Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QMK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QMK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 kwietnia 2024

Pożegnania z Krutynią

 


Na szlak Krutyni wypływałem zwykle z Borowskiego Lasu, a kiedy przestałem tam spędzać wakacje – ze stanicy PTTK w Sorkwitach albo z ośrodka fabrycznego piskiej Sklejki, w którym mieszkałem przez całą praktykę studencką za zgodą Jana Muzyki, wieloletniego dyrektora zakładów. Z Pisza wypływałem na Śniardwy jedną z dwóch dróg: krótszą przez Kanał Jegliński, dłuższą przez jezioro Roś nie wiedzieć czemu nazywane także Jeziorem Warszawskim. 

 



Ten dłuższy szlak zaliczyłem pierwszy raz w sierpniowy weekend. Spakowawszy przewodnik Kurana i Czajkowskiego „Kajakiem po Warmii i Mazurach”, śpiwór, kurtkę, torbę z jedzeniem i butelki wody mineralnej (Mazowszanki), wypłynąłem w południe na Roś. Opuściwszy Pisę, skierowałem kajak na wschód, w perspektywę największego plosa wtulonego w szerokie łany szuwarów i ściany odsuniętego od brzegów boru. Wiatr sprzyjał, napierając na plecy. Słońce grzało. 

 

Pamiętam mozolne kilometry w monotonnym krajobrazie wodnej autostrady bez zakrętów. Płynąłem skrajem poligonu wojskowego w Białej Piskiej. Zadziwiał brak pomostów, dostępnych brzegów. Z perspektywy kajaka trzciny zdawały się nie do przejścia. Zapewne nie to co dzisiaj po kilkudziesięciu latach absencji. Nie zajrzałem wtedy do wschodnich zatok za Rybitwami.

 


Obróciłem kajak na zachód, opłynąwszy obszerny półwysep o nieregularnej linii brzegowej i żerdzie z rozpiętymi na nich żakami, po czym wpłynąłem na środkowe ploso. Tym razem pod fale. Nie były dokuczliwe. Popołudniowy wiatr gasł, nie stawiając już istotnego oporu. Wrażenia nadal były monotonne, tyle że w otoczeniu pojawiły się nieliczne wiejskie zabudowania. Ich dachy prześwitywały między koronami wierzb i olch. Ściany boru odsunęły się od wody. Nie przypominam sobie dużego zamieszania na wodzie. Ptaki wolały siedzieć w szuwarach. Jezioro stawało się węższe z każdym przebytym kilometrem.

 

Ostatnie ploso okazało się najkrótsze. Było kameralne. Wertowałem przewodnik ułożony między nogami. Spojrzałem tylko na obiecującą końcową zatokę. Skierowałem się w lejkowate zakończenie jeziora po lewej stronie szpicy kolejnego półwyspu, namierzywszy ujście rzeczki Wilkus. Na niej odnalazłem ulubione klimaty kajakarskie: zbiegające ku sobie brzegi, nurt nie stawiający oporu podczas podpływania, przestrzeń ograniczoną trzcinami, pałką, sitowiem, skrzypem, zaroślami łopianów na brzegach… Wiosłowałem, zaglądając w zakamarki zarośli, obserwując ryby w toni między warkoczami wodorostów i na tle wypłukanego piasku. Rzeczka kręciła się po okolicy, rozdwajała, łączyła. Kilka razy wpłynąłem na ślepe odgałęzienia. Zawracałem. Próbowałem innych dróg. Nie miałem jednak wrażenia, że błądzę… Coraz niższe słońce oślepiało. Nie uświadczyłem cienia. Rozgarniałem liście grzybieni i grążeli. Lawirowałem między polanami wodorostów. Szuwary były już ciche. Czasem tylko wychyliła się jakaś łyska, kokoszka albo krzyżówka. Nie widziałem natomiast czapli… Nikt wtedy nie myślał o prostowaniu Wilkusa. Pokonywałem zakręt za zakrętem wiedziony ciekawością co dalej…

 

Pierwsze jeziorko Kocioł za mostkiem, wtedy drewnianym. Owalne. Zalesione po wschodniej stronie, otoczone zabudowaniami wzdłuż zachodniego brzegu. Pól nie zobaczyłem. Były zasłonięte wybujałymi szuwarami. Przepłynąłem jezioro w poprzek, celując w ujście kolejnego odcinka rzeczki. Kuran i Czajkowski podali w przewodniku bezbłędne wskazówki. Pomogły też łabędzie, które akurat wypływały z niewidocznego w szuwarach korytarza na wyciszoną taflę. Z każdym jednak metrem Wilkus wypełniał się pałką szerokolistną. Coraz trudniej przepychałem kajak przez zarośla rozdzielone odcinkami swobodnego nurtu. Byłem trochę speszony. Bałem się, że utknę w mierzwie...


