1.
Po północy
most nad Narwią pustoszeje. Wędkarze zwijają wędki. Rozmowy okraszone zbędnymi
przekleństwami i sprośnymi żartami cichną. Pułtusk oświetlony latarniami też pustoszeje.
Okna domów gasną. Samochody znikają z ulic. Żeglarski zachód zmienia się w
żeglarski świt bez nocnego przejścia. Nawet niebo na północy nie staje się
granatowe. Jest podświetlone delikatnym brzaskiem, pierzastymi obłokami nad dachami
miasta i drzewami pochylonymi nad rzeką. Nie ściągam kurtki, póki się nie
rozgrzeję wiosłowaniem. Nocny chłód przejmujący. Czuć go przez spodnie i śpiwór
zaciągnięty do pasa. Wygrzebuję się z niego, zwijam go, wciskam w pokrowiec.
Sięgam po termos. Piję kawę. Jeszcze gorącą. Ciepło przyjemnie rozlewa się
wewnątrz. Chwytam wiosło. Odbijam od murawy. Kajak sunie po wodzie, wznieca
fale.

Przepływam
pod mostem. Pod kładką mijam ujście odnogi opasującej starówkę. Wiosłuję pod
wzgórzem i uniesioną nim ciężką bryłą biskupiego zamku posadowionego na miejscu
wcześniejszego grodu i kasztelani strzegącej przeprawy przez bród. W 1806 roku
na zamku przez cztery dni przebywał Napoleon po nierozstrzygniętej bitwie pod
Pułtuskiem, stoczonej w koszmarnych warunkach grudniowej roztopowej zimy przez
30 tysięcy Francuzów z 45 tysiącami Rosjan, szykując plany dalszych batalii na
terenie Prus Królewskich w nadchodzącym 1807 roku.
Ten
historyczny fakt nie konweniuje ze scenami pierwszego odcinka „Alternatywy 4”,
w których niejaki Anioł, lokalny aparatczyk, zostaje wyeksmitowany z kamienicy
przy rynku do Warszawy na blokowisko Ursynowa, gdzie obejmuje urząd… ciecia (w
poprawnej politycznie i społecznie nowomowie – gospodarza domu), stając się w
miarę rozwoju akcji barejowskim socjalistycznym Dyzmą.

Kolejne
ujście odnogi opasującej starówkę miasta, w zamyśle sprzed wieków ramienia
fosy, i plaża miejska za nią... Wysiadam na brzeg i chodzę, by rozruszać nogi.
Oczy w półmroku zachowują się dziwnie. Poruszam głową, lecz obrazy, niczym
kadry, widziane spod kładki nad rzeką zmieniają się z osobliwym opóźnieniem.
Podobnie wiele lat później zachowuje się cyfrowy Lumix FZ 2000, gdy brakuje
światła, a procesor nie nadąża z przetwarzaniem obrazu na wyświetlaczu. Optyczna
dokuczliwość zniknie, gdy zacznie się brzask astronomicznego świtu. W półmroku
nic nie jest oczywiste. Ptaki gadają w listowiu wierzb. Rzeka pluska. Ryby
hałasują na mieliznach. To najpewniej rapy polujące na rybi drobiazg… Ostatni
rzut oka na mapę w poszukiwaniu odnóg nurtu, ewentualnych skrótów. Mapa jednak
nie podpowiada. Nie znajduję ich.
2.
Zaczynam trójgodzinny
cykl. Wiosłuję długimi pociągnięciami barków i ramion. Oddycham równo z narzuconym
sobie rytmem. Kajak sunie gładko pod prąd, rozcinając stalową powierzchnię
rzeki. Łęg po lewej ręce coraz gęstszy. Ukazuje ciekawe kąty. Brzeg po prawej
podniesiony nad wodę. Obserwuję łąki pokryte rosą. Są czołem starorzecza i
terenu zalewowego pod Ponikwią, którą w 1868 roku zbombardowały meteoryty
widoczne nawet z Królewca i ze Lwowa, dzisiaj bezcenne pamiątki kosmicznego
nawiedzenia w wielu muzeach. Wiatru nie ma. Rozgrzewam się. Kurtki jednak nie
zdejmuję, chociaż grube rękawy krępują ruchy. Nad wodą podnosi się mgła.
Zaczyna maskować dalekie plany krajobrazu: wał przeciwpowodziowy, potem skarpę
nad Narwią.

W Kleszewie
przepływam pod widoczną z dołu monumentalną budowlą z granitu i piaskowca w
kształcie łuku, inspirowaną Partenonem. To charakterystyczny element mauzoleum
16 643 żołnierzy sowieckich ekshumowanych po II wojnie światowej z terenu
wielotygodniowych walk na przyczółku serocko-pułtuskim. Większości pochowanych
nie zidentyfikowano. Dla Stalina Rosjanie, Tatarzy, Żydzi, Ukraińcy, Buriaci,
Jakuci… byli tylko mięsem historii, niewartym indywidualnej pamięci potomnych.
Anonimowi autorzy bloga „Proszę wycieczki” napiszą później:
„Ich
pochówkiem najpierw, jeszcze w styczniu 1945 roku, zajęli się mieszkańcy wsi.
Wspominali, że ciała czerwonoarmistów leżały na podwórkach,
polach, łąkach i w zaroślach. Najwięcej poległych było na łące zwanej
Moskiewką nad Narwią oraz po drugiej stronie szosy – przy młynie nad Pełtą.
Chowają ciała w zbiorowych mogiłach i oznaczają te miejsca. Późniejszą
ekshumację na cmentarz przeprowadzali już żołnierze.
Gdy podjechaliśmy pod
bramę, koło nas zatrzymał się rowerzysta. Wzbudziliśmy sensację, bo jak
powiedział, coraz mniej ludzi tu zagląda.
- Ale co oni, ci
żołnierze, winni
– mówił.
– Młodzi byli, zostali tu
z nami i tyle. Przecież nie wiedzieli, co ich władza nam zrobi po wojnie.”
Po ludobójczym
najeździe Rosji na Ukrainę ta pamięć jeszcze bardziej narażona na zatarcie.
3.
Przede mną
łuk Narwi. Trzymam się brzegu, unikając szybkiego nurtu. Wiosłuję nad
piaszczystą mielizną. Najpierw na północ, potem na południe. Mgła się wzmaga.
Okrywa całunem przybrzeżne łąki. Wpatruję
się w liście bielunia i łopianu wystające z krawędzi brzegu. Na zakręcie
dostrzegam zająca. Przycupnął na mokrym piasku. Pije wodę. Ogarnia otoczenie
spojrzeniem wielkich oczu. Dostrzegam każdy włos na sierści, każdy wąs na pyszczku.
Ustawia słuchy, lecz jest zagubiony niczym dziecko we mgle. Ospały niewiele słyszy,
jeszcze mniej widzi. Kajak sunie doń siłą impetu. Zamiera. Zaczyna się cofać.
Nie wiosłuję. Przedłużam spotkanie ile tylko mogę. Zając odwraca się tyłem do
mnie i ku łące. Powoli kica między łopiany. Nie wiem w końcu czy świadomy mojej
obecności…

