Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czapla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czapla. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 stycznia 2024

Babięta i Babięcka Struga

 


Eric Richard Kandel w swojej książce „Zaburzony umysł – co nietypowe mózgi mówią o nas samych” wyróżnia następujące rodzaje pamięci:

- krótkotrwałą przejawiającą się chwilowym wzmocnieniem istniejących połączeń synaptycznych;

- długotrwałą przejawiającą się wytworzeniem nowych synaps;

- niedeklaratywną, przechowywaną w ciele migdałowatym, móżdżku i innych obszarach tak zwanej pamięci procesualnej (między innymi mięśniowej);

- deklaratywną, gromadzącą fakty i zdarzenia, przechowywaną w korach mózgowych.

 


Jak to się ma do wspomnień z wojaży kajakowych?

Tak po prawdzie, niewiele już z nich pamiętam. Gdybym nie opisał przed laty spływu Krutynią i Czarną Hańczą w kajecie, nie przypomniałbym sobie spotkań z ludźmi na szlaku. Nie były takie banalne, jak mi się wówczas zdawało. Cóż. Odczytując je, uruchamiam stare uśpione synapsy.

 





Po spotkaniu Ganckiej Strugi z Babantem, który przez chwilę wydaje się płynąć pod prąd w stronę Gantu, szlak Krutyni skręca na wschód i łagodnymi zakolami przemierza dolinę między łęgiem, łąkami i oczeretami a stokiem doliny na prawym brzegu. Kajak płynie obok łanów powłóczystych wodorostów pasemek glonów i nad wyrzeźbionym pełnym życia dnem z kępami moczarki kanadyjskiej. Nurt skrywa mnóstwo zakamarków. Ryby pluskały, wyskakując nad wodę za jętkami i dokuczliwymi muszkami. W zaroślach błąkały się krzyżówki i łyski. Mijałem wędkarzy na kładkach i w łódkach. Czas płynął jak w malignie. Samotność nastolatka nie nastrajała do rozmów. Babięcka Struga była dokładnie taka sama jak podczas pierwszej wyprawy pod opieką harcerza z Beskidu Śląskiego. Pod wieczór zapadła flauta. Spływałem nie wiosłując. Myślałem o przeprawie przez nasyp szosy przy młynie w Babiętach. Chciałem ją odwlec do świtu, by nikogo nie spotkać. Tyle że musiałem gdzieś przenocować.

 





Rzeka z każdym kilometrem zwalnia. Za łąkami i samotną zagrodą pod lasem, gdzie kupowało się mleko prosto od krowy, skręca na południe i wpada między ściany sosnowego boru. Dopiero w sąsiedztwie stanicy PTTK w Babiętach nurtowi zaczynają towarzyszyć łany trzcin, pałki szerokolistnej, sitowia, przybrzeżnych zarośli i krzaków łozy. Minąwszy polanę biwakową, na której smakowałem onegdaj jajecznicę na oleju rzepakowym, znalazłem szeroki pas zarośli odgradzający od brzegu i wsi. Tam wcisnąłem kajak, znikając z oczu postronnym. Ugościłem się na dnie w śpiworze, by przespać oczekiwanie na świt. Za poduszkę robił kapok. Nad trzcinami drżała poświata płonącego ogniska. Od niego dobiegał biesiadny śpiew. Nad głową świeciły gwiazdy. Babięcka Struga pluskała. Trzciny szeleściły. Nakryłem się kurtką. Twarz zasłoniłem czapką. Sen jednak nie nadchodził. Budzik tykał za głośno, odmierzając monotonne sekundy. Bezwietrzna noc potęgowała wszelkie dźwięki… Przysnąłem, nie przysnąłem… Śniłem na jawie… W takich chwilach doświadcza się spowolnienia czasu…

 