Za mostem drogowym wypłynąłem na jezioro Białoławki. Tutaj też miałem obawy. Owszem zabudowania wioski Kwik widoczne, lecz problem z wyborem kierunku. Kuran i Czajkowski zalecali cierpliwe szukanie ujścia w szuwarach po zachodniej stronie jeziora. Byłem wówczas pewien, że mało kto zapuszczał się na te komysze. Żeglarze i motorowodniacy wybierali Kanał Jegliński. Kajakarze raczej tu nie zaglądali. Wilkus był płytki. Co i raz kajak szurał o piasek lub zalegające kamienie. Zwłaszcza przed jazem zamykającym odpływ ze Śniardw. Widok tej przeszkody zaskoczył. Przez chwilę z niechęcią myślałem o przeciąganiu sklejkowej krypy. Brzeg wydał się nieprzyjazny, gruntowa wówczas droga odstręczająca. Wysiłek okazał się jednak wart ceny. Pod wieczór wpłynąłem na zatoczkę a z niej na Śniardwy spowite flautą. Przestrzeń pod bezchmurnym niebem nad zastygłą taflą; perspektywa ograniczona horyzontem, którego nie strzępiły drzewa odległych brzegów; bezruch na wodzie i wstępujący księżyc… Byłem zauroczony…


Znajomi obiecali zanocować na Szerokim Ostrowie. Dopływając więc doń, szukałem namiotów na pochylonym stoku. Zobaczyłem tylko wypłowiałą dwójkę nad ścieżką ku wodzie. Nie ufając przeczuciu, popłynąłem wokół wyniosłych brzegów w poszukiwaniu innych biwakowiczów. Podziwiałem klif po zachodniej stronie. Jednakże ostrów był pusty. Żadnych namiotów, łodzi, ludzi. W sezonie wakacyjnym. Zdumiewające… Zawróciłem więc do owego namiotu. Podciągnąłem doń kajak. Zameldowałem się na nocleg. Przez całą noc nawet kulawy pies nie zajrzał. Znajomych nie spotkałem. 



O świcie wypłynąłem na Śniardwy. Żal że wtedy nie fotografowałem. Taki akwen we flaucie to niezwykły widok… Kilka razy pokonywałem Śniardwy kajakiem, płynąc na Krutynię lub z niej wracając. Nigdy jednak nie doświadczyłem wzburzonego jeziora. Zawsze flauta – przyjaciółka kajakarzy, zawsze bezwietrze – zmora żeglarzy…


Pewnego razu płynąłem z kolegą późnym popołudniem do Bełdan. Po obu stronach Śniardw unosiły się ciężkie granatowe chmury, z których zwisały welony deszczu prześwietlone przez słońce: jedne nad Warnołtami i Popielnem, podkreślone wstęgą ciemnego boru; drugie nad północną częścią jeziora (linia brzegowa pod Okartowem zniknęła za ulewą); a my na środku bezdeszczowej alei, nad ciemną tonią, otoczeni nieruchomą taflą odbijającą ów niezwykły obraz pogodowego kaprysu, z Czarcim Ostrowem i Pajęczą Wyspą, gdzie spojrzeliśmy ostatni raz na głazy pod wodą, daleko z tyłu… 


Wiosłowaliśmy zapamiętale, uciekając przed demoniczną naturą. W głowie strach, żeby nie dopadło nas to, co onegdaj mnie i ojca na kutrze podczas łowienia szczupaków… Flauta sprzyjała wysiłkowi. Kajaki odwalały skiby spienionej wody. Fale od dziobów rozchodziły się po bezkresnej tafli i gasły, zanim dobiegły do brzegów. Pamiętam nostalgiczną pustkę na jeziorze, dalekie żagle gdzieś pod Mikołajkami i ten niezwykły wysiłek zalewający nas endorfinami… Kolega, który próbował swych sił w kajaku pierwszy raz w życiu, nie odstępował mnie na krok. Był zachwycony. Nie sądził, że dotrzyma mi kroku, chociaż wydawał się bardziej wysportowany i miał dłuższy zasięg rąk. Człowiek żyła. Swoją kondycję wypracował samotnymi wędrówkami po Bieszczadach… 


 

Dopływaliśmy do Łuknajna i przejmy na Bełdany z poczuciem ulgi. Tyle że nieuzasadnionej. Ów stan jeziora był tylko stanem niespełnionej groźby. Śniardwy z nas wtedy zakpiły. Wpływając na Bełdany, znaleźliśmy się pod jaskrawym światłem zachodzącego słońca.


