję zasnąć pod kapeluszem dla ochrony przed słońcem na bezchmurnym niebie, nie zważając na bzyczące insekty, przelatujące ptactwo, odgłosy ostrzonych kos, rżenie koni pasących się z dala od rzeki… Dwadzieścia minut mija jak z bicza strzelił…

 


W lesie pod Kamianką po prawej ręce jest nekropolia żołnierzy niemieckich i rosyjskich poległych w lipcu 1915 roku podczas próby forsowania Narwi. Niemcy, chociaż opanowali nietknięty most w Ostrołęce, tutaj szli brodami i po kładkach pod ostrzałem karabinów maszynowych i artylerii doborowych carskich jednostek syberyjskich. Ciekawy opis bitwy zawarto pod linkiem: https://www.moja-ostroleka.pl/art/1576321120/forsowanie-narwi-przez-armie-niemiecka-w-kamiance-w-lipcu-1915-r-zdjecia.

 

Zatrzymuję się na wysokości kaplicy świętej Anny, której bryłę zasłaniają sosnowe pnie, wpłynąwszy na urokliwą zatoczkę pod leśnym biwakiem. Dzisiaj pustym. Na obiad wołowina w sosie własnym z puszki, chleb, zupa instant z makaronem z Hortexu zagrzana na kocherze. Wyżerka palce lizać. Wymiatam wszystko do czysta. Potem wychodzę na brzeg, spaceruję ścieżką, trochę ćwiczę, na koniec przesiaduję nad wodą, popijając mazowszankę z butelki i gapiąc się na spokojną Narew. Rozmawiam sam ze sobą…

W kaplicy w sosnowym lesie co roku odbywają się rzekuńskie odpusty. Narew na tym odcinku jest atrakcją wędkarską. O tym wszystkim dowiaduję się po latach, wertując Internet. Wtedy zachwycałem się samym krajobrazem zdominowanym przez czerwcową zieleń.

 


5.

Jestem na wysokości Żerania Małego i Dużego. Odczuwam zmianę charakteru krajobrazu. Puszcza Zielona zieleńsza. Puszcza Biała bujniejsza. Gdzieś tutaj odkryto łyżwy wyrzeźbione z końskich piszczeli albo kości udowych (odkrywcy nie sprecyzowali) służące tysiąc lat wcześniej do poruszania po zamarzniętej rzece.

 


Narew od Żerania do Korczaków i Dzbenina malownicza. Przemierza lasy. Sosny rosną nad wodą. Miejscami ustępują przed korytami starorzeczy, na które da się wpłynąć. Minąwszy długą wyspę, ciągnę na północ pod Nożewem, potem na północny wschód pod Dzbeninem. Jest we mnie moc. Kajak tnie powierzchnię rzeki, wzniecając spienione skiby wody. Nie odczuwam braku snu. Odczuwam za to bliskość Mazur po lewej ręce, chociaż dzieli mnie od nich Puszcza Kurpiowska. Wypatruję głazu Batorego za kolejnym zakrętem rzeki. W przewodniku „Kajakiem po Polsce” Kuran i Czajkowski opisują jego położenie. Mimo starań nie potrafię go namierzyć. Niestety jest za łęgiem w starorzeczu.

 




W oddali widzę już most kolejowy z charakterystycznymi przęsłami z nitowanej konstrukcji, których łuki skierowano do góry. Płynę wzdłuż brzegów umocnionych granitowymi kamieniami. Nurt uregulowany ostrogami. Celuję kajakiem pod środkowe przęsło. Akurat przejeżdża skład towarowy ciągnięty przez dymiący parowóz. Pióropusz pary i spalin spowija przęsła. Gwizd parowej syreny roznosi się egzotycznie wokół. W oknie kabiny maszynista lub jego pomocnik macha ręką. Odpowiadam. Chociaż odległość między nami ów gest poprawia mi humor. Znowu gadam do siebie, ćwicząc z rozbawieniem struny głosowe.

 


Kolejna przerwa wypada w ujściu Omulwi, naprzeciwko szczątków grodziska z rodowodem sięgającym początku piastowskiej państwowości. Zatrzymuję się na piaszczystym cyplu w kącie między napierającą mętną Narwią a wpływającą czystą Omulwią w cieniu starej wierzby. Pora na popołudniową drzemkę. Przede mną jeszcze Ostrołęka. Myślę o niej z niechęcią. Nie ciągnie mnie do miejskich zabudowań. Wielkie gierkowskie inwestycje w Ostrołęce dopiero się zaczynają, więc nie powinienem był narzekać. Most Madalińskiego powstanie dopiero za dwadzieścia kilka lat, gdy zdążę zapomnieć o swoich kajakowych fascynacjach. Niemniej miasto to miasto. Nie sprzyja samotności Warega szukającego swojego królestwa wrażeń.

