Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pisz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pisz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2024

Świstaka dzień piąty i szósty na Pisie, powrót do Ryni

 



 

1.

O północy ruszam z miejsca. Na początku w śpiworze zgarniętym do pasa. Zimno dotkliwe. Księżyc wreszcie pokazuje szlak. W jego świetle trawa na brzegach błyszczy delikatnym szronem. Nad wodą woal mgły. Nie jest gęsta. Widzę każdy zakręt. Gorzej z oceną powierzchni nurtu. W półmroku nie widać delikatnych zawirowań i warkoczy zdradzających przeszkody. Płynę więc środkiem rzeki między ciemnymi konturami brzegów, sylwetek drzew nad nimi i podmywanych skarp. Cisza dźwięczy w uszach. Słyszę tylko plusk wody i sporadyczne obce dźwięki z otoczenia. Czasem uchylam się przed nietoperzami. Ich obecności nic nie zwiastuje. Migają tylko przed oczami ciemnym sylwetkami i znikają bezgłośnie w mroku.

Ciasnota zakrętów Pisy bywa zaskakująca. Kiedy wypływam zza osłony odsypiska, nurt uderza w bok, spycha kajak pod drugi brzeg. Wtedy pozostaje tylko kontra i próba obrócenia ciężkiej krypy w miejscu. Wzniecam przy tym hałas, który razi w ciszy. Nie zatrzymuję się na krótką przerwę. Zimno dokucza. Twarz drętwieje pod dotykiem mroźnego powietrza. Nie jest fajnie. Byle wytrzymać do świtu.

W brzasku dostrzegam ostre meandry. Kiedy płynę jednym odcinkiem Pisy, przez obniżenie terenu dostrzegam kolejny do pokonania. Będę tam za chwilę, zaliczywszy następny zakręt. Widok deprymuje. Sprawia, że tracę cierpliwość. Przy wyższym stanie rzeki mógłbym popłynąć w poprzek nasady rzecznego półwyspu. Przy niższym mogę się co najwyżej zachwycać nieobliczalną pisaniną Pisy.

 


O drugiej w nocy przysypiam w zarośniętym przejściu na błyszczące w świetle księżyca starorzecze. Czuję się obolały. Sen nie przychodzi. Za zimno. Nie pomaga gorąca kawa z termosu.  Nie pomaga śpiwór. Chwytam znów za wiosło. Brzask rozjaśnia krajobraz płaskich łąk i tulących rzekę mokradeł zarośniętych mierzwą trzcin i mozgi trzcinowatej.

Przepływam pod mostem drogowym w Ptakach. Niewiele co widzę. Zamykam oczy na długie sekundy, nie wstrzymując wiosłowania. Otwieram, by sprawdzić, czy nie znosi mnie z kursu. Na szczęście Pisa nie jest tak mocna jak przy wysokim stanie wody.

 


2.

Przystanek wypada przy ujściu Rybnicy. Omal jej nie przeoczyłem. Zarośnięty prześwit nad strumieniem i płytki nurt przegrodzony kłodami martwych olch odstręcza od wpłynięcia. Robię śniadanie w kajaku. Nie wychodzę na zarośnięty brzeg. Dzień świstaka zaczyna się od nowa.

 




Rybnica jest najbardziej tajemniczą rzeczką dopływającą do Pisy. Jej źródłem Jezioro Brzozolasek pod Piszem, odwadniane strumieniem Jabłonowskim płynącym do zarastającego jeziora Pogobie Wielkie, ornitologicznego rezerwatu przyrody. Płynie następnie jako Rybnica przez wąskie jezioro Pogobie Małe, kręte niczym nizinna rozlewna rzeka, po czym przenika rozległe torfowiska ciągnące się na całej długości przez Puszczę Jańsborską i mokradła aż do Pisy. 




 

W przewodniku „Kajakiem po Warmii Mazurach” Kuran i Czajkowski zachęcali do spływu, wskazując jednak, że Rybnica nie jest dla niedzielnych kajakarzy. Wymaga wysiłku, częstych przenosek i biwakowania na nielicznych dostępnych polanach w środku puszczańskiego grzęzawiska. Po opuszczeniu puszczy Rybnica przemierza odlesione mokradła, napełniając o tej porze roku zarośnięte koryto; w slangu kajakarzy – trawnik. Po kilku dniach świstaka byłem tak wykończony, że jakakolwiek myśl o tych dodatkowych „atrakcjach” odstręczała od podjęcia wyzwania. O świcie marzyłem już tylko o dobiciu do portu w Piszu. Tak więc widok pni położonych w poprzek ujścia w Ptakach przeważył.