Opłynąwszy
rozległe odsypisko pod Ponikwią, zatrzymuję się za ujściem Pełty, rzeki
wypływającej spod Opinogóry, perły architektonicznej tutejszego Mazowsza.
Wciskam się w zatoczkę popychany niewielką cofką. Zatrzymuję się pod nawisem gruntu
i drzewami. Świt się wzmaga, lecz słońce z trudem przebija mgłę. Niebo tylko
nad głową. Wilgoć dotyka twarzy. Wzdrygam się. Kawa z termosu pomaga. Ptaki we
mgle milkną. Słyszę monotonny szmer wody omywającej brzegi za progami zatoczki.
Dwadzieścia minut upływa jak z bicza strzelił.

Ruszam znowu
zwabiony głośnym pluskiem. Wypłynąwszy na nurt, widzę już tylko okrąg z fal
wydłużających się w elipsę niesioną prądem. Rejestruję otoczenie niczym kamera
filmowa. Kępy osik i wierzb wzdłuż brzegów, zagajniki łęgowe w głębi łąk i
mokradeł. Droga nad wodą z widocznymi śladami opon. Porzucone obozowiska
wędkarskie. Perspektywa rzeki skierowana na północ, gnąca się łagodnymi łukami.
Monotonny bór sosnowy na piaskach po prawej ręce, gdzie obiecujące odpoczynek kameralne
polany pod drzewami, z dala od ludzkich siedlisk, wśród zatoczek i odciętych od
rzeki stawów… Oczyma wyobraźni widzę zapowiedź przygody…

Mgła znika w
promieniach słońca zawieszonego nad horyzontem. Światła wciąż mało. Płynę w
cieniu olch, topól, rozpadających się wierzb, blisko brzegów zarośniętych mozgą
trzcinowatą, turzycą, wodolubną trawą, znad której wystają posrebrzane od spodu
liście bielunia, niektóre wielkie niczym kapelusze. Tutaj nurt słabszy, nie tak
dokuczliwy, jak na środku między zarośniętymi ostrogami, bojami i tyczkami
wyznaczającymi tor wodny. Pod Pawłówkiem i Lipą las ustępuje, otwierając
krajobraz tarasów zalewowych. Monotonny, płaski niczym puszta na południe od
Balatonu. Tyle że w przeciwieństwie do puszty, krainy cikoszów i koniokradów, na
horyzoncie zawsze jakieś lasy, zagajniki, wzniesienia i wklęsłości dolin.
Jestem między bezchmurnym niebem a ziemią, między brzegami, które ustawicznie
znikają w tyle. Nawet za nimi nie patrzę. Ich miejsce zajmują nowe kąty. Jestem
sam sobie sterem i żeglarzem, Waregiem goniącym za nowym królestwem. Zmysłowym
nie terytorialnym. Czuję się bezpiecznie w rutynie mozolnego wiosłowania w górę
Narwi, w strumieniu leniwych myśli i powtarzalnych, zdawałoby się, wrażeń.

4.
Kolejna
zatoczka pod Chmielewem naprzeciwko zalesionego brzegu. Wbijam dziób w zarośla
na mieliźnie. Robię przerwę na śniadanie. Otwieram parówki konserwowe, kroję
chleb, wypijam kawę z termosu… Słońce grzeje, wyglądając znad sosen pod
Szygówkiem. Kurtka ląduje we wnęce pod dziobem. Czuję się swobodniej. Po
posiłku kładę się na deskach podłogi z kapokiem pod głową. Nie jestem senny
mimo nieprzespanej nocy. Ekscytacja wyprawą wciąż działa… Słucham szmerów w
zaroślach. Nieopodal polna droga. Coś przebiega przez nią, zanurza się w
trawie. Po chwili widzę lisi pysk między liśćmi na skraju brzegu. Zwierzę wącha
powietrze. Wyczuwa mnie, patrzy mi w oczy i jak oparzone odskakuje od wody. Tor
ucieczki znaczą poruszające się łodygi.
Płynę. Znowu
słyszę samochody. Szosa do Różana i Ostrołęki wiedzie skrajem Chmielewa,
typowej wsi ulicówki. Brzeg po prawej ręce płaski niczym stolnica. W głębi zagajniki,
za nimi skryte zabudowania Szygówka.
Przede mną
łuk rzeki. Dolina zasłonięta wierzbami. Drugi brzeg niczym podstawa dżungli. Nad
nim kołuje siwa czapla. Z boku zatoki ukształtowane zarośniętymi trawą i
wierzbiną ostrogami. Wiosłuję na wschód, mrużąc oczy przed światłem
przenikającym korony drzew. Przydałyby się okulary przeciwsłoneczne. Nie
pomyślałem o nich.
Mijam zalew
pod Gnojnem. To kopalnia żwiru. Do przejścia na rzekę sunie barka popychana
przez Bizona. Huk diesla narasta. Skład wygląda majestatycznie z pagórkami
piasku i żwiru wystającymi ponad burty.
Usuwam się z toru. Nie wpłynę tam. Za duży ruch. Z głębi rozlewiska
dobiegają odgłosy pracującej pogłębiarki i przenośnika taśmowego, sypiącego
urobek do następnych barek. Za około 10 lat kopalnię zamkną, a rozlewisko
zamienią w raj dla wędkarzy.