Hamletyzuję:

- Płynąć dalej, jak zamierzałem, czy spróbować Omulwią?

Rzeka w ujściu mami. Jest urodziwa. Łagodny obiecujący nurt. Ryby snują się pod brzegiem, gdzie siedzę. Łabędzie pływają na zakolu w cieniu wierzb zwieszających gąszcz witek…

Jednak nie. Nie popłynę Omulwią. Narew ma większą siłę przyciągania… 


Omulew zobaczę z kajaka za kilkadziesiąt lat, a i to nie całą. Tylko kilkanaście kilometrów na wysokości Baranowa. Przepiękną. I tylko kilkanaście mazurskich kilometrów za Jeziorem Omulewskim. Puszczańską.

 


6.

Ostrołęka doświadczyła w XIX wieku dwóch wielkich bitew: w 1807 podczas kampanii Napoleona przeciwko koalicji Prus i Rosji oraz w 1831 roku podczas powstania listopadowego.

 



Przepłynąłem wzdłuż Ostrołęki bez większych doznań. Miasto sprawiało wrażenie, jakby stroniło od Narwi. W rzece dał się odczuć brak oczyszczalni ścieków. Ostrołęka miała dopiero stać się miastem wojewódzkim. Z zaskoczeniem odnotowuję, że po pięćdziesięciu minutach jestem już za mostem drogowym, starówką, ostatnią wielkomiejską zabudową. Elektrownia Ostrołęka, owa katastrofa inwestycyjna, dopiero śpiewem przyszłości. Wiosłuję przez przylegające do Teodorowa i Laskowca dzikie ostępy Narwi, mijam ślepe odnogi, starorzecza, zaliczam obszerne zakręty.

 


Odpoczywam naprzeciwko Teodorowa w obiecującym ujściu Rozogi, osiemdziesięciokilometrowej rzeki, której źródłami struga Jerutki odwadniająca  jezioro Marksoby pod Świętajnem (nieopodal Babięt na szlaku Krutyni) i strumień z bagnistych łąk pod Olszynami koło Szczytna, wsi znanej między innymi z popularnego targowiska regionalnych staroci.

 



Obie strugi łączą się w Rozogę powyżej Myszyńca, malowniczego kurpiowskiego miasteczka, słynnego między innymi z przemytu broni dla powstańców styczniowych. Potem płynie nieopodal Kadzidła, miejscowości znanej między innymi z kurpiowskich palm wielkanocnych prezentowanych w tamtejszym skansenie.

Rzeka dostępna kajakarzom chociażby z powodu częstych spiętrzeń za pomocą śródpolnych jazów i sztucznych zalewów. Istotna część jej koryta jest ujęta w wielokilometrowy nudny kanał bez zakrętów, ciągnący się od Myszyńca przez Kadzidło, Tatary, aż do Nasiadek. Dopiero tutaj Rozoga znowu w naturalny sposób meandruje do Narwi.

 


7.

Za Laskowcem oddalam się od szosy z Ostrołęki do Łomży, płynąc na północ. Narew znowu wiedzie zakolami z dala od lasów przez rozległą dolinę pełną starorzeczy, zamkniętych odnóg. Z powodu niskiego stanu rzeki nie mogę wpłynąć na obiecujący szlak, którym można przez malownicze meandry podpłynąć pod Starościński Łęg. Szum samochodów cichnie. Znowu snuję się po mazowieckiej pustce z dala od zabudowań. Wokół tylko zagajniki łęgowe, pełne olszyn, topoli, jesionów nad wodą, klonów jesionolistnych... Gdzie nie spojrzeć, niskie brzegi, za którymi płaskie łąki pocięte rowami pozbawionymi wody. Tam gdzie wyżej, woda ściąga piasek spod murawy. Darń rwie się na płaty i osuwa ku rzece. Tam, gdzie grunt spoisty, oglądam gwarne kolonie brzegówek. Latają wokół i nad głową, polując na komary i bąki. Nie muszę się wtedy od nich opędzać. Słońce świeci to z lewej, to zza pleców. Kontrasty w krajobrazie nieznośne. Coraz więcej piaszczystych odsypisk, na których utrzymują się wyłącznie wikliny, kolczaste bielunie, kserotermiczne zarośla odporne na suszę.