 


Wczesny ranek znowu otrzeźwia, wyrywa z nocnej maligny. Delikatny szron towarzyszy mi jeszcze po wschodzie słońca. Jego światło przenika przez korony olch, roztapia migotliwe kryształki na roślinach, podnosi temperaturę. Delikatne powiewy wiatru już nie drażnią twarzy. Rozgrzewam się. Ściągam śpiwór z nóg i zwinięty chowam we wnęce rufy. Powoli rozpinam krępującą kurtkę. Wiosłuję. Kontruję na ostrych zakrętach, kiedy nurt chce zepchnąć kajak z obranego kierunku. Płynę nad mieliznami, gdzie fala z dziobu wpada z poszumem na piasek odsypisk. Kieruję się na cofki, doznając popchnięcia w górę. Przeskakuję spod jednego brzegu pod drugi, gdzie nurt słabszy. W promieniach słońca przenikających toń dostrzegam na powrót wodorosty, pofalowane dno, głębokie komnaty pod podmytymi skarpami... Nabieram werwy.

 




Przed Kozłem mijam motorówkę, która wczoraj wieczorem zalała kajak na postoju. Kabina zamknięta. Nikt nie pilnuje cumy rzuconej z kotwicą na brzeg. Korzystam z prawa łaski. Rezygnuję z krewkiej awantury. Nie potrafię jednak odmówić sobie chęci psocenia. Dobijam do brzegu powyżej, wracam do motorówki. Po cichu zawieszam kotwicę na poręczy nad dziobem. Łódka sennie odpływa od trawy, wlokąc kotwiczną linę. Wracam do kajaka i w drogę… Po kilku godzinach pościgu poszkodowani psotą ominą mnie ukrytego w ujściu strumyka odwadniającego jedno z rozlicznych starorzeczy. Silnik usłyszałem z daleka. Miałem więc czas się schować, zanim łódka pokonała oddzielające nas meandry, i z satysfakcją obserwować złość na twarzy sternika, który przepatrywał rzekę i brzegi.

 

Pod koniec trójgodzinnego cyklu przepływam pod drewnianym mostem w Koźle (dzisiaj już żelbetowym). Dobijam do kładki. Próbuję się przespać, ustawiwszy kajak dziobem do słońca.

 

 

 


3.

Zdejmuję kurtkę przed kolejną galerniczą turą. Plecy dokuczają. Wysiłek spory, a druga zimna noc nie pozwoliła się zregenerować. Na szczęście pogoda bez zmian. Bezchmurne niebo. Wiosłuję, utrzymując narzucony sobie cykl. Pisa kręci. Dopływa do sosnowych zagajników nad urwiskami brzegów, ucieka na łąki. Mijam wierzby i olchy zwieszające się nad wodą. Mijam odsypiska, na których żerują brodźce, sieweczki, rycyki. Płoszę siwe czaple i żurawie żerujące na mokradłach. Ciągnę wśród skoszonych łąk. Intensywny zapach siana nadal mdli. Nie ma jak przed nim uciec. Ulgę przynosi dopiero krótka przerwa na cyplu wąskiego odsypiska oddzielonego od łąk sosnowym zagajnikiem. Kolejny odpoczynek wypada za drewnianym mostem w Wincencie (dzisiaj przęsła wsparte na stalowych filarach wbitych w rzekę). Pora na obiad.

 



Wiosłuję. To już rutyna. Powtarzalne wrażenia. Jestem znieczulony. Pisa szeroka zaledwie na kilkanaście metrów. Susza obnażyła spód podmywanych brzegów, który zwykle jest zalany. Wodorosty leżą bezwładnie na odsłoniętym kredowym i torfowym błocie. Za mostem w Jeżach, wsi założonej w XV wieku, kolejny postój wypada naprzeciwko kolonii brzegówek założonej na długiej skarpie. Wejścia do norek są umiejscowione pod warstwą grubej darni, której podmyte fragmenty zwisają nad wodą, grożąc osunięciem i zasypaniem gniazd. Leżę w kajaku wbitym rufą w piasek osypiska. Próbuję spać, nakrywszy twarz kapeluszem. Jedyne, co odnotowują zmysły, to subtelna zmiana krajobrazu. Przyroda jakby ciekawsza, zieleń zieleńsza. Więcej lasu po obu stronach brzegu. Nawet jest stary prom na przeprawie napędzany siłą mięśni. Dzisiaj unieruchomiony. Po kolejnej turze wiosłowania zatrzymuję się w przejściu na starorzecze naprzeciwko wąskiego półwyspu wyznaczającego ostry zakręt rzeki. Wpycham rufę w tatarak. Urządzam sjestę w cieniu kępy olsu.