Opływając żwirownię,
trafiam w przewężenie rzeki. Przede mną przeszkoda, pogłębiarka (refuler) rozkraczona
przy brzegu. Rurociąg refulera na pontonach do transportowania piasku z dna,
przerzucony przez całą szerokość nurtu, kończy się za barką przycumowaną do
drugiego brzegu pod drzewami. Między pogłębiarką a urwiskiem znajduję błotnisty
prześwit. Tam się kieruję, klnąc w duchu. Nie ma jak przepłynąć. Zastanawiam
się, co robić. Zainspirowany bajaniem barona Münchhausena o
własnoręcznym wyciąganiu się z bagna za włosy wystawiam obutą nogę za
burtę. Odpycham się od grząskiego dna, trzymając się rękami listew nadburcia.
Pomysł, o dziwo, skutkuje. Krok za krokiem przesuwam kajak po płytkim
prześwicie wzdłuż jęczącej pod naporem nurtu pogłębiarki, na której żywego
ducha. W najwęższym miejscu burta kajaka trze o skorodowany metal. Na brzeg nie
wyjdę. Odkryte kredowe błoto grząskie, zdradliwe. Kiedy kadłub pogłębiarki się
kończy, siadam na kapoku, odpycham wiosłem od błota, spłukuję tenisówkę w
bieżącej wodzie i odstawiam w trójkątną wnękę na dziobie, by wyschła…

5.
Z ulgą
przemierzam kolejne zakole, najpierw na północ, patrząc na siedliska Gnojna i
wzdłuż sosnowego lasu nad mokradłem odsypiska wrzynającego się w rzekę, niebawem
znowu na południe, w towarzystwie obiecującej ściany sosnowego lasu. Narew wije
się obszernymi zakolami, przyjmując w końcu na długo wschodni kierunek. Słońce
już wysoko. Przygrzewa znad drzew. Trzymam się krótkich cieni pod brzegiem
Zambsków Kościelnych. Nazwę wsi etymolodzy pokrętnie wywodzą od żubra
(mazowieckiego zębrska, implementującego staropolskie słowo ząbr
na oznaczenie żubra właśnie). Za linią wierzb i topól siejących kłaczki wełny z
przekwitłych kwiatostanów biegnie wiejska ulica. Ruch ospały. Czasem przejedzie
furmanka, raz nawet garbata Warszawa utrzymana przy życiu przez zdesperowanego
kierowcę mechanika, który nie może doczekać się talonu na Fiata. Odsunięte od
rzeki zabudowania z dachami pokrytymi ceramiczną dachówką i kancerogennym
(okazało się po latach) eternitem ledwo widoczne wśród drzew. Przed kolejnym
zakrętem rzeki dostrzegam jasno otynkowany kościół w stylu neoklasycystycznym,
zaprojektowany przez Feliksa Nowickiego, absolwenta Imperatorskiej Akademii
Sztuk Pięknych w Petersburgu. Wzniesiono go w latach 1886-1900 w taki sposób,
że prezbiterium z ołtarzem głównym wskazuje wschód, zgodnie z kanonem pierwotnych
kościołów gotyckich. Oglądam go między pniami drzew.

Historia wsi
sięga początków państwowości polskiej. Ponoć wybudowano tutaj w X wieku gród
obronny z kościołem wzniesionym przez zakon benedyktynów dla obrony przed
Litwinami, Jaćwingami i Rusinami. W 1428 Zambskom nadano prawa miejskie,
którymi szczyciły się przez ponad 100 lat. Z powodu swojego położenia nad
przeprawą przez Narew miejscowość była kilka razy niszczona a to najazdem
Litwinów przed zawarciem przymierza polsko-litewskiego po wygaśnięciu linii
królewskich Piastów, a to podczas wyniszczającego Potopu (gdzieś tutaj plątał
się stronnik Szwedów, Bogusław Radziwiłł z wojskami) czy równie wyniszczającej wojny
północnej, po której Rzeczpospolita Obojga Narodów nie podniosła się już
gospodarczo. Potem Zambski padały ofiarą krwawych walk podczas obu wojen
światowych i wojny polsko-bolszewickiej.

Owa tysiącletnia
przeprawa przez Narew nadal funkcjonuje. Zakręt rzeki odsłania prom, drewnianą
szeroką płaskodenkę. Akurat przepływa w poprzek nurtu. Promowy, starszy
mężczyzna, z wysiłkiem popycha deskę z uchwytem blokującym linę, idąc wzdłuż
burty niczym pochylony burłak, wraca na początek i zaczyna mozolny spacer od
nowa, póki nie dobije do brzegu i nie wypuści dwóch łaciatych czarno-białych krów
i kilku ludzi za interesem we wsi. Patrzę na ów obrazek ze zdziwieniem. Jakbym
zanurzył się w klimacie XIX wiecznego Mazowsza, odkrywanym cierpliwie przez
Oskara Kolberga i Adama Chętnika, Kurpia z urodzenia i zamiłowania. Kiedy lina
opada pod wodę (prom dobija właśnie do zjazdu), ruszam w drogę. Długo nie
pociągnę. Nadchodzi czas na godzinną przerwę. Niestety w prażącym słońcu.