 


Nie mam nic innego do roboty. Wiosłuję. Kajak sunie wartko nad płyciznami. Rzeka ożywa w przewężeniach, zasypia w rozszerzeniach koryta, sprzyjając wysiłkowi. Przeciskam się wąskim kanałem między obszerną wyspą a rozległą łąką ciągnącą się ku dalekiej olszynie i ścianie lasu na wzniesieniu. Od łąki zawiewa zapachem schnącego siana.

 


Wpycham kajak rufą w przesmyk prowadzący na starorzecze. Chowam się między podniesionymi brzegami zarośniętymi bujną trawą. Patrzę przez Narew na pustynne pustkowie między olchami i wierzbami rosnącymi szpalerem wzdłuż nurtu. Nie chcę spać. Leżę tylko z głową podpartą kapokiem. Krajobraz nieruchomy. Przez dwadzieścia minut nic się nie dzieje w złotej godzinie na łagodnej wypukłości przeciwległego brzegu.

 


Po następnych pięćdziesięciu minutach podpływania pod nurt Narwi ląduję w kameralnej zatoczce wypłukanej nieopodal zejścia do brodu. Ustawiam kajak rufą do słońca z widokiem na pastwisko za rzeką. Tutaj jem kolację: zielony groszek z puszki, zupę instant z makaronem zagrzaną na kocherze, pajdę chleba. Popijam Inką z termosu. Kiedy kończę, napełniam termos świeżo zaparzoną prawdziwą kawą z cukrem. To na noc. Potem siedzę na kapoku, obejmując nogi rękoma i rozciągając plecy. Po kwadransie słyszę ruch za sobą. Stado krów zbliża się do zejścia, patrząc z zaciekawieniem w moim kierunku. Porykują nieśmiało. Wznoszą tuman kurzu. Schodzą po miękkim piasku i piją wodę z rzeki. Słyszę ich posapywanie. Niektóre wchodzą do rzeki po kolana. Jedna posuwa się dalej. Porywa ją leniwy nurt. Płynie na drugą stronę. Radzi sobie. Łeb zadarty, nozdrza rozchylone. Widzę ją z boku, potem z tyłu. Wspina się na wydeptaną racicami ścieżkę. Obraca się do stada. Ryczy zachęcająco. Kolejne krowy decydują się pójść w jej ślady. Na rzece ruch coraz gęstszy. Zwierzęta płyną łeb w łeb. Cielęta między nimi. Dzielnie sobie poczynają. Wszystkie bezpiecznie docierają do mielizny, wkraczają na brzeg i wchodzą w bujną trawę. Dzieje się. Zastanawiam się, gdzie pastuch. Wokół żywego ducha. Krowy znikają między drzewami w głębi rozległego pastwiska. Same sobie sterem i żeglarzem.

 

9.

Kiedy wracam na główną odnogę, odkrywam w świetle wschodzącego księżyca ujście Szkwy. Rzeki wartej wysiłku zdaniem Kurana i Czajkowskiego, mimo uregulowania. Jednym z jej  źródeł strumień opuszczający jezioro Nożyce w okolicy, w której zaczyna się Kadyk, dopływ Babantu pod Babiętami. W latach pięćdziesiątych roiła się decydentom koncepcja przekierowania wód Babantu do Szkwy w celu zasilenia kurpiowskich łąk i pastwisk deficytową wodą. Na szczęście zabrakło środków w centralnym budżecie. Przez wojnę w Korei, podczas której Stalin pod koniec swojego zbrodniczego żywota, rojąc o ostatecznym uderzeniu na demokratyczną Europę, kazał „demokracjom ludowym” zbroić się po zęby kosztem inwestycji cywilnych. Szkwę niestety zdążono „wyprostować” od Rozóg do Czarnej i osuszyć zasilane przez nią bagna.

 

Jest wieczór. Słońce już zaszło. Wiatr chłodzi. Rzeka pluska. Za wyschniętym ujściem starorzecza przebłyskującego między liśćmi bielunia i łopianów przerośniętych rzadką trawą, w poświacie księżyca już lekko odchudzonego po pełni, skręcam w prawo i odkrywam wyspę z samotną wierzbą na grzbiecie. Wciskam się w węższą odnogę, skrót zakola. Ktoś jedzie rowerem drogą ukrytą za zaroślami. Nie widzi mnie. Czuję narastającą samotność. Nigdzie żywego ducha. Tutaj zatrzymuję się na zaplanowane dwadzieścia minut, odganiając namolną senność kawą z termosu. Pod koniec trzeciego dnia walczę jednak ze zmęczeniem. Już nie jestem tak odporny na nocny chłód niesiony za dnia łagodnymi powiewami z północy. Zasypiam. Trzygodzinny cykl załamuje się. Budzę się przemarznięty. Wojskowa kurtka z podpinką nie wystarcza. Ziewając sięgam po wiosło. Rzeka pluska. Krajobraz w srebrze. Drobne zawirowania nurtu w srebrze. Jest widowiskowo. Rozgrzewam się. Drżenie ciała ustępuje. Oddycham głęboko zimnym powietrzem. Pokonuję zakrętasy Narwi pod Rybakami.

