Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Święte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Święte. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2026

Marózka

 

Brama Marózki

Kajak już gotowy do drogi. Odpychamy się od kamienistego brzegu. Kajak chrobocze na otoczakach zalegających dno. Marózka spycha nas rozbrykanym nurtem na mielizny i pnie powalonych drzew. Zapieramy się wiosłami, by nie dać się znieść. Lawirujemy śladem wartkiej wody od brzegu do brzegu, celując w wąskie przejścia między pociętymi pniami. W końcu wypływamy na mieliznę ujścia. Tutaj trzymamy się tataraku, wypływamy nad akwarium. Słońce rozświetla toń pełną wodorostów i kęp osoki, połyskujących ryb, które uciekają spod wiosła.

Tu były malownicze zasieki a w głębi "groźny aligator"

Rozglądamy się po jeziorze. Jego tafla jest pusta. W pobliżu snuje się para łabędzi z jednym tylko podrostkiem. Cicho kwilą, pływając nad glonami mielizny. Trzymając się szuwarów, zmierzamy do wejścia na rzekę. Fotografujemy bramę Marózki z łódką przypiętą do olchy. Nurt przyspiesza, wciąga w zakręt między resztki zasieków, które nie przetrwały pozimowej kry. Nawet wykrot przypominający pysk i łeb aligatora nie ocalał. Rzeka została przemeblowana.

Tej wilczej kładki nie było w ubiegłym roku

Za ruiną kładki do Orzechowa — nikt nie zamierza jej odbudować — wkraczamy w wąwóz Marózki. Tutaj dopiero zobaczyliśmy, jak bardzo zmieniła się po ostatniej śnieżnej zimie. Drzewa, które pochylały się nad nurtem, runęły i zostały pocięte przed kolejnym sezonem, żeby kajakarzom było lżej. W niektórych miejscach pozostawiono wąskie przejścia i trzeba użyć wyobraźni, by zgrać popychający nurt, ustawienie kajaka i jego prędkość — zrobić wszystko, co niezbędne, by uniknąć wywrotki lub ugrzęźnięcia w prześwicie.

Akwarium

Olcha nie zamierza się poddać

Nurt niesie

Ani myśli uciekać, nawykła do turystów

Rozświetlony kąt
 

W kilku miejscach pojawiły się progi nieomal równie atrakcyjne jak na roztoczańskiej Tanwi, tyle że nie skalne lecz z pni powalonych olch i sosen. Na szczęście woda okazała się wysoka. Przeskakujemy nad nimi. Kadłub kajaka lekko się ugina podczas zeskoku. Dziób zanurza się w wodzie, ale nie na tyle, by wlała się do środka. Jest zabawa.

Mozaika

Wprawne ok wypatrzy norkę zimorodka

Przed kolejnym zakrętem przełomu
 

Gdyby Marózka niosła mniej wody, trzeba by specjalnych umiejętności, żeby pokonać te przeszkody bez wysiadania. Takich, jakie wytrenowałem w ubiegłym stuleciu podczas wielodniowych wycieczek szlakami Suwalszczyzny, Mazur, Warmii, Kociewia i Kaszub. Znajome kąty, zapamiętane podczas wielu spacerów, nie są już takie znajome. Na brzegach zaległo mnóstwo sosen, świerków, olch i osik. Drwale musieli się napracować, by na powrót udrożnić szlak.

Trochę ulgi

Akwarium

Szorujemy 

Niegdyś ulubiony kąt zimorodków i sarny chwytanej z kajaka w lot

Chwila oddechu przed kolejnym progiem

Uskok jak na Tanwi

W leśnej ciszy, gdy kajaki zniknęły z oczu

Kiedyś była tu bujna polana




Spływamy więc i czujemy się niczym podczas spacerów w parku Łazienkowskim w Warszawie. Dajemy się wyprzedzać grupom rozgadanych kajakarzy tylko dla chwil ciszy, która następuje po ich zniknięciu za kolejnymi zakrętami wąwozu rzeki. Kulminacja nastąpi w południe, gdy dopłyniemy do mostu i zapory spiętrzającej Jezioro Święte.

Nad tańczącym dywanem

Gdy światło maluje

Świtezianka

Bukiet bez kwiatów

Świtezianka na popasie

Tutaj też kiedyś był kąt zimorodków

Tutaj gość, który pomaga odbierać kajaki, powie, że w sezonie — bywa — obsługuje w weekend do tysiąca kajaków dziennie. Marózka nie przetrwa takiego naporu chętnych do zaliczenia jej uroków. Dzieje się dokładnie to samo, co na Krutyni w Krutyniu. Widoki najpiękniejszych kątów rzeki już nie poruszają. Widać rozdeptane miejsca, gdzie zwykle polowały zimorodki, osunięte skarpy z porzuconymi norkami lęgowymi. Stare przeszkody ustąpiły nowym.