 

Pisa pełna zakrętów. Jakby zaplątała się we własnych zakolach. Płynąc jednym fragmentem, zaglądam przez zarośla w drugi, na którym będę za chwilę. Widok cokolwiek irytujący. Jestem w lesie. Sosny wyglądają znad brzegów i olchowych koron. Dostęp do polan utrudniony przez obniżoną  wodę. Czasem jednak mijam odsypiska, po których można przejść na przyjazną murawę i tam urządzić biwak. Zadziwia to, że nie spotykam ludzi i zwierząt, chociaż słyszę porykiwanie krów pasących się na oddalonych od wody pastwiskach i łąkach, przepływam pod drewnianym mostem z przęsłami z dwuteowników położonych na palach. To okolice porzuconej wsi Dziadowo. Jadąc przez most na zachód, można dotrzeć do Pogobia Średniego, wsi nad Rybnicą. Pisa staje się węższa. Odczuwam silniejszy nurt, miotając się w ciasnych meandrach. Za jednym z przewężeń odkrywam wnękę wypłukaną w brzegu z dostępnym wejściem do lasu. Tu robię sobie przerwę na kolację. Potem wychodzę pospacerować ścieżką wydeptaną przez zwierzęta. Odczuwam przedwieczorne znużenie. Do Pisza zostało jeszcze dwadzieścia żmudnych kilometrów. Dłonie stwardniały od kilkudniowego wiosłowania. Odsłonięta skóra zbrązowiała od słońca. Przypominam zapewne cygana. Zastanawiam się, jakie wywrę wrażenie na znajomych z Pisza, którzy obiecali mnie przejąć w porcie i przenocować przed dalszą drogą.

 



4.

Odczuwam kryzys. Kończąc kolejną trzygodzinną turę wiosłowania, ląduję w ujściu starorzecza, wpycham kajak między ściany zarośli ograniczających wąski korytarz o leniwym nurcie, zapewne strumienia lub rowu melioracyjnego zasilającego rzekę, zagrzebuję się w śpiworze i zasypiam na dobre. Noc cieplejsza niż wczoraj. Śpię do wchodu słońca. Pierwszy raz od startu twardy sen trwa prawie sześć godzin. Budzi mnie śpiew wilg w lesie i trzciniaków w rzecznych zaroślach. Szóstego dnia organizm zawodzi. Odmawia posłuszeństwa. Długo dochodzę do siebie. Nie mam ochoty na jedzenie. Ograniczam się do picia gęstej czekolady instant zalanej gorącą wodą i zagęszczonym mlekiem z puszki. Płynę w starym cyklu pięćdziesiąt minut wiosła i dziesięć odpoczynku. Przepływam nad siecią rozwieszoną w poprzek rzeki, wpychając dziobem linkę nośną pod wodę, potem pochylam się pod zmurszałą kładką przy zastawce węgorni. Leśna Pisa jest piękna pięknem Puszczy Jańsborskiej (Piskiej), ale tego dnia tracę wrażliwość na estetyczne doznania. W głowie narastające zniecierpliwienie. Jestem skupiony wyłącznie na wiosłowaniu. Liczę pociągnięcia wiosłem, zakręty, zmiany kierunku…, pociągnięcia wiosłem, zmiany kierunku…, pociągnięcia wiosłem…

 

Ulgę odczuwam, kiedy widzę zabudowania fabryki sklejki, gdzie odbywałem praktykę studencką. Kiedy w południe dobijam do mariny, cumuję kajak obok żaglówek i zostawiam wszystko pod opieką załogantów, którzy obiecują przypilnować dobytku, póki nie wrócę z Andrzejem, najmłodszym bratem Wieśka, późniejszego uczestnika dwóch wypraw kajakowych.

 


Na mój widok mama Wieśka załamuje ręce:

- Coś ty z siebie zrobił!

Dziwię się.

- Twarz spalona. Wychudłeś...

Prowadzi do lustra.

- Fakt. Trudno mnie poznać – potwierdzam zaskoczony…

 

Proszę o pomoc w przeniesieniu klamotów z kajaka. Andrzej, który czekał na mnie rano, nie odmawia. Płyniemy kajakiem do ośrodka piskiej sklejki nad rzeką i brzegiem jeziora Roś. Stamtąd targamy bagaże do domu Wieśka.

Po kąpieli zwalam się do łóżka i śpię… dobę non stop, nie jedząc i nie pijąc. Czasem tylko ktoś zagląda do pokoiku sprawdzić, czy nie odchodzę. Dopiero drugiego dnia zaczynam się towarzysko udzielać i dziękować za poratowanie.

Próbuję namówić Wieśka na dalszą turę po Wielkich Jeziorach Mazurskich.

- Ty nie masz dosyć? – dziwi się. – Wracaj lepiej do domu, bo się wykończysz – radzi…

 


Powrót do Ryni

 

Igor Newerly w książce "Za Opiwardą, za siódmą rzeką" chwalił się dwudziestoczterogodzinną eskapadą z Warszawy do Torunia z nurtem Wisły. Podczas tej krótkotrwałej wycieczki pokonał ponad 220 kilometrów. Ja pokonałem 223 kilometry szlaku powrotnego z nurtem Pisy i Narwi w 43 godziny. Niestety niewiele z tego zapamiętałem oprócz kilku mrożących krew zdarzeń. Z perspektywy czasu oceniam podjęte ryzyko za nadmierne. Toć nie wiedziałem, co czynię, porywając się na Narew i Pisę tylko z wiosłem w ręku.