 


Minąwszy ujście rzeczki Ruż i opłynąwszy obszerne odsypisko, z wnętrza którego przez rzadki ols przebłyskują niewielkie… wydmy, porośnięte jałowcami i sosnami o poskręcanych pniach i konarach, zatrzymuję się w wąskim kanale oddzielającym wiklinową kępę od kserotermicznej łąki, w wypłukanym przez wezbraną Narew kącie brzegu nieopodal gruntowej drogi. Wychodzę z kajaka. Spaceruję pustą drogą, gapiąc się na majaczące zabudowania oddalonej wsi. Rozciągam się. Truchtam. Ćwiczę skłony. Wracam do kajaka. Wbijam się w śpiwór. Znowu zasypiam.

 




środa, 29 maja 2024

Z Ryni do Pisza - dzień pierwszy z Ryni do Pułtuska

 

Dzień pierwszy z Ryni do Pułtuska

 

1.

Po samotnym przemierzeniu Krutyni nabrałem chęci na większą wycieczkę – kajakiem z Jeziora Zegrzyńskiego do Wielkich Jezior Mazurskich. Dojrzewałem do tej wyprawy długo, zastanawiając się nad swoimi fizycznymi możliwościami. Krutynia – sprawa oczywista. Płynie się na przemian rzeką i jeziorami. Można odetchnąć na rzece po wysiłku wiosłowania po jeziorze. Narew i Pisa obiecywały natomiast inny rodzaj wrażeń – naznaczony znojem monotonnego wiosłowania pod prąd do Pisza. Ćwiczyłem więc kajakowanie po Jeziorze Zegrzyńskim do zapory w Dębem i do Pułtuska, w górę Bugu pod Wyszków a także po Kanale Żerańskim do Białołęki. Na kanale podpatrywałem technikę wyczynowców z warszawskiego KS Spójnia w kajakach regatowych. Wypływałem zawsze z ośrodka budowlanych w Ryni. Sezon rozpoczynałem wraz z rozmarznięciem jeziora.

 

Przed rozpoczęciem wyprawy analizowałem, jak rozłożyć siły. Po Krutyni pływałem w godzinowych sekwencjach obejmujących 50 minut wiosłowania i 10 minut polegiwania w kajaku dla odzyskania sił. Zwykłem robić przerwę w południe na obiad. Biwakowałem od zmierzchu do świtu.

 


Na Narwi wypróbowałem inną sekwencję. Wtedy nie przypuszczałem, że naśladuję w jakimś sensie samego Mitchella Feigenbauma, jednego z najwybitniejszych badaczy teorii chaosu, który w Los Alamos chciał żyć dobą trwającą 26 godzin. Zrezygnował, kiedy nie mógł dłużej znieść wstawania o zachodzie słońca. Biologiczny zegar, ukształtowany przez miliony lat ewolucji i zapisany w genach, nie pozwolił na kontynuowanie eksperymentu.

Mój pomysł uwzględniał doświadczenia z samotnych wędrówek po Krutyni. Opierał się w pewnym sensie na naturalnym rytmie snu i dziennej aktywności.. Podzieliłem więc dobę na trzygodzinne odcinki. Postanowiłem płynąć w sekwencji: 50 minut wiosłowania, 20 minut przerwy, 50 minut wiosłowania, godzina na posiłki lub sen. Zaplanowałem każdy dzień zamierzonej wyprawy. Założyłem, że w każdym cyklu przepłynę 2*2,5 kilometra pod prąd; razem 40 kilometrów dziennie.

 


Wiosną  ćwiczyłem ową sekwencję, pływając po Jeziorze Zegrzyńskim i po Bugu. Po kilku weekendach nabrałem wprawy i praktycznie mogłem obejść się bez zegarka. Nie oznacza to, że go nie wziąłem. Po zaliczeniu sesji egzaminacyjnej w terminach zerowych byłem już gotów na wyzwanie.

 


2.