Kiedyś to był dywan



Akwarystyka niejeden obraz pokazuje

Światłem malowane

Suniemy za grupkami hałaśliwych spacerowiczów, którzy kotłują się w wąskich przejściach, przeszkadzając sobie nawzajem. Dzieje się to, co najbardziej zawadzało mi na szlakach kajakowych. Ludyczna impreza.

Pierwsze akcenty jesieni w sierpniu
 

Kończymy z uczuciem rozczarowania. Marózka latem nie jest Marózką wiosenną lub jesienną, kiedy na powrót chwyta oddech po tumulcie masowych spływów. Zwierzęta też się dostosowały — pochowały się.

piątek, 3 maja 2024

Marózka

 


Popłynąłem o normalnej godzinie a i tak nie było nikogo na Marózce. Na samym początku zaliczyłem wtopę. Nie wycelowałem należycie w wąskie przejście między rozciętymi kłodami, które przegrodziły nurt; kajak pchnięty nurtem zawiesił się na grzbiecie jednego z pni. Musiałem użyć wyobraźni, by wydostać się z pułapki. Niewiele brakowało, by woda przelała się przez burtę od rufy. Zawróciłem pod prąd i dopiero za drugim razem pokonałem tę przeszkodę bez konieczności wysiadania. Potem było już z górki. Marózka wywiodła mnie pod palące słońce bystrym nurtem przez zakręty i wśród zalegających w korycie olch na jezioro.

 




Północny wiatr marszczy lustro. Trzciny wokół nie odzyskały jeszcze kolorów. Dominuje pozimowa szarość łodyg i liści. Odrosty wykluwają się dopiero z wody. Para łabędzi pływa nieopodal jasnej mielizny, ujścia Marózki, jeszcze nie przykrytej wodorostami i kępami osoki aloesowatej. W odległym końcu jeziora ktoś wędkuje z pontonu. Nie podpływam. Musiałbym pod wiatr.

Odwracam kajak w stronę wejścia na Marózkę. Wiosłuję wzdłuż szuwarów. Słucham treli natchnionych trzciniaków i świerszczaków. Majowa zieleń rządzi w świetle słońca. Intensywna jakby to był schyłek maja. Wszystko w tym roku za wcześnie. 





 

Za szuwarami skręcam w tunel utworzony przez stare olchy. Przeglądają się w rzece niczym w lustrze. Obraz urokliwy. Obiecuje wrażenia. Odkładam wiosło. Fotografuję. Nurt sam niesie ku wykrotom drzew, które runęły lata wcześniej, a dzisiaj przypominają pyski prehistorycznych krokodyli wbiegających w rzekę. 

 

 


Mijam pnie starych olch, wypatrując portretów krasnali i trolli w korze nad wodą i nad brodami korzeni w krasnorostach. 


Lawiruję między kłodami do szczątków mostku, którym niegdyś dojeżdżałem do Orzechowa. Płynę wzdłuż łąki na lewym brzegu i wiejskich rozpadających się ogrodzeń na prawym.

 



 

Wpadam w ciasny zakręt. To początek przełomu. Ogarnia mnie rozświetlony cień majowego listowia. Klony jeszcze kwitną, dęby wypuszczają dopiero pąki. Olchy, brzozy, topole, wierzby, osiki, lipy – one już okryte liśćmi. Marózka przyspiesza. Omywa zawalidrogi, podmywa strome brzegi dźwigające pnie powalonych drzew. Nade mną gotyckie sklepienie lasu. Przede mną kolejna komnata rozszerzonego korytarza z miniaturami półwyspów pod korzeniami świerków. Mijam głaz na zakręcie. Niewyraźny. Dopiero plama światła, gdy wiatr odchyli konar, sprawia, że zawracam i fotografuję ze znoszonego nurtem kajaka kształty wody i odbicia olchowych pni załamujące się nad głazem. Chaos wydobywa frapujące kształty.

 





Marózka niesie między odsypiskami brzegów, zmurszałymi kłodami; ukazuje kolejne wnętrza; odkrywa kryjówki dzikich kaczek, niechętnie ustępujących z drogi.


 

 

 

Przenikliwe gwizdy wyostrzają uwagę:

- Zimorodki!