Wbijam dziób
kajaka w bujną trawę na niewielkim rozlewisku. Jest zwieńczeniem płytkiej
strugi. Nie próbuję na nią wpłynąć. Jej ospały nurt znika w gąszczu zarośli
zwisających z brzegów. Jest płytki. Kilka centymetrów nad żwirkiem to za mało dla
kajaka. W powietrzu unosi się zapach rozgrzanego suchego piasku, parującej murawy,
przekwitających topól. Leżę z twarzą zwróconą na północ. Czerwcowe słońce
grzeje, umilając polegiwanie z głową na kapoku. Nakrywam się kapeluszem z
filcu. Może usnę, może nie. W każdym razie próbuję. Rzeka pluska, niesie
strzępy topolowych kwiatostanów. Szelest trawy, dźwięk kosy na odległej łące,
porykiwanie krów na pastwisku za rzeką nie pozwala na drzemkę. Mazowiecka
sielanka… Tkwię w stanie urzekającego letargu wypełnionego bzyczeniem i furkotaniem
łąki. Dziwię się, że wciąż czuwam.
6.
Znowu chwytam
wiosło. Trzymam się wypukłego brzegu sezonowej wyspy. Pod kajakiem jasna
mielizna. Opór wody mniejszy niż na środku rzeki. Mijam łachę czystego piasku;
zatoczkę z wejściem na strugę, u ujścia której kwadrans wcześniej odpoczywałem;
ostrogę i usypaną za nią nadrzeczną skarpę (główkę) z wierzbami. Przed sobą
dostrzegam korytarz dopływu. To Orzyc, umowna zachodnia granica Puszczy
Zielonej. Źródłem Orzyca zmeliorowane bagna na wschód od Mławy i Uniszek, gdzie
przez trzy pierwsze dni września 1939 roku Armia Modlin skutecznie odpierała
ataki Wehrmachtu, dopóki Niemcy nie przełamali frontu na wschód od
mławskiej pozycji. Ujście kusi, lecz nie wpływam. Jego prześwit zawalony
podmytymi drzewami. Kieruję się więc do niewielkiej wysepki na środku nurtu, by
tam zrobić przerwę przed następnym zaplanowanym skokiem cyklu. Wokół płaski
teren, wyniosłe sokory (czarne topole), białodrzewy, olchy na krawędziach
brzegów, pochyłościach łąk i pól. W głębi zagajniki. Polnych dróg domyślam się
po przejeżdżających motocyklach, rowerach, rzadko ukazujących się samochodach.
Wysepka chroni mnie przed naporem nurtu wklęśnięciem brzegu zarośniętym mozgą
trzcinowatą. Lekki wiatr z północnego zachodu przynosi ulgę pod prażącym z góry
i z dołu (odbitym od wody) słońcem. Popijam mazowszankę. Jest dobrze. Nie czuję
znużenia.

Siwa czapla zawisa
nad wysepką w chwili, gdy siadam na kapoku, sięgam po wiosło. Jest
skonsternowana. Nadleciała z niewidocznego końca wysepki. Zobaczywszy mnie, rezygnuje.
Macha skrzydłami w panice, robi zwrot i odlatuje nad rzekę. Wiosłuję. Dłonie
chociaż w odciskach dzierżą wiosło. Nie czuję bólu. Przywykłem. Odnoszę
wrażenie, iż wyprzedzam narzucony sobie harmonogram. Narew wychudła po
wiosennej suszy. Niesie mniej wody. Jest wolniejsza. To ułatwia wyprawę. Przede
mną kolejna przeprawa promowa. Tym razem prom stoi na przystani w oczekiwaniu
na chętnych. Nic się nie dzieje. Ktoś rozmawia ze sternikiem. Do mnie dolatują
strzępki słów. Niezrozumiałe. Mężczyźni gestykulują, poklepują się. Są
sfraternizowani. Scena bez treści (nie rozumiem rozmowy), jednak pełna ożywczych
emocji. Mijam ich, płynąc pod drugim brzegiem. Nie zwracają uwagi. Wciąż jestem
sam. Kajaki, łodzie, żaglówki popłyną na Mazury za kilka tygodni.

Brzegi Narwi
podnoszą się. Podmywane przez opadającą wodę, zaczynają osypywać się piaskiem. Tracąca
oparcie murawa ześlizguje się płatami, obnażając korzenie drzew wrośniętych w
krawędzie klifów. Płynę pod nimi. Tropię mielizny, kierując się jaśniejszymi
odcieniami toni. Unikam miejsc, gdzie nurt wznieca wiry i wypiętrza wodę nad
garbami dna. Rzeka wierci się w szerokiej płaskiej dolinie, której ścian nie
widać. Krajobraz staje się monotonny. Niebo bezchmurne. Słońce praży. Północny
wiatr niesie chłód i ulgę. Nie zdejmuję jednak flanelowej koszuli, bo ten chłód
zwodzi. Jeśli ulegnę, to narażę się na oparzenia skóry na plecach. Opalenizna z
wiosny na niewiele się zda. Raz płynę pod delikatne podmuchy, raz z nimi.
Wszystko dzięki rozległym meandrom. W świetle dnia rybom nie w głowie
figlowanie. Mijam kopalnię żwiru pod Bindużką. Słyszę pracującą pogłębiarkę. Nie
widzę jej przez podniesiony nasypanym piaskiem brzeg.