Wystartowałem przed południem. Kajakiem o irytująco białych burtach. Nie było innych. Te burty były widoczne nawet ciemną nocą. Odbiłem od plaży ośrodka budowlanego w Ryni przed południem. Ciut za wcześnie, bo nocny sen powinien wypadać o ósmej wieczorem, przed północą i przed świtem. Przepłynąłem więc do ujścia Rządzy, rzeki przemierzającej okolice Kałuszyna i Marek, i zatrzymałem się na wyspie odwiedzanej przez wydry, wpychając kajak na piaszczystą plażę w cień wierzb i wikliny.

 


Nie czekałem bezczynnie do południa. Gotowałem w kocherze wodę na kawę do termosu. Wokół pływały żaglówki, motorówki. Kajaki nie cieszyły się specjalnym wzięciem. Ktoś próbował płynąć Rządzą pod prąd. Zniknął za odległym zakrętem w łanach zarośli. Jeszcze raz przejrzałem poutykane bagaże i zapasy jedzenia: konserwy z duszoną wołowiną, parówkami, mielonką, z zielonym groszkiem, kukurydzą; zupy instant (wtedy nie sprzedawano jeszcze trującej chińszczyzny); wodę w dziesięciolitrowym kanistrze, mazowszankę w szklanych butelkach pochowanych pod podłogą; chleb długo zachowujący świeżość; mleko w proszku, rozpuszczalne kakao, inkę, kawę, cukier… Dużo tego, jeśli zważyć, że nie zamierzałem niczego kupować po drodze.

 


Dzień bezchmurny, cień pod wierzbami dziurawy, wiatr umiarkowany. Piasek suchy jak pieprz… Nie czułem się komfortowo trapiony wątpliwościami, czy dobrze czynię… Zepchnąłem jednak kajak na wodę. Spłoszyłem kilka raków, które pośpiesznie uciekły między wodorosty, jedne idąc na patykowatych odnóżach, inne w panice płynąc tyłem. Usiadłem na kapoku przesuniętym ku środkowi. Chwyciłem wiosło i się… zaczęło.

 


3.

Słońce za plecami grzeje przez flanelową koszulę. Stawiam kołnierz, by osłonić szyję. Przez kilka tygodni opalałem się na wodzie podczas weekendowych treningów, powinienem więc być odporny, ale teraz będę narażony na słońce od świtu do zachodu. Wiatr sprzyja. Delikatnie popycha i chłodzi. Drobna fala gra na dziobie. Wiosłuję równo bez wytężania się. Oddycham spokojnie. Kajak trzyma kierunek. Wdrażam się do kilkudniowego wysiłku. Po lewej ręce wysoka skarpa Jadwisina z pałacem Radziwiłłów skrytym w parku. Poniżej pełna żaglówek i łodzi motorowych marina rządowego (wówczas) ośrodka. Po prawej wiejskie zabudowania wystające nad wał obudowany betonowymi płytami. Woda mętna. Dno widać tylko na płyciznach. Światło, załamując się na falach, podświetla toń pod kajakiem i rozprasza się w zawiesinie glonów. Jezioro zarybiono amurem i tołpygą. Sumy polują w nocy, za dnia siedzą w kryjówkach. Sandacze wolą głębsze miejsca a leszcze mają tyle szuwarów wokół, że nie muszą żerować na środku akwenu.

 


Mijam ujście Bugu. Szerokie, rozlewne. Próbowałem wcześniej wyprawy kajakowej w górę rzeki, namówiwszy kolegów z podwórka. Wystartowaliśmy w pochmurny dzień. Wycieczka zapowiadała się atrakcyjnie. Mijaliśmy wyspy i mielizny. Płynęliśmy wąskimi odnogami, w których nurt był słabszy. Zatrzymaliśmy się na wyspie między Kaniami (Nową i Polską) zniechęceni mżawką. W pośpiechu rozstawiliśmy namioty, żeby przeczekać noc. Mżawka zamieniła się w deszcz, który nie ustawał. Wracaliśmy jak niepyszni. Kajaki bez fartuchów zapewniały tylko ten gorszy rodzaj przeżyć. Deszcz padał kilka dni. Nie było więc czego żałować.