Przeszukuję każdy kąt z gałązkami nad wodą. Aparat w pogotowiu. Wiosło odstawione. Kajak na szczęście nie tańczy. Płynie w nurtem. Spoza pleców wylatuje klejnot, siada na gałązce w siateczce innych gałązek. Mimo to fotografuję. Kajak w ruchu, obiektyw ostrzy na gałązkach. Profil zimorodka rozmyty… cóż. Zimorodek odlatuje, nie dając szansy na więcej. Spotkanie zaliczone lecz foto-wspomnienie niewyraźne. 

 






Po chwili dzięcioł duży w godowych barwach. Przysiada w plamie słońca na pniu stuletniej sosny. Nie potrafię wycelować obiektywem. Dzięcioł pokrzykuje, jakby się ze mnie natrząsał. Nie pomaga osadzenie kajaka na mieliźnie. Pozostaje nagrać koncert wiosny w pięknych okolicznościach przyrody. Wszystko tutaj pachnie. Jestem sam. Fala spacerowiczów dopiero za godzinę, może później. Mimo to wypłynąłem za późno. Bez szans na sarny u wodopoju, na jelenie, bobry albo wydry… Sosny szumią w porywach wiosennego wiatru. Ptaki świergolą jak najęte. W pastorałach paproci (dopiero się rozwijają) drozdy, kowaliki, rudziki… Z tańczącego kajaka nie sposób je uwiecznić. Dzisiaj zabrakło przysłowiowego łutu szczęścia.

 



Nie sięgam po wiosło. Chcę przedłużyć wrażenia. Płynę przodem, tyłem, bokiem, zgodnie z kaprysami rzeki. Zahaczam dziobem lub rufą o brzeg, zanurzone pnie, wystające gałęzie; wpadam na cofki, wylatując z ostrych zakrętów; mijam świerki uczepione osypujących się krawędzi ciemnego gruntu; wykroty drzew, które runęły w stronę lasu i obnażyły misterną plątaninę korzeni; osypiska klifów, po których zsuwają się drzewa utraciwszy ziemię pod korzeniami; płaskie odsypiska wyrzeźbione wezbranym nurtem… W miejscach, gdzie rzeka zwalnia, las przegląda się w lustrze… Gdzie przyspiesza na bystrzach, kajak szoruje na kamieniach. Gdzie podmywa klify, kręcę się w ostrych zakrętach, walcząc z niesfornym nurtem… Przełom Marózki ma w sobie to coś…

 




Oto mój ulubiony kąt - strome osypisko na zakręcie obnażające warstwy naniesionego lodowcem piachu i żwiru. A w nim norka. Pod nią ślady świeżych odchodów. Zimorodki to czyścioszki. Kajaka tu nie zatrzymasz. Kłody w rzece. Nurt grozi wywrotką. Fotografuję, płynąc rufą do przodu po zawiłych manewrach tylko dlatego, że pod pochylonym pniem sosny, która runęła z klifu i wsparła koronę na drugim brzegu, nie ma już pułapek…

 





Oto mój kolejny ulubiony kąt – polanka pod sosnami, gdzie fotografowałem w plamie słońca na tle żwiru zimorodka a chwilę później filmowałem z tańczącego kajaka sarnę. Pływając z Małgosią, zawsze robimy tutaj postój. Po latach brzeg uległ dewastacji, obnażając systemy korzeniowe świerków i sosen żyjących na krawędzi. Marózka odepchnęła też wykrot i pień tworzący miejsce do zacumowania kajaka. Przemeblowany zakątek nadal jednak zachwyca. Niechętnie opuszczam to miejsce.

 



Kilkaset metrów dalej spotykam młodą krzyżówkę. Stoi na mieliźnie i nie zamierza się ruszyć. Obserwuje tylko. Kajak akurat w cofce na zakręcie. Mogę fotografować bez przeszkód. Niechętnie rusza się z miejsca, gdy odpycham się wiosłem od korzeni olchy, ale nie ucieka. Za zakrętem widzę powód – kaczora. Ten na mój widok odlatuje, zawraca między drzewami i osiada tam, skąd wypłynąłem.