Kukułka



Obudziłem się raptownie. Po kajaku i śpiworze przebiegł piżmak. Poczułem jego wąsy na twarzy. Usiadłem. Zwierzątko miotało się w fałdach śpiwora, przebierając łapkami. Czmychnęło do wody. Zaszeleściło w trzcinach. Spojrzałem na zegarek. Wytrwałem w tym półśnie do świtu astronomicznego. Spojrzałem w górę. Rozjarzoną Drogę Mleczną przecięła smuga meteorytu. Między gwiazdami snuł się jakiś satelita. Chłód bijący od wody nie pozwalał już zasnąć. Spakowałem śpiwór, wymościłem siedzisko. Wysunąłem kajak z szuwarów na wodę. Mgła pokryła rzekę do wysokości ramion. Osadzała wilgoć na burtach i na odzieży. Otrzeźwiała. Płynąłem z obawą, że ugrzęznę w tumanie jak w galarecie i będę czekał do wschodu słońca. Dla kogoś postronnego musiałem wyglądać groteskowo. Widoczna tylko głowa, ramiona i pióra wiosła wynurzające się z mgły przy każdym pchnięciu. Wokół koncert budzącego się ptactwa, w tle jednostajny szum wody spadającej z tamy i krajobraz uśpionej wsi. Nigdy potem nie doświadczyłem na Krutyni podobnego zjawiska.

 

Przepłynąwszy rozlewisko z zamierającym nurtem, dobiłem o brzasku do przeprawy. Przeciągnąłem nasiąknięty kajak po asfalcie, zostawiając smugę farby. Zwodowałem poniżej, płosząc raki. Mgła spływała kaskadą znad huczącego wodospadu. Burzyła się w dole nad spienioną wodą, rozpadała na postrzępione omamy. Już zbierałem się do drogi, gdy usłyszałem:

- Trzeba było poczekać. Pomógłbym.

Pierwsza myśl:

- Skąd go znam?

Był niewysoki, krępy. Twarz pomarszczona. Ręce nawykłe do fizycznej pracy.

- Lubię o świcie nad rzekę – powiedział, zarzucając wędkę w upatrzone miejsce.

Jego ruchy były oszczędne, wyważone.

- Nie dziwię się. Piękny świt.

- Daleko pan płynie?

- Do Mikołajek.

- Tak sam?

- Nie sam. Krutynia za towarzystwo.

- Do Mikołajek pan płynie… Mieszkałem tam. Zimą kosiłem na Śniardwach trzcinę dla Stolbudu. Na prefabrykaty izolacyjne. Wiosną, zaraz po zejściu lodu, łowiłem ryby z kutra. Nie siecią. Spinningiem. Sieć nie leżała mi w ręku. Bywały dni, że przywoziłem do spółdzielni po sto i więcej kilogramów szczupaka i okonia. Znałem Śniardwy jak siebie samego. Wiedziałem kiedy i dokąd na rybę, gdy brała. Wyruszałem zawsze o świcie. Najbardziej lubiłem kamienne pułapki koło Czarciego Ostrowu. Śniardwy to dopiero jezioro. Tutejsze to przy nich jak kałuże. Bywało, że burza tak skotłowała wodę, że brzegi znikały. Najgorzej dać się zepchnąć na południową i wschodnią stronę, gdzie kamienne rafy i głazy z dala od brzegu. Niebezpiecznie. Bez kapoków się nie wybierać.

Zaciął krótko wędziskiem i wyciągnął z wody klenia. Wyjął haczyk z pyska i wsadził do siatki przywiązanej do gałęzi olchy…

 

Wtedy dopiero skojarzyłem, że któregoś dnia pływałem z nim i ojcem po Śniardwach. Ojciec bawił się spinningiem, ale zniecierpliwiony kilkugodzinnym bezowocnym rzucaniem błystki, zaproponował kutrowemu kolejkę na rozgrzewkę. Wiało. Jezioro bujało kutrem. Przemarzłem mimo grubej kurtki z podpinką. Ośmielony poczęstunkiem szyper powiedział, że teraz pokaże, jak się łapie ryby. Popłynął w miejsce, za które nie dałbym pięciu groszy. Popatrzył na sprzęt ojca i powiedział, żeby te patyki (wędziska z włókna węglowego, którymi się chlubił) odłożył na bok. Podał deskę z uchwytem i z nawiniętą żyłą. Na jej końcu wisiała kuta blacha. Kazał rzucić do wody. Widząc, że ojciec nawija żyłkę na rękaw kurtki, ostrzegł:

- Jak weźmie, to rękę przetnie. Trzymać deskę z całej siły.