 


Rok później podjąłem jeszcze jedną próbę. Dopłynąłem w okolice Słopska pod Wyszkowem. Wyciągnąłem kajak na wyrzeźbioną jakimś powodziowym wezbraniem polanę pełną wypiętrzonego gruntu, dołów z wodą, skąd nadawały żaby, zarośniętą potężnymi topolami i rozpadającymi się wierzbami. Topole sypały kłaczkami wełny z przekwitających kwiatostanów, pachniały olejkami ulatniającymi się z młodego listowia. Rozstawiłem namiot. Wokół żywego ducha. Prawdopodobnie wylądowałem na jednej z wielu wysp. Najbliższy dom stał kilkaset metrów od rzeki. Ledwo widoczny między drzewami rzadkiego łęgu. Rano obudziła mnie mżawka i krople skondensowanej wilgoci skapującej z gałęzi na namiot. Oceniwszy sytuację zawróciłem.

Zdążyłem na powtórkę debiutu polskiej reprezentacji na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej rozgrywanych w RFN w 1974 roku. Drużyna Kazimierza Górskiego, zdobywszy złoty medal na Olimpiadzie w Monachium w 1972 roku, robiła wtedy furorę. Nigdy nie byłem kibicem piłkarskim, ale Mistrzostwa Świata w RFN oglądałem z wypiekami na twarzy. To był jedyny raz, kiedy kibicowałem polskiej reprezentacji z autentycznym zaangażowaniem emocjonalnym. Przez lata pamiętałem każde zagranie naszych gwiazd i tę niesamowitą, pełną polotu grę.

 


Dwa razy podchodziłem do wyprawy Bugiem i dwa razy odbiłem się z powodu pogody. Z perspektywy czasu jest czego żałować. Wiele lat później natrafiłem na artykuł (bodaj w Rzeczypospolitej) ze spływu Bugiem wzdłuż granicy z Ukrainą, w którym autorzy porównywali hydrograficzną i hydrogeologiczną budowę koryta rzeki z ukształtowaniem biegu Orinoko w Wenezueli…

 


4.

Mijam Serock, miasto z bez mała tysiącletnią historią. Pierwsza wzmianka z 1065 roku zawiera zapis o dziewiątej części dochodu osiąganego przez gród i o połowie cła z komory celnej na Bugu płaconych  opactwu benedyktynów. Serock leżał wtedy na szlaku z Rusi do ówczesnego Gdańska i osady handlowej Truso nad Zalewem Wiślanym (trop łączący Słowian mazowieckich z mieszkańcami Truso: Celtami, Pomezanami i Pogezanami, którzy handlowali z ludami nad Bałtykiem i Morzem Północnym). Gród i podgrodzie Serocka umiejscowiono wtedy naprzeciwko ujścia Bugu.

 


Robię pierwszą przerwę pod serockim mostem, przepłynąwszy wzdłuż miejskich zabudowań na wyniosłej skarpie. Napoleon zamierzał tutaj wybudować twierdzę, ale realizację inwestycji przerwano, gdy wyżej oceniono walory obronne Modlina nad ujściem Narwi (Bugo-Narwi) do Wisły. Na wysokości stanicy wędkarskiej przytulonej do nasypu drogi biegnącej przez most wciskam kajak w kępę zarośli na mieliźnie. Wczesną wiosną rodzice przyjeżdżali do stanicy na ryby. Tutaj złapałem pierwszego szczupaka na spinning. Ledwo przekroczył wymiar ochronny, ale dla szóstoklasisty liczył się ten pierwszy raz. Z wiekiem straciłem jednak zainteresowanie wędkowaniem. 


Nie wyszedłem na brzeg. Przeleżałem w kajaku kilkanaście minut, osłaniając głowę kapeluszem z grubego filcu dla hutników pracujących przy elektro-piecach do wytopu stali w Hucie Warszawa. Ruch na wodzie gęsty niczym na Marszałkowskiej w Warszawie. Łodzie i pontony wędkarzy, motorówki, żaglówki, barki z piaskiem popychane przez dudniące dieslami Bizony... Kajak był wyjątkiem w tym zbiorowisku pływających jednostek.

 


Po przerwie znowu ruszam. Jestem podekscytowany. Pogoda marzenie, łagodny wiatr, spokojna woda. Za mostem pierwsza prawdziwa zmiana w krajobrazie. Ślad antropogeniczny słabnie. W rozlewisku pojawiają się podłużne wyspy i trzcinowiska zasłaniające betonowe obrzeża wałów. Dacze letniskowe to moda, która dopiero się rozwija na początku dekady Gierka. Jeszcze ich niewiele między drzewami łęgu czy na obrzeżach jeziora. Im dalej od Serocka tym ich mniej. W końcu czuję samotność. Otacza mnie gwar mew, łysek, kur wodnych, perkozów ukrytych w szuwarach. Z zagajników na wyspach i za wałami zalewu dobiega nieustający harmider kosów, trznadli, sierpówek, grzywaczy, dzięciołów, kukułek... W mierzwie na mieliznach hałasują świerszczaki, trzcinniki, pokrzewkowate... Na łąkach wokół jeziora kwilą czajki, grasejują to swoje trex, trex, trex derkacze, wówczas rzadkość w środowisku… Szosa do Pułtuska biegnie daleko od brzegu. Olchy, wierzby, topole na skarpie prawego brzegu Narwi skutecznie tłumią hałas samochodów. Jest tak jak powinno być…