 

 

 

 

 

 


 

Najtrudniejsza okazała się noc między Różanem a Pułtuskiem. Pod wieczór ciężkie chmury zasnuły niebo. Zamiast rozstawić namiot, płynąłem przed siebie i gdzieś na wysokości Gnojna wpadłem w deszcz. Kiedy w deszczu i świetle błyskawic usiłowałem nadążyć z postawieniem namiotu, z jego podłogi wylewałem już wodę. Klnąc jak szewc, zwinąłem go w rulon, wcisnąłem w kajak i popłynąłem dalej. Kurtka okazała się impregnowana, spodnie nie. Trzymałem się środka nurtu. Błyskawice rozświetlały krajobraz i regulujące nurt ostrogi wybiegające z brzegów. Kiedy zapadały ciemności, ja nadal widziałem te ostrogi…

Mam oczy fizjologicznie przystosowane do widzenia w najgęstszych ciemnościach i jakąś intuicję przestrzenną dostępną chyba tylko pilotom wojskowym. To przez nie przedkładam nocne pływanie nad dziennym. Pływając w nocy po Krutyni i Brdzie, zwykłem zakładać jasne koszule, żeby trzymający się z tyłu koledzy mieli mnie za punkt odniesienia. Kilka razy się zdziwili, gdy mówiłem:

- Pochylcie się, opuście wiosło.

Nie słuchając narażali się na przykre spotkania a to z przęsłem stalowego mostu, a to z nisko zawieszonym konarem.

 



Najtrudniejsze chwile przyszły przed świtem. Powieki opadały. Próbowałem głośno śpiewać i krzyczeć, strofując się za ogarniającą senność. A deszcz wciąż padał, tyle że nie tak silny, jak podczas burzy. Kiedy odpłynąłem w sen na minutę, może dwie, obudziły mnie reflektory Bizona. Poraziły oczy tak mocno, że doznałem potężnego uderzenia adrenaliny. Pchnąłem kajak w zatoczkę tuż przed kolejną ostrogą. Dudniący dieslem pchacz z dwiema barkami minął mnie w drodze do kopalni żwiru w Gnojnie. Fale zabujały kajakiem. Sternik ryknął syreną. To mnie ostatecznie otrzeźwiło i obroniło przed dalszym podsypianiem.

 


O świcie minąłem Pułtusk. Deszcz ustał. Chmury zaczęły się rozrzedzać. Wiosłowałem, zasilając się tylko gęstą czekoladą z cukrem i skondensowanym mlekiem. Przed południem dotarłem do Ryni…

 

Po upływie dziesięcioleci niewiele zapamiętałem z tego powrotu. Tylko zmęczenie, brak snu, nudne wiosłowanie, tę wściekłą burzę z błyskawicami rozświetlającymi Narew i to oślepienie reflektorami pchacza.

 


Doświadczenie tamtej nocy nie uchroniło mnie to przed podobnymi przeżyciami na Brdzie podczas nocnego powrotu przez Zalew Koronowski w towarzystwie równie impetycznej burzy. Tyle że nie byłem na wodzie sam.

Przęsło mostu kolejowego na linii między Klonowem a Pieńkowem omal nie wyrzuciło kolegi z kajaka, bo po raz drugi nie posłuchał mojego rozkazu:

- Pochyl się do diabła!

Sekundę później usłyszałem trzask wiosła uderzającego o najniższy element przęsła, jęk (uderzył czupryną), soczyste przekleństwa…

Chwilę później konstrukcja mostu kolejowego pokazała się w całej okazałości oświetlona błyskawicą, która uderzyła w drzewo nieopodal.

- Niemożliwe! Jak to zobaczyłeś? – dziwił się kolega…

Dzisiaj most nieczynny. Robi za punkt widokowy między zalewem a początkiem Piekiełka na Brdzie.

 


Krótko mówiąc:

… Wciąż  uczyłem się na tych samych błędach 😊.

I do dzisiaj mi to zostało.

 



czwartek, 4 kwietnia 2024

Pożegnania z Krutynią

 


Na szlak Krutyni wypływałem zwykle z Borowskiego Lasu, a kiedy przestałem tam spędzać wakacje – ze stanicy PTTK w Sorkwitach albo z ośrodka fabrycznego piskiej Sklejki, w którym mieszkałem przez całą praktykę studencką za zgodą Jana Muzyki, wieloletniego dyrektora zakładów. Z Pisza wypływałem na Śniardwy jedną z dwóch dróg: krótszą przez Kanał Jegliński, dłuższą przez jezioro Roś nie wiedzieć czemu nazywane także Jeziorem Warszawskim. 

 



Ten dłuższy szlak zaliczyłem pierwszy raz w sierpniowy weekend. Spakowawszy przewodnik Kurana i Czajkowskiego „Kajakiem po Warmii i Mazurach”, śpiwór, kurtkę, torbę z jedzeniem i butelki wody mineralnej (Mazowszanki), wypłynąłem w południe na Roś. Opuściwszy Pisę, skierowałem kajak na wschód, w perspektywę największego plosa wtulonego w szerokie łany szuwarów i ściany odsuniętego od brzegów boru. Wiatr sprzyjał, napierając na plecy. Słońce grzało. 