Faktycznie. Uderzenie było takie, że ojca przeciągnęło spod kabiny do rufy. Walka trwała długo. Po kwadransie a może i dłużej z wody wynurzył się pysk szczupaka... Nigdy później nie widziałem takiego olbrzyma. Dołożyliśmy go do połowu szypra na handel, bo co robić z półtorametrową rybą. Na obiad za dużo. Do zamrażarki za daleko.

 


Okazało się, że rybak wyniósł się całą rodziną z Mikołajek do Babięt na emeryturę. Za grosze kupił młyn w stanie upadłości technicznej i wyremontował własnym sumptem pod agroturystykę. Początek lat siedemdziesiątych sprzyjał pierwszym nieśmiałym próbom prywatnej przedsiębiorczości, mimo dojmującego braku materiałów budowlanych na rynku. Wszystko wtedy szło na wielkie inwestycje gierkowskie.

 


 

Świt nastrajał do wynurzeń. Nie przerywałem monologu. Nie przyznałem się też do tamtej przygody na  Śniardwach. Coś mnie powstrzymało. On sam chyba mnie nie skojarzył. Odpłynąłem, gdy napełnił siatkę rybami. Pamiętam widok samotnej czapli, która zleciała znad drzew i osiadła na płyciźnie zakola (siwej, białe wówczas jeszcze nie dolatywały nad Krutynię). Polowała na ryby tańcząc. Dzisiaj powiedziałbym, że pozowała do zdjęć. Tylko że pływałem bez aparatu.

 

W przewodniku QMK Wojtka Kujawskiego „Krutynia – szlak wodny” jest notka, że młyn działał do 1930 roku. Przedtem na jego miejscu (lub nieopodal) prosperowała krzyżacka XV wieczna kuźnia wodna, w której przetwarzano rudę darniową na żelazo i wyroby żelazne.

Sama wieś powstawała odrębnie na lewym brzegu przynależnym do komturstwa w Bałdze (potem do książęcego starostwa w Szestnie) i na prawym przypisanym do komturstwa w Elbing (Elblągu) (potem do starostwa w Szczytnie). Obie części połączono w 1816 roku.

Późniejsze przeprawy przez szosę obok młyna nie wywoływały podobnych wrażeń. Znajomego mikołajskiego Mazura z Mazur znad Śniardw już nie spotkałem. Jego uporowi młyn zawdzięcza drugie życie.

 

poniedziałek, 13 lipca 2020

Łyną do źródeł


W pogodzie pojawiło się okno między kolejnymi frontami atmosferycznymi. Korzystam z okazji. Jadę do Kurek. Jest noc, a właściwie zmierzch żeglarski przechodzący w świt. Jest więc jasno. Bezchmurne niebo. Księżyc acz po pełni daje tyle światła, że widzę kolory. 







Za Przykopem hamuję. Drogę przebiega kuna. Błysnęła w skoku białym podbrzuszem, mignęła na asfalcie, zniknęła w trawie pobocza. 












Wyjechawszy z lasu widzę dolinę Łyny pod kołdrą mgły. Termometr wskazuje sześć stopni. W lipcu. Stanąwszy przy kajaku drżę z zimna. Woduję wprost z łąki. Woda omywa darń. Drepczę po zalanej trawie, spychając kajak. Wsiadam. Odbijam. Delikatna mgła dotyka twarzy. Ciepło bije od wody. Łagodzi ziąb. Zostawiam za sobą śpiące łabędzie na mieliźnie pod drugim brzegiem. Wiosłuję pod prąd. Lekko. Czuje osobliwy komfort.


To jest to – nocne pływanie w świetle księżyca. Zanurzam się w magię. Słyszę plusk i szelesty w zaroślach. Ptaki wciąż nadają, chociaż to koniec godów. I ten zapach. Mijam zalane domki i pomosty. W środku nie da się już przebywać. Most drogowy. Od betonowych ścian odbija się dźwięk zanurzanego wiosła. Perkozy odpłynęły w ujście Marózki. 
