 


Mijam podniesiony skarpą kościół w Dzierżeninie, wybudowany na początku XX wieku w stylu neogotyckim i odbudowany po zniszczeniach w 1944 podczas walk czerwonoarmistów z Niemcami na przyczółku serocko-pułtuskim. Jego historia ciągnie się od XIII wieku. Jego architektura nie nawiązuje jednak do architektury średniowiecznych kościołów drewnianych, stojących w tym miejscu, czy kościoła wzniesionego też w tym miejscu z inicjatywy biskupa płockiego Ludwika Załuskiego, młodszego brata biskupa warmińskiego Andrzeja Chryzostoma Załuskiego. Zwykłem oglądać ów kościół z samochodu na tle odnogi Narwi i rozległej wyspy za nią. Z kajaka wygląda inaczej. Za każdym razem, jadąc przez Pułtusk, Różan i Ostrołękę do Borowskiego Lasu nieopodal Sorkwit, czułem zew przygody na widok kościoła w Dzierżeninie i Jeziora Zegrzyńskiego poniżej. Obraz motywował do wyprawy, którą właśnie rozpocząłem.

 


5.

Pierwsza dłuższa przerwa wypada między Dzierżeninem a Holendrami. W miejscu, gdzie rozporządzeniem wydanym przez Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego w grudniu 1981 roku zostanie powołany do życia rezerwat w celu zachowania miejsc lęgowych licznych gatunków ptaków związanych ze środowiskiem wodno-bagiennym i leśnym oraz miejsc odpoczynku i żerowisk ptaków przelotnych na terenie porzuconych stawów rozwiązanego gospodarstwa rybackiego. Odwiedzę to miejsce dopiero po bez mała pięćdziesięciu latach. Nadal zachwyca.




 

 


Wpycham kajak na piasek, który przykrył płyty betonowe powyżej wody. Wychodzę na wał i rozglądam się wokół. Za kanałem odprowadzającym nadmiar wody gruntowej bogaty łęg z olchami, topolami, osikami, wierzbami, brzozami, z podszytem z czeremch, dzikiej porzeczki i czarnego bzu… Spomiędzy zarośli przebłyskuje woda zarośnięta trzcinami, tatarakiem, starcami, kosaćcami, kępami turzycy… Słowem mokradło. Wróciwszy kładę się w kajaku i próbuję usnąć, jednak toczące się wokół życie nie daje spokoju. Z mierzwy trzcin i pałki wąskolistnej wypływają łyski i perkozy z pisklętami. Nad głową przelatują siwe czaple i błotniaki. Nie pomaga nakrycie twarzy kapeluszem. Drzemka nie przychodzi, chociaż słońce przyjemnie grzeje. Jestem za bardzo podekscytowany. Za wyspą, pod osłoną której odpoczywam, chociaż nie czuję zmęczenia, przepływa motorówka napędzana silnikiem Johnsona. Fala wdziera się nawet do miejsca, gdzie stoję, płosząc kręcące się w zasięgu ręki ptaki i psując nastrój. Przykre doznanie. Na szczęście chwilowe.

 


Płynę archipelagiem wysp zarośniętych olsami. Mijam obiecujące obozowiska pod topolami i wierzbami okupującym brzeg po lewej ręce. Trzymam się środka jeziora, czasem jednak wybieram boczne odnogi, które i tak zbiegają się za trzcinowiskami z czytelnie oznakowanym torem wodnym. Nurt Narwi wciąż niewyczuwalny. Płynie się… aksamitnie. Jakbym nie wkładał wysiłku. Dziób kroi wodę, odwala spienione skiby, wznieca fale rozchodzące się po rozedrganej tafli. Delikatne powiewy roznoszą zapach olejków eterycznych uwalnianych przez topole, aromat odradzającego się tataraku… Kłaczki wełny z topól mkną w poprzek zalewu z motylami i ważkami… Wsie odepchnięte od jeziora przez rozległe moczary i malownicze łęgi… Dziwię się, że nie poprowadzono wałów bliżej zabudowań, żeby nie ograniczać naturalnych terenów zalewowych leżących znacznie poniżej poziomu Jeziora Zegrzyńskiego… Nad głową kołują czaple siwe, żurawie, błotniaki, kruki, siwe wrony, mewy śmieszki… Istne safari…