 

Pamiętam mozolne kilometry w monotonnym krajobrazie wodnej autostrady bez zakrętów. Płynąłem skrajem poligonu wojskowego w Białej Piskiej. Zadziwiał brak pomostów, dostępnych brzegów. Z perspektywy kajaka trzciny zdawały się nie do przejścia. Zapewne nie to co dzisiaj po kilkudziesięciu latach absencji. Nie zajrzałem wtedy do wschodnich zatok za Rybitwami.

 


Obróciłem kajak na zachód, opłynąwszy obszerny półwysep o nieregularnej linii brzegowej i żerdzie z rozpiętymi na nich żakami, po czym wpłynąłem na środkowe ploso. Tym razem pod fale. Nie były dokuczliwe. Popołudniowy wiatr gasł, nie stawiając już istotnego oporu. Wrażenia nadal były monotonne, tyle że w otoczeniu pojawiły się nieliczne wiejskie zabudowania. Ich dachy prześwitywały między koronami wierzb i olch. Ściany boru odsunęły się od wody. Nie przypominam sobie dużego zamieszania na wodzie. Ptaki wolały siedzieć w szuwarach. Jezioro stawało się węższe z każdym przebytym kilometrem.

 

Ostatnie ploso okazało się najkrótsze. Było kameralne. Wertowałem przewodnik ułożony między nogami. Spojrzałem tylko na obiecującą końcową zatokę. Skierowałem się w lejkowate zakończenie jeziora po lewej stronie szpicy kolejnego półwyspu, namierzywszy ujście rzeczki Wilkus. Na niej odnalazłem ulubione klimaty kajakarskie: zbiegające ku sobie brzegi, nurt nie stawiający oporu podczas podpływania, przestrzeń ograniczoną trzcinami, pałką, sitowiem, skrzypem, zaroślami łopianów na brzegach… Wiosłowałem, zaglądając w zakamarki zarośli, obserwując ryby w toni między warkoczami wodorostów i na tle wypłukanego piasku. Rzeczka kręciła się po okolicy, rozdwajała, łączyła. Kilka razy wpłynąłem na ślepe odgałęzienia. Zawracałem. Próbowałem innych dróg. Nie miałem jednak wrażenia, że błądzę… Coraz niższe słońce oślepiało. Nie uświadczyłem cienia. Rozgarniałem liście grzybieni i grążeli. Lawirowałem między polanami wodorostów. Szuwary były już ciche. Czasem tylko wychyliła się jakaś łyska, kokoszka albo krzyżówka. Nie widziałem natomiast czapli… Nikt wtedy nie myślał o prostowaniu Wilkusa. Pokonywałem zakręt za zakrętem wiedziony ciekawością co dalej…

 

Pierwsze jeziorko Kocioł za mostkiem, wtedy drewnianym. Owalne. Zalesione po wschodniej stronie, otoczone zabudowaniami wzdłuż zachodniego brzegu. Pól nie zobaczyłem. Były zasłonięte wybujałymi szuwarami. Przepłynąłem jezioro w poprzek, celując w ujście kolejnego odcinka rzeczki. Kuran i Czajkowski podali w przewodniku bezbłędne wskazówki. Pomogły też łabędzie, które akurat wypływały z niewidocznego w szuwarach korytarza na wyciszoną taflę. Z każdym jednak metrem Wilkus wypełniał się pałką szerokolistną. Coraz trudniej przepychałem kajak przez zarośla rozdzielone odcinkami swobodnego nurtu. Byłem trochę speszony. Bałem się, że utknę w mierzwie...


Za mostem drogowym wypłynąłem na jezioro Białoławki. Tutaj też miałem obawy. Owszem zabudowania wioski Kwik widoczne, lecz problem z wyborem kierunku. Kuran i Czajkowski zalecali cierpliwe szukanie ujścia w szuwarach po zachodniej stronie jeziora. Byłem wówczas pewien, że mało kto zapuszczał się na te komysze. Żeglarze i motorowodniacy wybierali Kanał Jegliński. Kajakarze raczej tu nie zaglądali. Wilkus był płytki. Co i raz kajak szurał o piasek lub zalegające kamienie. Zwłaszcza przed jazem zamykającym odpływ ze Śniardw. Widok tej przeszkody zaskoczył. Przez chwilę z niechęcią myślałem o przeciąganiu sklejkowej krypy. Brzeg wydał się nieprzyjazny, gruntowa wówczas droga odstręczająca. Wysiłek okazał się jednak wart ceny. Pod wieczór wpłynąłem na zatoczkę a z niej na Śniardwy spowite flautą. Przestrzeń pod bezchmurnym niebem nad zastygłą taflą; perspektywa ograniczona horyzontem, którego nie strzępiły drzewa odległych brzegów; bezruch na wodzie i wstępujący księżyc… Byłem zauroczony…