Samotny łabędź uchodzi na jezioro. Zwalniam. Nie chcę go płoszyć. Znalazłszy lukę w szuwarach, odbijam na swobodną taflę. Łabędź zaczyna toaletę piór. Rozpędzam się. Odkładam jednak wiosło, słysząc innego łabędzia, który śpiewa. To nie łabędzi śpiew w przedśmiertelnym paroksyzmie. Ptak płynie między mną a wyspą. Nie potrafię nawet opisać tej frazy. Pojedyncze kwilenie przechodzi w dźwięczne pojedyncze gruchanie. Krótka przerwa i dźwięk się powtarza. Znowu krótka przerwa i dźwięk się powtarza. Nagrywam chociaż ciemno. Jeszcze nie słyszałem łabędzia niemego, który tak śpiewał. Nagrania w Internecie nie zawierały takiej frazy.


Kajak obrócił się do Kurek. Kontury zabudowań, drzew i chmur na północy i wschodzie rysowały się na tle brzasku. Woda odbijała ów obraz. Próbowałem fotografować. Automatyka aparatu protestowała. Po kilku podejściach zwróciłem się w stronę księżyca. Jezioro tonęło w mroku. Nieruchoma woda odbijała nieokreślone obrazy. Popłynąłem po wschodniej stronie wyspy. Dziwiłem się rozległości polan wodorostów, które zajęły większą część akwenu. 



Kajak cicho szorował mierzwę. Przystawałem, gdy znalazłem odbicie księżyca we fragmencie swobodnej tafli. Magia kazała fotografować, chociaż aparat wciąż protestował, a otwarcie migawki trwało sekundy. Gdzieś z boku snuły się perkozy i łyski. Przy burcie pluskały ryby. Jakaś czapla przeleciała tuż nad głową, dotykając twarzy podmuchem od skrzydeł. Zdziwiłem się:
- Nie dostrzegła mnie czy co?
Patrzyłem na planety poprzedzające wschodzące słońce: Wenus (najjaśniejszą o brzasku), Jowisza i Saturna w parze. Odbijały się w wodzie obok tarczy księżyca. Widok pobudzający wyobraźnię. Czułem się tak, jak podczas czytania astronomicznej rubryki w Młodym Techniku. Młodego Technika już nikt nie wydaje. Wspomnienie tamtej fascynacji jednak pozostało.


Wpłynąłem w przesmyk rozdzielający łany trzcin między wyspą a brzegiem Kiernoza Wielkiego. Przemknąłem między zaspanymi kaczkami. Nawet nie poderwały się do lotu. Obróciłem kajak ku Łynie. Wypłynąwszy na środek akwenu, spojrzałem ostatni raz na Kurki w świetle brzasku. Łuna zwiastowała nadejście tego czegoś, co umyka słowom. Poczułem na twarzy powiew z południa. 


Kajak zagrał na drobnej fali. Krajobraz uciekał jednostajnie do tyłu. Brzegi były coraz bliżej. Księżyc uśmiechał się do mnie zmarszczkami na wodzie. Ujrzałem bramę Łyny – nagie konary obumarłej łozy nad wodą, kontur bezlistnej brzozy z dala od brzegu i ściany lasu, zbiegające ku sobie krawędzie turzycy. Łabędzie odpłynęły w oczerety. Perkozy zanurkowały. Wpłynąłem na rzekę. Zasłuchałem się. Wilgi nadawały w lesie. Trzciniaki jazzowały w trzcinach. Świerszczaki szyły powietrze z krzaków. Rokitniczki popisywały się w tataraku. Żaby gadały z wnętrzności zarośniętych rozlewisk… Nad głową przeleciał błotniak. Bezszelestnie. Niczym duch. Przystanąłem pod turzycami. Położyłem się w kajaku. Zamknąłem oczy. Koncert trwał w najlepsze, dając złudzenie minionej wiosny. Łyna mówiła do mnie…


Przebrnąwszy przez trzciny, wypłynąłem na Kiernoz Mały. Mgła snuła się wzdłuż południowego brzegu. Z zachodu nadciągnęła ławica chmur. Malowała krajobraz. Pogodny wiatr pchał przed sobą drobne fale. 