Szukam
miejsca na postój. Wszędzie dogodne wyjścia na łąki lecz pod słońcem.
Przeciągam więc wiosłowanie, póki nie osiągnę obiecującej kępy wyniosłych topól
po prawej ręce, rzucających cień na wodę. Ląduję nieopodal dłubanki z długiego
pnia. Leży na murawie. Podziwiam żmudną robotę szkutniczą. Sokory rosną na
niewielkim pagórku, podczas wezbrań odcinanym od brzegu tymczasową odnogą. Do
najbliższych domów trzeba więc przez podmokłą łąkę. Zasłonięty przez zarośla
lancetowatego szczawiu i łopianów czuję się bezpiecznie. Nic mnie nie zaskoczy.
Wcinając duszoną wołowinę z chlebem, popijając kawą, patrzę na niewielką
wysepkę na środku nurtu z wiklinową grzywą na grzbiecie. Na cypelkach wysepki
wygrzewają się mewy. Brodzą po płyciźnie. Zachowują się, jakby przestrzegały
sjesty. Drugi brzeg pusty, zarośnięty. W oddali wstęgi pól poprzedzielanych
miedzami i pasami drzew na ugorach. To ślady pokoleniowych podziałów
spadkowych. Po posiłku grzeję wodę w kocherze. Szykuję zapas kawy na
nadchodzącą noc. Tym razem wychodzę z kajaka na piasek pod brzegiem. Siedzę na
rufie ze stopami w wodzie. Tak wygodniej. Po napełnieniu termosu płuczę puszkę,
zgniatam i wciskam w foliową torbę na śmieci. Przerwę wykorzystuję na spacer
wzdłuż rzeki.

7.
W kolejnym
cyklu wiosłuję w stronę Lubiela. Mijam przeprawę promową. Znowu drewniany
szeroki prom napędzany siłą mięśni. O tej porze nikt się nie kwapił do przepłynięcia
na drugi brzeg. Wiosłuję więc bez przeszkód nad zatopioną liną i skręcam na
południowy wschód w stronę wyspy rozdzielającej nurt na ramiona. To początek
wielkiego zakola Narwi wiodącego do Różana. Niewiele się zastanawiając, celuję
w węższą odnogę, gdzie prąd słabszy a toń płytsza. Wtedy staję się świadkiem
czegoś dla mieszczucha niezwykłego. Pastuch przeprawia krowy i cielęta przez
bród na wyspę. Zwierzęta posłusznie schodzą do wody zejściem rozrywającym brzeg,
depczą osypujący się piach, kroczą mielizną. Gdy ta się kończy, zaczynają
płynąć, unosząc głowy i nozdrza. Zatrzymuję się, by nie wiosłować między nimi. Czuję
ich oddechy, zapach zmoczonej sierści. Pastuch płynie dłubanką, stojąc na niej
i pokrzykując na stado. Odpycha się tyką od dna. Krowy posłusznie płyną na
mieliznę, wspinają się na łagodnie opadający skraj wyspy i zanurzają w obfitą
trawę. Pastuch dobija do brzegu, wysiada, wyciąga łódź, idzie za nimi, znika w
mierzwie dzikiego pastwiska.

Wtedy
przypominam sobie scenę na Solinie, gdy przypłynąłem pierwszy raz do samotnego
gospodarstwa na wzgórzu kupić chleb własnego wypieku, świeże mleko, ser i masło
z maselnicy od gospodarzy, których w latach sześćdziesiątych uwiódł mit zdobywców
dzikiego zachodu. Porzucili obiecujące kariery naukowe w Wyższej Szkole
Rolniczej w Poznaniu. Osiedlili się w zapomnianej przez ludzi i Boga wsi nad
Sanem. Z dala od Soliny i Polańczyka. Kiedy rozpoczęto budowę zapory i poziom
wody zagroził gospodarstwu, właściciel siedliska podjął karkołomny wysiłek
przeniesienia na własnych plecach rozebranych na elementy zabudowań na
pobliskie wzgórze. Teren był trudny. Ciągniki nie podołały podjazdom. Pomagał
mu brat, który zachorował na gruźlicę i któremu poznańscy lekarze dawali już
tylko kilka miesięcy życia. Za namową starszego przyjechał w Bieszczady.
Przekonał go pozornie brutalny argument:
- Przyjedź. Przynajmniej umrzesz z
pięknym widokiem przed sobą.
Gdy dobiłem do kładki, jeden z braci właśnie schodził nad wodę stromą
ścieżką, skrzykując półdzikie krowy rasy czerwonej. Stado wytruchtało spomiędzy
olszyn zasłaniających las na wzgórzu, wprawiając grunt w drżenie. Zwierzęta wbiegały
do głębokiej wody, trącając się pyskami i prychając. Wypływały na środek
zatoki. Między nimi żabkujący właściciel gospodarstwa. Zadowolenie biło z jego
twarzy. Krowy zdawały się uśmiechać… Mówił potem, że wypuszcza je samopas do
lasu wiosną, a zwołuje na zimę do ogaconej obory. Krowy same się pilnowały i
wiedziały dokąd wrócić…
8.
Narew wiedzie
przez szpaler topól, wierzb, wikliny, łany z mozgi trzcinowej uczepione mokrych
brzegów, za którymi łąki terenów zalewowych z kępami szczawiu lancetowatego,
bielunia, łopianów o parasolowatych liściach. Mijam zjazdy nad rzekę,
zabudowania Lubiela uformowane w ulicówkę wzdłuż drogi po prawej ręce,
gdzieniegdzie drzewa wyrwane brzegom i zalegające na mieliznach. Przede mną
kolejne wyspy i kępy w nurcie. Czuję się egzotycznie.
Domyślam się przyczyny.
Adam Chętnik w „Spławie na Narwi” wydanym w 1935 roku, napisał:
„Najwięcej
dały się orylom we znaki wielkie głazy jak chałupa, prąd przy nich bystry,,
droga niebezpieczna. Były one od dawna u Dzbenina pod Ostrołęką, koło miejsca
Rowy i na Lubielu pod Pułtuskiem. Ten kawał drogi każdy początkujący oryl musi
odchorować. Już na jeden kilometr przedtem oryle tratwy szykują, po czym
najedzą się co kto ma, bo potem nie będzie czasu aż do Łach (poniżej Lubiela).
Cała jazda jest pełna niebezpieczeństw.”
Głazów w
rzece nie widzę, spotkam je dopiero przed Ostrołęką, wystające z dna pod
podmywanymi skarpami brzegów. Wierzb pochylonych nad rzeką i przewracających
budki i szałasy orylów (flisaków) na tratwach płynących skrajem nurtu też nie
dostrzegam. Tratwy przestano spławiać z końcem II wojny światowej. Flisactwo
stało się wspomnieniem.
Dolina
natomiast rzeczywiście szeroka. Z poziomu kajaka nie widać jej stoków. Ukształtowanie
terenu zasługą lodowca, którego ustępujące czoło w epoce zlodowacenia Wisły
zatrzymało się na długo w okolicy Różana. Wypływająca spod niego woda
spiętrzyła się pod Lubielem i rozlała między ówczesnymi wysoczyznami,
podcinając ich zbocza i formując ściany obecnej niecki.
Mieczysław
Bartniczak w publikacji „Nad wielkim zakolem Narwi” z 1981 roku stwierdził na
podstawie zbadanych przez siebie źródeł, że obecny bieg Narwi ukształtował się
dopiero w II połowie XIX wieku. Na mapach kartograficznych z 1835 roku
sporządzonych przez geodetów wojska polskiego a potem rosyjskich Narew płynęła
zupełnie innym korytem. Jednakże podczas powodzi w 1888 roku rozlewisko rzeki sięgnęło
skarp Puszczy Białej, przecięło szyję zakola pod Michałowem, które rzeka
wyrzeźbiła w XVI wieku, zalało wsie i miasta aż do Pułtuska i Nowego Dworu.
Lubiel zatopiła fala powodziowa sięgająca dachów domostw. Powódź w 1979 roku po
zimie stulecia miała dopiero nadejść. Kilka lat po moim powrocie z Pisza do
Ryni.