Znajomi obiecali zanocować na Szerokim Ostrowie. Dopływając więc doń, szukałem namiotów na pochylonym stoku. Zobaczyłem tylko wypłowiałą dwójkę nad ścieżką ku wodzie. Nie ufając przeczuciu, popłynąłem wokół wyniosłych brzegów w poszukiwaniu innych biwakowiczów. Podziwiałem klif po zachodniej stronie. Jednakże ostrów był pusty. Żadnych namiotów, łodzi, ludzi. W sezonie wakacyjnym. Zdumiewające… Zawróciłem więc do owego namiotu. Podciągnąłem doń kajak. Zameldowałem się na nocleg. Przez całą noc nawet kulawy pies nie zajrzał. Znajomych nie spotkałem. 



O świcie wypłynąłem na Śniardwy. Żal że wtedy nie fotografowałem. Taki akwen we flaucie to niezwykły widok… Kilka razy pokonywałem Śniardwy kajakiem, płynąc na Krutynię lub z niej wracając. Nigdy jednak nie doświadczyłem wzburzonego jeziora. Zawsze flauta – przyjaciółka kajakarzy, zawsze bezwietrze – zmora żeglarzy…


Pewnego razu płynąłem z kolegą późnym popołudniem do Bełdan. Po obu stronach Śniardw unosiły się ciężkie granatowe chmury, z których zwisały welony deszczu prześwietlone przez słońce: jedne nad Warnołtami i Popielnem, podkreślone wstęgą ciemnego boru; drugie nad północną częścią jeziora (linia brzegowa pod Okartowem zniknęła za ulewą); a my na środku bezdeszczowej alei, nad ciemną tonią, otoczeni nieruchomą taflą odbijającą ów niezwykły obraz pogodowego kaprysu, z Czarcim Ostrowem i Pajęczą Wyspą, gdzie spojrzeliśmy ostatni raz na głazy pod wodą, daleko z tyłu… 


Wiosłowaliśmy zapamiętale, uciekając przed demoniczną naturą. W głowie strach, żeby nie dopadło nas to, co onegdaj mnie i ojca na kutrze podczas łowienia szczupaków… Flauta sprzyjała wysiłkowi. Kajaki odwalały skiby spienionej wody. Fale od dziobów rozchodziły się po bezkresnej tafli i gasły, zanim dobiegły do brzegów. Pamiętam nostalgiczną pustkę na jeziorze, dalekie żagle gdzieś pod Mikołajkami i ten niezwykły wysiłek zalewający nas endorfinami… Kolega, który próbował swych sił w kajaku pierwszy raz w życiu, nie odstępował mnie na krok. Był zachwycony. Nie sądził, że dotrzyma mi kroku, chociaż wydawał się bardziej wysportowany i miał dłuższy zasięg rąk. Człowiek żyła. Swoją kondycję wypracował samotnymi wędrówkami po Bieszczadach… 


 

Dopływaliśmy do Łuknajna i przejmy na Bełdany z poczuciem ulgi. Tyle że nieuzasadnionej. Ów stan jeziora był tylko stanem niespełnionej groźby. Śniardwy z nas wtedy zakpiły. Wpływając na Bełdany, znaleźliśmy się pod jaskrawym światłem zachodzącego słońca.


Coś podobnego i równie niezwykłego spotkało mnie i kolegów na jeziorze Blizno pod Atenami. Płynęliśmy środkiem akwenu, gdy znad lasu nadciągnęła potężna chmura, przynosząc ulewę. Płynęliśmy po stronie słońca, krojąc kajakami lustrzaną taflę. Po prawej ręce na wyciągnięcie wiosła lało tak, że jezioro pokryło się srebrem. My w cieple i słońcu, a obok szumiąca pod nawalnym deszczem powierzchnia Blizna… Kaprys trwał i trwał, a kiedy ustąpił, rozpalił tęczę, barwiąc suwalski puszczański krajobraz…


Z zasady podczas samotnych i dwu lub trzy osobowych spływów wracaliśmy do miejsca startu. Krutynia zaliczana z prądem nie przypominała Krutyni pokonywanej pod prąd. Niecałe sto kilometrów szlaku Krutyni plus ileś kilometrów dopływów i spacerów w bok to była zabawa na dwa, trzy dni. Za krótko. Bynajmniej nie dlatego, że uganialiśmy się za rekordami. Wędrówka, przesuwający się przed oczami dzienny i nocny krajobraz, wrażenia o świcie i o zachodzie słońca, niesłabnące poczucie przygody, rozpierająca nas energia, wszystko to sprawiało, że nie czuliśmy znużenia. Siłą rzeczy odciągaliśmy zakończenie wyprawy tak długo jak się dało.