Zmierzałem ku kępie brzóz nad ujściem Łyny, tnąc jezioro w poprzek. Było mi lekko. Księżyc świecił z właściwego kierunku. Srebrzył obłoki. Minąwszy perkozy i łabędzie, wpłynąłem między oczerety. Kępa brzóz wydawała się pusta. Myliłem się jednak. Z konarów poderwały się białe i siwe czaple. Nawet nie sięgnąłem po aparat. W półmroku brzasku niczego bym nie sfotografował. Odprowadzałem je spojrzeniem, póki nie zniknęły za drzewami Brzeźna Łyńskiego. Wiosłowałem przez zakręty. Zaglądałem w przejrzystą ton, wypatrując jasnego piasku między kępami wodorostów i pod liśćmi nenufarów. Sunąłem po wierzchu osobliwego akwarium pełnego ryb i polujących ptaków. Czułem na sobie dziesiątki uważnych spojrzeń. Nie byłem sam…


Przepłynąłem pod mostem, leżąc w kajaku. Rzeka wezbrawszy zostawiła wąski prześwit pod przęsłem. Wieś spała. Kajaki i łodzie leżały na pomostach ledwo wystających nad lustro wody. Zanurzyłem się w łęgu. I w koncercie Łyny. Prowadziłem kajak po mniej zarośniętych fragmentach nurtu. Lawirowałem między kłodami, gałęziami wystającymi z wody, obciętymi pniami, kępami kwitnącego arcydzięgla. Znajome zakątki wciąż pokazywały mi się z nieznanej strony.

Czapla i łabędzie



Za ostatnią zagrodą łęg objął rzekę w niepodzielne władanie. Za zakrętem zobaczyłem łabędzie. Płynęły przede mną, rozpychając piersiami liście nenufarów. Nie było im łatwo. Byłem szybszy. Zbliżałem się. Niektóre nie wytrzymały presji i zaczęły odlatywać w kierunku Morza. Nie chciałem ich płoszyć. Myślałem, że odpłyną pod brzeg i przeczekają, aż je ominę. Startowały ociężale. O świcie nikt chyba nie jest w pełni sił i wigoru. Cierpliwsze ptaki schowały się w zaroślach helokrenowego wysięku.


Ukazało się Morze. Przepatrywałem komysze wokół. Żadnych zwierząt. Żadnej czapli. Akwen okazał się pusty. Brzegi też. Łabędzie, które odleciały z rzeki, zaszyły się w oczeretach. Przemknąłem nad polaną wodorostów. Minąłem kępy zielska, które wyrosły na korzeniach nenufarów wynurzonych z mułu. Na jednej z nich łabędzie mościły gniazdo…


Wpłynąłem na rzekę. We mgłę, która zmiękczyła obrazy szuwarów. Brzask narastał. Oddaliwszy się od ściany boru, zobaczyłem nad drzewami łunę poprzedzającą wzejście słońca. Czas zwolnił. Jednostajny rytm wiosłowania pobudził endorfiny. Oczami rejestrowałem film. Bez początku i końca. Powinienem zamontować kamerę na dziobie i rejestrować niekończącą się wędrówkę. Ptaki przelatywały z jednego brzegu na drugi, polując na owady. Uwijały się w listowiu trzcin, tataraku, pałki wąskolistnej. Obok plusnął bóbr. Nie zdążyłem zareagować. Zobaczyłem tylko chwiejące się kępy turzycy, między które zanurkował. Gdzieś obok zaterkotał świerszczak. Nieco dalej zagrał trzciniak. Kukułki nadawały z drzew. Podkreślały urodę świtu. 