 

 


Rzeka się zmienia. Przełom za mną. Płynie najpierw przez świerkowy las o tajemniczym podszycie, później w łęgu olchowym zarośniętym od spodu tatarakiem, jeżówką, trzcinami, kępami turzycy, polanami wodolubnej mierzwy, w których stare olchy umierają, stojąc i ustępując miejsca młodszym odrostom. Kajak snuje się nad jasnym dnem. Wodorosty dopiero się wykluwają. Toń czysta. Pstrągi nie mają gdzie się ukryć. Krzyżówki przesiadują na mieliznach. Uciekają, gdy hałasuję wiosłem. Gdzieś tutaj wypływa strumyk z jeziora Wery pod Orzechowem. W galimatiasie zarośli nie sposób odkryć ujścia. Listowie nie zasłania jeszcze odległego stoku doliny, grzbietem którego wiedzie droga z Kurek. Z wnętrza rozlewisk wokół północnej części Jeziora Świętego dobywa się basowe buczenie bąka (gatunek introwertycznej czapli). Słyszę i… czuję całym ciałem. Owo buczenie potrafi masować skórę…



 To już ostatnie chwile spaceru. Jeszcze tylko zajrzę na rozlewisko, przebrnąwszy przez kręty kanał między badylami suchej trzciny; jeszcze pokręcę się między łabędziami, łyskami i nurogęsiami; a wracając innym kanałem, sfotografuję kajakarzy na Marózce, którzy, dogoniwszy mnie, nawet nie wiedzą, że jestem tuż obok…

 



Jeszcze przepłynę pod wiatr, fale i oślepiające słońce do półwyspu, by z cienia lasu sfotografować wyspę – świątynię Kurke (Curcho), bogini lub boga z mitologii Sasinów i Galindów graniczących ze sobą na tych terenach…

 

 

 


 

W Opowieściach, Mitach i Legendach Starożytnych Prus, wielojęzycznej Pracy zbiorowej, wydanej w 2015 w Olsztynie napisano:

„W kwestii Curche istnieje wiele rozbieżności, chociażby płci tego bóstwa i jego funkcji w życiu codziennym Prusów. Najstarsze przekazy informują o pełnieniu funkcji związanej z plonami oraz pomyślnością w rolnictwie. O odpowiedzialności Curche za rybołówstwo pisał w XVII wieku Caspar Stein, który podawał, że rybacy z okolic Tolkmicka składali jej ofiarę z pierwszej złowionej ryby na tzw. „świętym kamieniu”, czyli głazie narzutowym na Zalewie Wiślanym w okolicy rzeczonej osady, w którym do dziś można odnaleźć ślady wyżłobionych „mis ofiarnych”. Stein precyzował w ten sposób dość enigmatyczny przekaz Szymona Grunaua, który informował jedynie o samym rytuale, ale nie podawał, któremu bóstwu był on dedykowany. Wydaje się, że XVII-wieczny kronikarz połączył fakt dość wczesnego pojawienia się Curche w źródłach (1249 r.) dotyczących Zachodnich Prus z przekazem Szymona Grunaua. ”

Tyle suchych ustaleń naukowych.


Z innych źródeł wynika, że wyspę w neolicie wykorzystywali myśliwi podążający śladami ustępujących lodowców. Pochodzące z przełomu epok schyłkowego brązu i wczesnej epoki żelaza artefakty, odkryte przez archeologów z Towarzystwa Naukowego Pruthenia podczas tematycznego spływu kajakowego w 2007 r. i przebadane przez archeologów Uniwersytetu Gdańskiego w latach 2008 – 2010, potwierdziły istnienie na wyspie tymczasowych obozowisk łowieckich. Znaleziono między innymi odłamki ceramiki użytkowej, kościane i kamienne narzędzia, zbrojniki, kamienne żarna, kości zwierząt, ślady ognisk. Nic jednak nie świadczyło o tym, że ktoś próbował tutaj założyć osadę obronną. Wyspa acz stosunkowo wysoka (do 2 metrów nad wodą) ma raptem osiemset metrów powierzchni. Dość na jeden domek z ogródkiem lecz nie na warownię.

Jezioro Święte było otoczone przez Prusów czcią. Na wyspie odprawiano obrzędy ku czci, według legendy, boga Kurcho, władającego deszczem, wodą i piorunami, a według przekazów historycznych, bogini urodzaju Kurko (Curche). Prusowie składali co roku w ofierze snop zboża związany na kształt bóstwa oraz zboże i ryby w nadziei dobrych zbiorów i połowów. Miejsce musiało być magiczne, bo nieopodal, u zbiegu Marózki i Łyny, założono wieś Kurki, której nazwę wywiedziono od nazwy bogini urodzaju. Pierwsze wzmianki o wsi wiążą się ze spotkaniem, do którego doszło w 1341 r. w Kurkach, Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego, Dietricha von Altenburg’a, z wójtem krajowym Biskupstwa Warmińskiego, celem ustalenia przebiegu południowej granicy diecezji warmińskiej.”

Wracam leśnym kanałem, starym łożyskiem Marózki powstałym po spiętrzeniu jeziora, do mostu nad jazem, uznając sezon 2024 za otwarty.