Przede mną
kolejna wydłużona kępa z zaroślami wikliny. Odnoga po lewej ręce wąska, nurt w
niej słabszy, ale wystarczający dla kajaka. Wpływam, trzymając się środka
między łąkami na piaszczystym gruncie. Zapach rozgrzanej ziemi wciąż niesie nad
rzeką. Na końcu odnogi mielizna. Rozłączam wiosło na pagaje. Kajak szoruje po
dnie, ale daje się przepchnąć. Z ulgą wypływam na głębszą wodę. Utrzymuję rytm.
W oddali początek zakola na poły zasłonięty przez obszerną wyspę. Zaczynam czuć
się tak jak na Zalewie Zegrzyńskim między Serockiem a Pułtuskiem. Jedyna
różnica, to odczuwalny prąd wody. Krajobraz podobny, zawodniony, łęgowy z
podmokłymi łąkami przykrytymi przez dywany kwitnącego podbiału. Gdzieniegdzie
dogodne wyjścia na podniesione brzegi zarośnięte kserotermiczną darnią, żywym
dywanikiem pod namiot i obozowisko. Za wyspą rozległe mielizny. Opływam zakole,
trzymając się brzegu po lewej ręce. Kiedy nurt dokucza, płynę skosem pod drugi
brzeg, gdzie toń jaśniejsza nad rozległą mielizną. Wypatruję niewielkich zagłębień
w dnie. Nad nie kieruję kajak. W głowie rodzi się taktyka pływania pod prąd:
korzystać ze spowalniających nurt płycizn; z cofek popychających kajak w górę;
unikać głównego nurtu; nie zbaczać w odnogi o niewyczuwalnym prądzie; nie
podpływać pod osłoną ostróg, bo tuż za nimi Narew napiera z taką siłą, że
korzyść staje się iluzoryczna…
Obróciwszy
się na północny wschód, ląduję w cieniu wierzb i olch rosnących na skarpie pod lasem.
Podciągam kajak na piasek, spaceruję wzdłuż rzeki ścieżką wydeptaną przez
wędkarzy i dzikie zwierzęta. Po drugiej stronie patrzę na rzeźbę odsypisk, w
których odczytuję ślady porzuconych przez Narew meandrów, łożysk wyschniętych
starorzeczy, sięgających zabudowań Grądów Zalewnych (nazwa wzięta z powodziowej
historii Narwi). Rozprostowawszy nogi, przywróciwszy w nich krążenie po
wielogodzinnym siedzeniu na podniesionym kapoku, wracam do kajaka i kładę się
na drzemkę. O dziwo śpię pół godziny, nakrywszy twarz hutniczym kapeluszem z
jasnego prasowanego filcu. Nic nie zakłóca leśnej i wodnej ciszy.
9.
- No to w
drogę – mówię do siebie i… nie poznaję własnego głosu. Drugi dzień milczenia
zaczyna dokuczać. Jeśli więc nie mam do kogo mówić, powinienem do siebie.
Sięgam po wiosło, spycham kajak na wodę, liczę głośno pociągnięcia wiosłem,
póki bezczynne struny głosowe nie odzyskają dźwięczności. Trwa to do kolejnego
zakrętu rzeki, odsłaniającego dwie zadrzewione wysepki rozdzielone głównym
nurtem. Brzegi obstawione przez wędkarzy. Naprężone żyłki drżą pod naporem
rzeki. Płynę środkiem z dala od wędek. Ominąwszy łowiska wiosłuję wzdłuż brzegu
po lewej. Płaskiego niczym deska do prasowania. Kserotermiczna łąka na
odsypisku pachnie ziołami, nagrzaną ziemią. Powietrze nad nią drży. Nad
kwiatami roje owadów i motyli. Słyszę świerszcze i koniki polne. Gorące
powietrze owiewa twarz. Słońce dokłada swoje. Zaczynam odczuwać pieczenie skóry
na odsłoniętych dłoniach. Nie mam rękawiczek. Nie przychodzi do głowy żaden
pomysł, jak chronić nieosłonięte ręce. Znoszę operację słońca z pokorą. Nie mam
wyjścia. Na szczęście Narew prowadzi coraz bardziej na północ. Drzewa na
wyniesionych brzegach dają cień, przynoszą ulgę przed kolejnymi łąkami na
terenach zalewowych, odgrodzonych łukami starorzeczy pod łagodnymi pochyłościami
doliny w oddali. Pod lasem Puszczy Białej na zachód od Grądów Szlacheckich i na
południe od Michałowa jest wypełnione wodą zakole, które Narew porzuciła w 1888
roku. Na mapie szlaku pełno odciętych od nurtu zbiorników wodnych. Kuszą, by je
eksplorować. Zdaję sobie jednak sprawę, że każda taka próba to dzień samotnej wyprawy
dłużej. A ja chcę na Mazury.