Trafiwszy w ulubiony fragment rzeki, stanąłem na kolejny odpoczynek. Zamiast leżeć, fotografowałem nurt i jego otoczenie na tle zamglonej łuny skradającego się słońca. Obrazy zdały się frapujące mimo nudnej płaszczyzny bezchmurnego nieba… Wrażenia, wrażenia… Tylko to miałem w głowie…


Znowu płynę. Woda ustępuje miękko pod wiosłem. Kajak sunie. Brzegi przemijają. Pochylam głowę pod gałęziami olch. Omijam kolejne kłody ogryzione przez bobry z łyka. Przepływam nad gałęziami zalegającymi dno pod zamaskowanym żeremiem. Z mokradła obok podrywają się żurawie. Obiektyw ostrzy na kwiatostanach trzcin. Do jeziora coraz bliżej. Rozpycham łodygi zielska porastającego nurt. Wiosło grzęźnie w wodorostach i liściach grążeli. Kajak skrzypi. 


W końcu widzę otwartą wodę. Przemykam obok kęp pałki wąskolistnej. Nad wodą polują jaskółki. Migotają w powietrzu, napełniając przestrzeń ulotnym ruchem. Gdzieś we mgle kwilą perkozy i łyski… Otacza mnie tajemnica…


Słońce wyłania się spoza ściany lasu. Śle smugi światła. Rozjarza mgłę nad rozległym lustrem. 







Maluje łabędzia. Ptak pozuje w tumanach mgły. To znika, to pojawia się w obiektywie. Czyści i namaszcza tłuszczem pióra. Jest niespotykanie spokojny. Wdzięczy się. Bezwiednie. Wiem, że to nieoczekiwany prezent od Łyny. Ptak mnie nie widzi. Słońce za plecami oślepia. Aparat grzeje się w rękach. Robię zdjęcie za zdjęciem. Spektakl wydaje się nierealny… Jego sceneria też… Jak podczas wieczornego spaceru bulwarem estońskiego Haapsalu wzdłuż brzegu zatoki Tagalaht, gdzie słodkowodne rozlewisko spotyka się z Bałtykiem… Spod hotelu Kuursaal rozpościerał się podobny widok na wyciszony bezmiar wody, pełny trzcinowisk, mielizn pokrytych dywanami wodorostów, po których snuły się stada śnieżnych łabędzi, wszędobylskich kormoranów, krzyżówek… Istna scenografia Jeziora Łabędziego…




Kiedy łabędź odpłynął, podążyłem do cieśniny między Brzeźnami. Grążele pokryły zatokę jednolitym dywanem. Trzymałem się blisko brzegu i łanu turzycy, gdzie lustro wody zdawało się swobodniejsze. Mijałem kępy arcydzięgla. Płoszyłem mewy i rybitwy. Czaple gdzieś się zawieruszyły, oddając zakątek łabędziom i niewidocznym żurawiom. Jezioro mieniło się w złotej godzinie odcieniami rozświetlonej zieleni. Liście pałki wąskolistnej tworzyły na tle zamglonej wody urzekające fraktale. 



Słońce epatowało oślepiającą tarczą nad rozlewiskiem. Fotografowałem. Nagrywałem. Słuchałem koncertu. Wąchałem ulotne aromaty tataraku, wody, pyłków… Wiosłowałem w monotonnym rytmie, kierując kajak w swobodniejsze kąty gęstniejącego oczeretu… Wypatrzyłem tor wodny w zaroślach. Unikałem krępującej wiosło mierzwy. Przepychałem kajak do pomostu. Woda z dołu, z boku, z liści nad głową… Wszędzie wilgoć. Kiedy wypłynąłem na Brzeźno Małe nieopodal pomostu nasiąkniętego od spodu wodą, byłem mokry od stóp do głowy. Zdjąłem przemoczoną kurtkę. Wytarłem szkło obiektywu. Ogarnąłem się, odczuwając ulgę po kłopotliwej przeprawie. Kilka ujęć uśpionego jeziora i płynę dalej.




Łyna do jeziorka Krzyże zarosła. Nurt prawie zaniknął. Przepłynąłem powoli, wypatrując ptaków i zwierząt w komyszach lasu schodzącego ze skarpy ku podmokłemu brzegowi. Mgła skraplała się na liściach. Z drzew padał istny deszcz. Unikałem wiszących nad wodą konarów. Wypłynąwszy z rzeki, ujrzałem po drugiej stronie łabędzie. Samiec pływał wzdłuż szuwarów. W zaroślach wypatrzyłem partnerkę. Siedziała na gnieździe.