Do Sorkwit lub Borowskiego Lasu wracało się jedną oczywistą drogą. Do Pisza natomiast wracaliśmy przez rozprażone słońcem Śniardwy albo przez Nidzkie – w czerwcu zawsze obiecujące przygodę. Jak Wigry. Tutaj czuło się przestrzeń i obietnicę powrotu do natury. Kończąc sierpniowy spływ Krutynią po szkwale na Mokrym, płynąłem rano z kolegą przez Bełdany do śluzy w Guziance. Kajaki kroiły wodę. Musieliśmy zważać na wszędobylskie żaglówki i motorówki. Ustępowaliśmy im z drogi, nie rozumiejąc zasad, jakimi się kierowali sternicy. Żeglarze traktowali nas jak plankton godny rozjechania. Wokół ruch jak na Marszałkowskiej a my niczym piesi na jezdni. Przeszkadzaliśmy, chociaż wydawało się, że płyniemy szybko i zgodnie z nieznanymi nam przepisami albo zasadami żeglowania w tłoku. Bełdany to taki miły oku landszaft, jakby powiedział Melchior Wańkowicz. Tłok na wodzie powodował jednak, że nie czuliśmy tego uroku, chociaż brzegi wysokie i strome, wyspy, zatoki, puszcza gdzie okiem sięgnąć, bezkres nieba, prowokujące perspektywy…


Skręciwszy za mariną, dogoniliśmy dwóch turystów w jednym kajaku z zapałem mieszających wodę. Chcieli wpłynąć do śluzy przed nami. Kolega nie wytrzymał. Przyspieszył. Jakby zredukował bieg. Ja za nim. Turyści się zawzięli. Byli zgrani. Wytrzymali jednak może dwie, może trzy setki sprintu i… osłabli. Kumpel odjechał od nich i ode mnie. Po tygodniu spływu i ponad dwustu kilometrach szlaku opanował wyczynową technikę wiosłowania. Dogoniwszy go pod bramą śluzy, zobaczyłem satysfakcję na jego twarzy… Wpłynęliśmy do komory śluzy wypełnionej po brzegi. Zdyszani przegrani też się zmieścili dopchnięci przez śluzowego tyką. Wypełniona komora podniosła nas na poziom Jeziora Nidzkiego…

 






Wyczynowego wiosłowania na turystycznym kajaku uczył się ode mnie każdy. Wiesiek Łubkowski, z którym studiowałem na warszawskiej Politechnice, piski niedźwiedź (podczas każdej rozmowy musiałem zadzierać głowę), po dwóch tygodniach pływania po Czarnej Hańczy, Biebrzy i Rospudzie, wziął się za bary z kajakarzami ćwiczącymi na torze regatowym na jeziorze Rospuda. Chłopcy w wyczynowych jedynkach, lekkich jak piórko, trener na motorówce obok, a na zewnątrz toru Wiesiek na turystycznej krypie wypływający z rzeki… Zrównał się z zawodnikami w chwili wystrzału ze startera. Ze zdumieniem obserwowałem jak dotrzymywał kroku a potem zaczął ich wyprzedzać. Wytrzymał do końca półtorakilometrowego toru. Trener dopłynął do niego motorówką:

- Długo trenujesz?

- Dwa tygodnie.

- Nie wierzę.

- Nigdy przedtem nie pływałem.

- Nie zechciałbyś dołączyć? Masz ciąg…

Wiesiek opowiadał później, że trener chciał go koniecznie zmotywować to wyczynowego pływania, twierdząc że takiego talentu jeszcze nie spotkał.

 


A przecież pierwszego dnia wędrówki po Wigrach Wiesiek był wykończony falą, zimnym wiatrem i nieergonomiczną pozycją w kajaku (siedział za nisko i opierał się o podpórkę na rufie). Kiedy dopłynęliśmy do kameralnej polany naprzeciwko Rosochatego Rogu,  usnął na trawie. Myślałem, że zrezygnuje z wyprawy. Fatalnie wyglądał. Zsiniał na twarzy. Przemeblowałem z kolegą jego marynarski worek wypełniający wnętrze kajaka. Przez ten wór nie mógł wyprostować nóg. Zabraliśmy część jego rzeczy do swoich kajaków. Urządziliśmy z kapoka podwyższone siedzenie, odsunąwszy go od tradycyjnego drewnianego oparcia na wysokości nerek. Wiesiek, kiedy się obudził i opił gorącej kawy, zaprotestował. Nie uległem. Nie pozwoliłem mu podpierać pleców. Przyuczyłem go jak ma siedzieć, układać nogi w kajaku i wiosłować z wykorzystaniem zasięgu barków i rąk. Przez kilkaset metrów korygowałem jego postawę i ruchy, póki nie załapał, o co chodzi. Przestał wreszcie cierpieć. Wigry wynagrodziły mu wtedy niewygodę i poranne zmęczenie niezwykłym krajobrazem i wieczorną flautą pod Gawrych Rudą…

 