Po krótkim
odpoczynku w cieniu drzew między gałęziami podmytej olchy, która zaległa na
mieliźnie, ruszam na północ. Cienie coraz dłuższe. Brzegi z podmokłych stają
się wyższe. Lasy zbliżają się ku wodzie. Nad mieliznami coraz więcej wierzb,
topól, klonów jesionolistnych, samotnych dębów… Czuję odmianę. To Zielona
Puszcza nadaje charakter krajobrazowi. Przemykam między wyspami. Robi się
kameralnie. Narew już nie taka szeroka i rozlewna. Prąd wody silniejszy. Zmusza
do doskonalenia taktyki wiosłowania na przekór rzece. Idzie mi coraz lepiej.
Nic że za mną siedemdziesiąt kilometrów wysiłku bez snu. Daję radę.
Dopływam do
szerokiego ujścia kanału łączącego Narew z rozlewiskami w Brzózem Małym.
Odmiana krajobrazu kusi, lecz tylko zaglądam w perspektywę najbliższego
jeziora, które jest już dewastowane przygotowaniami do uruchomienia kopalni rzecznego
kruszywa. Kopalnię będą eksploatować do lat osiemdziesiątych, wywożąc urobek
barkami przez uregulowaną Narew. Potem ją zamkną, a rzeka sobie poradzi
regulatorami nurtu (ostrogami, opaskami, wyprostowanym korytem) i przywróci
naturalny porządek rzeczy. Po kopalni zostanie zalew.

Zatrzymuję
się na leniwej odnodze między zaroślami mozgi trzcinowatej. Słońce prześwietla
korony drzew zasłaniających sosnowy lasek. Jest coraz niżej. Otwieram puszkę z
zielonym groszkiem. W kocherze na podłodze kajaka grzeję zupę instant z
makaronem. Nie wychodzę z kajaka, chociaż cypelek obok piaszczysty. Leśny brzeg
pachnie nagrzaną sciółką i sosnową żywicą. W uśpionej odnodze aromat tataraku.
Od zasłoniętych lasem domostw dobiegają stłumione rozmowy, poszczekiwanie psów,
porykiwanie krów, rżenie koni. Po kolacji kładę się w środku. Każdy kwadrans
bezczynności regeneruje siły. Nad głową krystaliczny błękit. Żadnej nadziei na
chmury. Złota godzina barwi rzekę i jej zalesione brzegi. Robi się nastrojowo i
nostalgicznie.
10.
Przed
pochwyceniem wiosła czytam wytartą mapę szlaku Narwi. Wszędzie wokół zakrętasy
starorzeczy, pokręcone linie niepozornych dopływów. Gdzieś tutaj wpada Orz,
niepozorna struga spod Czerwonego Boru, poligonu nieistniejących już Jednostek Nadwiślańskich
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Z mapy wyczytuję pełne wdzięku meandry i
rozwidlenia nurtu anastomozującej Narwi, miniaturowej siostry Konga i Amazonki.
Czerwcowa zieleń nad kurczącą się po wiosennym wezbraniu rzeką kojarzy się z
dżunglą uwiecznioną w filmowych reportażach z podzwrotnikowych wypraw.

Wiosłuję. Równy
rytm i jednakowe pociągnięcia wiosłem odpędzają obawy przed nadchodzącą nocą.
Kajak kroi zawirowania, burzy warkocze wzniecane niewidocznymi przeszkodami,
niesie nad mieliznami podświetlonymi przez zachodzące słońce. Patrzę na czubek
dziobu. To sprzyja koncentracji. Nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Tracę
orientację. Brak punktów odniesienia. Szosa z Pułtuska do Różana odległą cięciwą
wielokilometrowego zakola Narwi, ciągnącego się od Gnojna na wschód a od Grądów
Zalewnych na północ. Owo zakole, cud architektury zlodowacenia Wisły, matecznikiem
nieobliczalnej rzeki. Nie da się jej ujarzmić. Można co najwyżej dostosować się
do niej. Kurpiom nie było lekko z nią współżyć. Nad jej brzegami mogli
przetrwać charakterni ludzie. Po latach, odtwarzając wyprawę ze skąpych
zapisków, mam wrażenie, iż Natura wybaczyła mi śmiałość i zesłała cudowną
bezdeszczową pogodę. Toć nie wiedziałem co czynię, porywając się na Narew i
Pisę tylko z wiosłem w rękach.