Wycelowałem w ujście kolejnego odcinka Łyny. Ostatniego przed rezerwatem źródeł tworzących rozległą nieckę erozji wstecznej. Przepłynąłem nad mielizną. Bez trudu. Zwykle kajak zwalniał nad płycizną, wzniecając tumany mułu i uwalniając bąble metanu. Wezbrana woda zalała wszystko wokół. Turzyce objęły burty kajaka. Nie wiosłowałem. Odpychałem się od mierzwy zwartych zarośli. Znowu przemokłem. Rosa skrzyła się na liściach i kwiatach. Kępy wodnej trawy pokryły się srebrem. Urzekający obraz. I ptaki. Mnóstwo ptaków uwijających się w gęstwie liści i łodyg. Próbowałem za nimi nadążać. Bez skutku. Ptasią czujność budził każdy ruch wiosła, uniesienie aparatu, szuranie znoszonego przez nurt kajaku o zarośla. 

Rokitniczka






Kiedy utknąłem na kępie pływającej trawy, odłożyłem wiosło i sięgnąłem po aparat, by fotografować urzekającą panoramę doliny z nadrzecznym wzgórzem w okolicach Orłowa. Wtedy nadleciała rokitniczka. Usiadła na liściu turzycy. W plamie światła. Kręciła łebkiem. Z dziobka wystawały skrzydełka i tłusty odwłok owada. Bystre oczka błyskały spomiędzy liści. Potem spojrzała w obiektyw. Chwilę później odleciała w zarośla… Dla tej scenki warto było płynąć w nocy i o brzasku…






Łyna urzeka. Im bliżej źródeł tym mocniej. Wiedzie przez mokradła. Doprowadza pod nasączone wodą brzegi z kwaśnego czarnoziemu i odbija na środek doliny. Mami piaskiem pokrywającym przepastny muł pod spodem; labiryntem błotnistych ścieżek, przebłyskującej wody w szuwarach i dywanie turzycy; kępami wierzb, brzóz i olch na obiecujących wysepkach w zaroślach; naręczami kwiatów wyłaniających się z nieprzebytej mierzwy... Uwodzi niepowtarzalną perspektywą długiej doliny ujętej w karby stoków unoszących bór, zwieńczonej wyniesieniem terenu w pobliżu Orłowa. Obfitość wody w nurcie obiecuje długą wędrówkę. To jednak złudzenie. Rezerwat źródeł Łyny w Orłowie niesie po długotrwałych ulewach tyle wody, że wytrawny kajakarz byłby w stanie dopłynąć do mostka w Orłowie, a ten najwytrawniejszy nawet pod przepust niewielkiej zapory w Łyńskim Młynie. Od jeziorka Krzyże to zaledwie kilka kilometrów.


Klucząc po wezbranym nurcie od brzegu do brzegu, w nieobliczalnych zakrętach ukrytych w dywanie rozległej mierzwy, między zmurszałymi ambonami, pod ścianą olchowego łęgu to z lewej to z prawej; płynąc od wysepki do wysepki, od rozlewiska do kolejnego przewężenia, mijam wypełniony wodą rów łączący rzekę z leśnym mokradłem między Orłowem a Likusami. Jego widok kusił. Wpłynąłem weń. Jednak zwarte ściany turzycy skrzącej się obfitą rosą, które zamknęły pod łęgiem światło rowu, zmusiły do odwrotu. Wycofałem się. Prysznic był nie do uniknięcia.

Niebawem wpłynąłem w olchowy tunel. Głową trącałem niskie gałęzie. Krople wody wpadały za kołnierz, moczyły ramiona. Chroniłem aparat, pochylając się nad nim. Kajak mimo to płynął swobodnie. Majowe płycizny zalała woda. 