 


Godzina mija za godziną. Wyspa za wyspą. Zatoczka za zatoczką. Zakole za zakolem. Siedlisko za siedliskiem… Wiosłuję równo. Bez zmęczenia. Nawet się nie pocę. Nastrój optymalny... Brzegi po wschodniej stronie subtelnie wyższe, wał ograniczający zalew jakby niższy. Słońce chyli się nad skarpą. Na wodzie coraz dłuższe cienie drzew. Trzymam się oświetlonej strony. Światło już nie razi. Woda przed kajakiem zaburzona - to ławica leszczy wystawiających grzbiety podczas wieczornego spaceru…

 


Wpływam w zatoczkę gdzieś pod Łubienicą. Wrzyna się pod skarpę. Jest przedłużeniem bocznej odnogi odcinającej od brzegu podczas wezbrań sezonową wyspę z łęgiem nad zakolem Narwi. Kajak zamiera na mieliźnie. Stępka grzęźnie w mule. Ze skarpy dobiega szum samochodów.  Słyszę rozmowy. Ludzie jednak daleko. Czas na kolację. Otwieram konserwę z duszoną wołowiną w sosie własnym.  Zjadam całą zawartość puszki z chlebem. Popijam inką z termosu. Ustawiam kocher na niewielkim stelażu, żeby dno palnika nie dotykało podłogi z listew. Gotuję wodę na nową porcję kawy do termosu. To na noc. Po wszystkim kładę się w kajaku i rozmyślam o przepłynięciu przez Pułtusk.

 


6.

Robi się chłodniej. Skarpa i bujne drzewa na jej grzbiecie kładą cienie na całej szerokości zalewu. Na słońce wracam, płynąc wokół sezonowej wyspy obszernym łukiem najpierw na wschód potem na północ. Koryto rzeki subtelnie się zwęża. Wpływ spiętrzenia Jeziora Zegrzyńskiego tamą w Dębe słabnie. Zaczynam odczuwać napór nurtu w torze wodnym. Ustępuję przed barką wypełnioną kruszywem, popychaną przez Bizona. Sternik na mostku pozdrawia gestem ręki. Odpowiadam. Fala buja kajakiem. Jest miło.

 


Znowu płynę w cieniu. Kurtka wojskowa z podpinką już na podorędziu. Słońce zachodzi. Czerwcowe niebo powoli gaśnie. Mijam ślepe korytarze starorzeczy z przycumowanymi łódkami; XVII wieczny kościółek w Kacicach nad wodą…

 

 

 

Wkomponowana w skarpę willa z dachem przykrytym żywą darnią, z wygiętą w łuk ścianą ze szkła, zwróconą ku dolinie Narwi, kosmiczne dzieło architektoniczne, to pieśń odległej przyszłości. Zachwyci za czterdzieści lat z okładem.

 


W zapadającym zmroku trzymam się brzegu umocnionego granitowymi kamieniami o ostrych krawędziach, które mogą skaleczyć kadłub. Zakładam kurtkę. W Pułtusku zapalają się latarnie. Okna domów też ożywają blaskiem żyrandoli i lamp. Przede mną most przenoszący szosę z Pułtuska do Wyszkowa. Obstawiony przez wędkarzy. Szukam miejsca na postój. Znajduję fragment wklęsłego brzegu pod gęstą wikliną. Podpływam burtą do trawy. Chwytam gałąź, by leniwy prąd wody nie zniósł. Zakładam kurtkę. Wędkarze mimo ciemności nie opuszczają mostu. Dyskutują. Przekrzykują się. Niektórzy wyrzucają puste butelki do wody… Ich zachowanie odstręcza. Nie chcę ryzykować pływania między spławikami i żyłkami gruntowych wędek. W wyobraźni słyszę ich przekleństwa, widzę spadające flaszki… 

 

Gdyby odnoga Narwi opasająca starówkę Pułtuska z zamkiem biskupim i najdłuższym w Europie brukowanym rynkiem przed ratuszem i starym kościołem zaczynała się przed mostem, wpłynąłbym na nią, zaliczając przy okazji wieczorny spacer wodną promenadą. Niestety jej ujście za mostem. Przymykam więc oczy. Czuwam w trybie stand by. Sen nie nadchodzi…