Przytulam się
do brzegu pod sosnami na dwadzieścia minut, obróciwszy twarz do czerwonej
tarczy słońca nad płaskimi polami, widocznymi między pniami pojedynczych drzew.
Słońce już nie grzeje i nie razi. Widzę ludzkie miniatury kręcące się po
obejściach. Wieczór gasi krzątaninę. Ktoś rozpala ognisko nad wodą. Dym snuje
się nad rzeką, wędruje z prądem popychany delikatnymi muśnięciami z północy.
Dźwięki nabierają innego, zamyślonego charakteru. We mnie narasta nostalgia.
Chciałbym gdzieś przytulić się do ciepła, odpocząć od mitręgi wiosłowania.
Zamiast tego sięgam po kurtkę. Musi zastąpić
ciepło kominka, ogniska, kołdry... Wyjmuję śpiwór z pokrowca i zwinięty
wciskam pod rufę za plecy. Naciągnę go na nogi w nocy.
11.
Ruszam. Nad
wodą fruwają jętki, prowokując ryby do wyskoków. Mewy i rybitwy przelatują
wzdłuż rzeki. Kwilą. Skrajem wody pod zaroślami wędrują jakieś zwierzęta.
Norki? Wydry? Piżmaki? Są za daleko, bym mógł je rozpoznać. Krzątanina życia
zamiera niczym cichnąca muzyka. Krajobraz gaśnie z każdym pociągnięciem wiosła.
Zanurzam się w cień, w półmrok. Oglądam z uwagą ciemniejącą powierzchnię wody, szukając
ewentualnych przeszkód. Kolory otoczenia ustępują szarościom i czerniom.
Księżyc dopiero wzejdzie i wspomoże, rozświetlając Narew, ale to dopiero przed północą.
Zatrzymuję
się w kępie rzadko rosnących trzcin i pałki wąskolistnej, wypełniającej leniwą
odnogę między ufryzowaną przez kępę wikliny wysepką a skarpą, nad krawędzią
której czernieje ściana sosen. Zapinam kurtkę, naciągam śpiwór do pasa. Moszczę
się na dnie kajaka. Głowa na kapok. Kapelusz z obszernym rondem na twarz.
Próbuję zasnąć. Wokół żywego ducha. Cisza jak makiem zasiał. To działa.
Odpływam w twardy sen…
Budzę się
nagle. Uderzenie adrenaliny przywraca zmysłom ostrość. Tuż przy burcie po
stronie wysepki słyszę chrupanie. Szczur wodny. Stoi na mule, podpierając się
zawiniętym ogonem, obejmuje łapkami soczystą łodygę i gryząc ją przesuwa w
pyszczku. W szarości astronomicznego zachodu widzę jego błyszczące oczka,
ruchliwe wąsy badające otoczenie.
-
Zdumiewające – myślę.
Szczur kończy
łodygę, wchodzi do wody i płynie wzdłuż brzegu, wspomagając się ruchami ogona.
Kiedy znika, sprawdzam zegarek. Obudził mnie tuż przed końcem przerwy.
-
Zdumiewające – myślę ponownie. – Taki zbieg okoliczności.
Zbieram się
więc do drogi. Kapelusz i zwinięty śpiwór za plecy. Kapok pod siedzenie. Wiosło
w dłonie. Kurtka rozpięta, żeby nie krępowała ruchów. Wypływam z zarośli i do
przodu. W narastającą pomroczność natury.
12.
Kajak kiwa
się delikatnie na boki w takt zanurzeń wiosła. Chłód już nie dokucza.
Rozgrzewam się. Stalowy nurt jaśnieje między zgaszonymi brzegami, ujawnia
przeszkody, które trzeba ominąć. Trzymam się środka, porzuciwszy taktykę
oszukiwania rzeki. Flauta wspiera wysiłek. Księżyc zaczyna prześwietlać drzewa
za plecami. Ciska plamy srebrnego światła przed kajakiem. Staje się
przewodnikiem. Jest tak jak oczekiwałem. Czuję się Waregiem zdobywcą. Mam w
sobie moc. Zmysły na pełnych obrotach. Samopoczucie komfortowe. Przedwieczorna
nostalgia przepędzona. Gwiazdy nade mną. Czystość myśli we mnie… I ten
hipnotyzujący rytm wiosłowania, sprawiający, że nie odczuwam zmęczenia.
Zatrzymuję
się w rozgałęzieniu konarów odchodzących od zatopionego pnia drzewa, którego
wykrot nadal tkwi w skarpie z płatami wyrwanej darni. Nad głową czernieje
ściana lasu. Krawędź skarpy dzika, niedostępna. Opieram wiosło o konar i
nadburcia. Kładę na nim ręce. W ten sposób nie odpłynę, gdy rzeka spróbuje
ponieść kajak nieobliczalnym wybrykiem nurtu za plecami.
Z góry
słyszę:
- Niech pan
uważa na żyłkę.
Kilka metrów
przede mną i nade mną dostrzegam sylwetkę mężczyzny. Jego twarz rozjaśnia żar
papierosa podczas zaciągania się dymem. Siedzi pod starą wierzbą zasłonięty
welonem witek i liści. Tuż za nim płonie niewielkie ognisko, oświetlając
subtelnym migotliwym blaskiem namiot i drzewa za plecami.
- Dobrze, że
pan ostrzegł – odpowiadam.
- Tak w nocy?
Sam? – pyta.
- Płynę do
Ostrołęki.
- To jeszcze
trochę. Pewnie z dzień – mówi.
- Złapał pan coś?
– to ja.
- Suma na
grunt ale wczoraj. Dzisiaj żadnego brania, chociaż w dobrym miejscu. Pełno
tutaj zagłębień pod brzegiem. Są głazy i pnie czarnego dębu na dnie… - zaczyna
snuć długo i zawile rozważania o ulubionej technice wędkowania, przynętach,
zanętach, łowiskach…
Jest sam.
Moje przypadkowe towarzystwo zachętą do rozmowy. Kiedy odpływam po dwudziestu
sakramentalnych minutach (uparcie trzymam się narzuconego sobie rygoru), w jego
głosie słyszę żal. Pamiętając o żyłce, daję się znieść nurtowi, potem odbijam
na środek rzeki i znów wiosłuję pod prąd. Najpierw powoli, by nie hałasować, a
gdy się oddalę, mocniej.
Księżyc coraz
wyżej. Narew niczym leśna autostrada. Jej powierzchnię znaczą srebrne
zawirowania. Wokół cisza. Tylko plusk wiosła. Brzmi osobliwie. Bezchmurne niebo
zwiastuje zimno. Dotkliwe. Odczuję je, gdy stanę pod sosnami, wbijając dziób
kajaka w piasek pod osuwiskiem skarpy, żeby nie odpłynął. Tym razem zagrzebuję
się cały w śpiworze i ogrzewam jego wnętrze oddechem.