Nidzkie – fantastyczne. Płynęliśmy wzdłuż południowego brzegu pod pochylonymi sosnami, dębami, brzozami, olchami, między wyspami, pod wzniesieniami Prania i Krzyża. Odwiedziliśmy obie opisywane przez Ernsta Wiecherta zamordejskie zatoki, tę wielką i tę małą. Zanocowaliśmy na jakimś kameralnym cyplu pod Zamordejami z dala od tłumów na wodzie i od wypełnionych polan biwakowych. Następnego dnia kończyliśmy spływ w Wiartlu. Do Pisza dowieźliśmy kajaki na furmance doczepionej do starego ursusa…

 

Ostatni spływ Krutynią zaliczyłem jesienią. Kolega wyszedł z wojska w stopniu podporucznika po odbyciu obowiązkowej służby w jednostce saperskiej w Kazuniu i koniecznie chciał świętować wolność w kajaku. Nie dałem się długo namawiać. Popłynęliśmy ze stanicy PTTK w Sorkwitach. Na początku jednak kierownik nie chciał uznać mojego dowodu osobistego.

- Gdzie pan pracuje? – dopytywał.

Podałem nazwę instytucji.

- W dowodzie nie wpisano.

- To jakiś problem?

- Pan to chyba ze służb. Oni nie wpisują.

- To proszę tak uznać – skwitowałem.

- No dobra. Kajaki zdacie w PTTK w Rucianem – zakończył śledztwo.





Krutynia przyjęła nas jak dobrych znajomych. Szlak opustoszał po wakacjach. Zanurzyliśmy się w  samotności i błogości. Pierwsze obozowisko rozbiliśmy na Jeziorze Białym. Obraz jeziora w promieniach zachodzącego słońca z deszczowymi chmurami zawieszonymi gdzieś nad Pieckami i Nawiadami – niezapomniany. Ta cisza, ta gładkość jeziora przed namiotem, szczęk kochera nad ogniskiem, zapach płonącego drewna i ciepło żaru, gadanie perkozów i śmieszek, aromat tataraków i boru za plecami, nastrój złotej godziny... 

 



Drugie obozowisko urządziliśmy nad jeziorem Tejsowo po przepłynięciu Babantem do Babięt Wielkich i z powrotem; trzecie na wyspie Zyzdroju Wielkiego po zaliczeniu strumienia Kadyk (Kuklanka) z trzema jeziorkami pod Krawnem; czwarte na bindudze Jeziora Gardyńskiego; piąte gdzieś między Siwirogiem a Zamordejami, zawróciwszy spod Wiartla na końcu Jeziora Nidzkiego…


Ostatniego dnia dopłynęliśmy do stanicy PTTK w Rucianem, zdaliśmy kajaki i długo nudziliśmy się w oczekiwaniu na nocny pociąg z Ełku do Warszawy. Kiedy nadjechał, zajęliśmy miejscówki w Warsie. Wars-man zaproponował scenicznym szeptem golonkę do zamrożonej flaszki. Nie musiał nas zachęcać. Po tygodniu jesiennego pływania po Krutyni byliśmy w stanie zjeść wszystko… To była epoka kartek na mięso, cukier, masło, mąkę, proszek do prania... Porcje były ogromne, pięknie upieczone, parujące, z chrupiącą skórką, ogarnirowane dobrze przyprawioną kapustą, marchewką, innymi warzywami… Wyżerka, palce lizać!...

Usiedliśmy obok kontuaru, żeby Wars-man nie musiał chodzić z alkoholem…

Po godzinie zajrzeli do Warsu inni podróżni. Widząc nas nad dymiącymi talerzami i wdychając aromat świeżego pieczystego, też tak chcieli. Usłyszeli:

- Zeżarli cały zapas. Nie odważyłem się odmówić.

Podkreślił słowa sugestywnym skinieniem głowy w naszym kierunku…

Po takim komplemencie rozprostowaliśmy się dla podkreślenia wagi wygłoszonego usprawiedliwienia.

Goście musieli obyć się nieśmiertelną jajecznicą, wiekowym bigosem i zleżałymi kanapkami z nierozpoznawalną zawartością.

Wars-man wyznał, gdy zaproponowaliśmy wspólną kolejkę, że ta golonka to z jego prywatnego zasobu. Był rok 1984. Znamienny. Trawestując Orwella, nieomal orwellowski. Tłumaczący konspiracyjną ostrożność. Przewodnia siła narodu powołała do życia IRChę (Inspekcję Robotniczo-Chłopską – remedium na kartkowy niedostatek). IRCha panoszyła się wszędzie, uprzykrzając życie szmuglerom, prywaciarzom, spekulantom, badylarzom, nierobom, przedstawicielom wolnych zawodów; słowem wszystkim tym, którzy mieli w "dogłębnym poważaniu" kartkowy dobrobyt i polegali na handlu wymiennym... Kto tego nie przeżył, nie zrozumie, o czym mowa… Kto zechce zrozumieć, niech obejrzy Zmienników albo nieśmiertelne dzieła Staszka Barei.

 

Od tamtej pory nie kajakowałem po Krutyni… Proza życia w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych nie sprzyjała już takim fantazjom…