W perspektywie tunelu zobaczyłem świeżą porębę. Drwale przewrócili dębczaki w poprzek rzeki, ani myśląc je usunąć. Dopłynąwszy do zasieków z pni, stwierdziłem, że nie ma sensu brnąć dalej. Do mostka w Orłowie został raptem kilometr. Kolejny drugi dzieli mostek od tamy w Łyńskim Młynie, ale ten odcinek leży już w granicach rezerwatu. Stanąwszy pod pniem ściętego dębu, oddycham głęboko. Powietrze jest nasycone kwaśnym aromatem borowiny. Samo zdrowie…




Wracam. Niechętnie. Odkładam wiosło. Rzeka sama niesie. Olchy nad głową, gałęzie, zarośla, brzegi, wodorosty, bliskie i dalekie obrazy płyną przed oczami jak w zwolnionym filmie. Jestem coraz bliżej światła na końcu olchowego tunelu… Wypływam. Wokół cała jaskrawość. Niczym u Edka Stachury w „Całej jaskrawości”. Mrużę oczy. Za dużo bodźców. Kładę się. Kajak niech robi co chce. Woda buja. Trzciny łaskoczą. Turzyca drapie. Ptaki świergolą i migotają w powietrzu. Krajobraz pachnie. Puszcza pachnie. Oddycham głęboko. To jest to. Słodkie nieróbstwo… Zamierający czas… Przemoczony dres wysycha w mgnieniu oka…


Kiedy kajak nieruchomieje, stając w poprzek nurtu, chwytam za wiosło. Wracam przez rozpalony dzień. Nie ma już cienia w dolinie. To jest ta mniej lubiana część spaceru. Magia znika z mgłą. Na zachodzie pojawiają się chmury. Wcześniej niż w prognozie. Próbuję chwytać ptaki w kadr. Nie dają się. W słońcu czuję ciepło, w cieniu pod lasem natomiast wilgotne zimno. Z drzew wciąż kapie woda. Nie śpieszę się. Kajak zygzakuje w coraz ciaśniejszym korytarzu nurtu. W końcu obejmuje mnie sierść Łyny. Patrzę na dywan z wysokości wezbranej wody. Fotografuję kwiaty z ich odbiciami w wodzie. W oddali błyszczy jeziorko. Wpływam nań. Obok plącze się łabędź. Pozuje. Jest spokojny. Wybranka siedzi na gnieździe w oczerecie. Ledwo ją widać. Pod zachodnim brzegiem biwakują kormorany w towarzystwie kaczek. Grzeją się w jaskrawym słońcu. Gęgają donośnie. Dźwięk jest czysty, donośny. Nie przypomina gadania w kolonii, gdzie ptaki przekrzykują się wzajemnie niczym bazarowe przekupki.
- O czym do siebie tak prawią? – zastanawiam się, fotografując je z daleka.



Dobijam do polany turzycy i sitowia. W jej wnętrzu wyrasta łan jaskrów i arcydzięgla. Pysznią się barwami w pełnym słońcu i rosie…





Przepływając przez Brzeźno Małe, fotografuję z dryfującego kajaka czaple na pomoście.  Przy cieśninie na kolejne jezioro.




Słońce powoli gasło. Niebo szarzało. Chmury gęstniały. Przyspieszałem. Nadchodził deszcz. Wracając przez Kiernoz Wielki, widziałem już piętrzące się burzowe cumulonimbusy.

Łyna do końca obdarowywała prezentami. Najpierw była czapla, która dała się fotografować na tle chmurnego nieba. 






Między Kiernozami filmowałem rokitniczkę, która zapamiętale trelowała póki tchu. 










Zanim dopłynąłem do Kurek spotkałem perkoza, który upolował okonia. 









 
Na ostatnim zdjęciu uwieczniłem oczy dwuczubego myśliwego i oczy jego ofiary obracanej w dziobie łbem do gardła. Kilka dni wcześniej fotografowałem bielika ściganego przez mewę, której pisklę tkwiło w uścisku szponu… Często sielanka Łyny ujawnia tę drugą stronę życia – walkę o przetrwanie. W przyrodzie nic nie jest oczywiste i jednoznaczne.

A to remanent z drogi powrotnej.