Coś podobnego i równie niezwykłego spotkało mnie i kolegów na jeziorze Blizno pod Atenami. Płynęliśmy środkiem akwenu, gdy znad lasu nadciągnęła potężna chmura, przynosząc ulewę. Płynęliśmy po stronie słońca, krojąc kajakami lustrzaną taflę. Po prawej ręce na wyciągnięcie wiosła lało tak, że jezioro pokryło się srebrem. My w cieple i słońcu, a obok szumiąca pod nawalnym deszczem powierzchnia Blizna… Kaprys trwał i trwał, a kiedy ustąpił, rozpalił tęczę, barwiąc suwalski puszczański krajobraz…


Z zasady podczas samotnych i dwu lub trzy osobowych spływów wracaliśmy do miejsca startu. Krutynia zaliczana z prądem nie przypominała Krutyni pokonywanej pod prąd. Niecałe sto kilometrów szlaku Krutyni plus ileś kilometrów dopływów i spacerów w bok to była zabawa na dwa, trzy dni. Za krótko. Bynajmniej nie dlatego, że uganialiśmy się za rekordami. Wędrówka, przesuwający się przed oczami dzienny i nocny krajobraz, wrażenia o świcie i o zachodzie słońca, niesłabnące poczucie przygody, rozpierająca nas energia, wszystko to sprawiało, że nie czuliśmy znużenia. Siłą rzeczy odciągaliśmy zakończenie wyprawy tak długo jak się dało.

Do Sorkwit lub Borowskiego Lasu wracało się jedną oczywistą drogą. Do Pisza natomiast wracaliśmy przez rozprażone słońcem Śniardwy albo przez Nidzkie – w czerwcu zawsze obiecujące przygodę. Jak Wigry. Tutaj czuło się przestrzeń i obietnicę powrotu do natury. Kończąc sierpniowy spływ Krutynią po szkwale na Mokrym, płynąłem rano z kolegą przez Bełdany do śluzy w Guziance. Kajaki kroiły wodę. Musieliśmy zważać na wszędobylskie żaglówki i motorówki. Ustępowaliśmy im z drogi, nie rozumiejąc zasad, jakimi się kierowali sternicy. Żeglarze traktowali nas jak plankton godny rozjechania. Wokół ruch jak na Marszałkowskiej a my niczym piesi na jezdni. Przeszkadzaliśmy, chociaż wydawało się, że płyniemy szybko i zgodnie z nieznanymi nam przepisami albo zasadami żeglowania w tłoku. Bełdany to taki miły oku landszaft, jakby powiedział Melchior Wańkowicz. Tłok na wodzie powodował jednak, że nie czuliśmy tego uroku, chociaż brzegi wysokie i strome, wyspy, zatoki, puszcza gdzie okiem sięgnąć, bezkres nieba, prowokujące perspektywy…


Skręciwszy za mariną, dogoniliśmy dwóch turystów w jednym kajaku z zapałem mieszających wodę. Chcieli wpłynąć do śluzy przed nami. Kolega nie wytrzymał. Przyspieszył. Jakby zredukował bieg. Ja za nim. Turyści się zawzięli. Byli zgrani. Wytrzymali jednak może dwie, może trzy setki sprintu i… osłabli. Kumpel odjechał od nich i ode mnie. Po tygodniu spływu i ponad dwustu kilometrach szlaku opanował wyczynową technikę wiosłowania. Dogoniwszy go pod bramą śluzy, zobaczyłem satysfakcję na jego twarzy… Wpłynęliśmy do komory śluzy wypełnionej po brzegi. Zdyszani przegrani też się zmieścili dopchnięci przez śluzowego tyką. Wypełniona komora podniosła nas na poziom Jeziora Nidzkiego…

 






Wyczynowego wiosłowania na turystycznym kajaku uczył się ode mnie każdy. Wiesiek Łubkowski, z którym studiowałem na warszawskiej Politechnice, piski niedźwiedź (podczas każdej rozmowy musiałem zadzierać głowę), po dwóch tygodniach pływania po Czarnej Hańczy, Biebrzy i Rospudzie, wziął się za bary z kajakarzami ćwiczącymi na torze regatowym na jeziorze Rospuda. Chłopcy w wyczynowych jedynkach, lekkich jak piórko, trener na motorówce obok, a na zewnątrz toru Wiesiek na turystycznej krypie wypływający z rzeki… Zrównał się z zawodnikami w chwili wystrzału ze startera. Ze zdumieniem obserwowałem jak dotrzymywał kroku a potem zaczął ich wyprzedzać. Wytrzymał do końca półtorakilometrowego toru. Trener dopłynął do niego motorówką:

- Długo trenujesz?

- Dwa tygodnie.

- Nie wierzę.

- Nigdy przedtem nie pływałem.

- Nie zechciałbyś dołączyć? Masz ciąg…

Wiesiek opowiadał później, że trener chciał go koniecznie zmotywować to wyczynowego pływania, twierdząc że takiego talentu jeszcze nie spotkał.

 


A przecież pierwszego dnia wędrówki po Wigrach Wiesiek był wykończony falą, zimnym wiatrem i nieergonomiczną pozycją w kajaku (siedział za nisko i opierał się o podpórkę na rufie). Kiedy dopłynęliśmy do kameralnej polany naprzeciwko Rosochatego Rogu,  usnął na trawie. Myślałem, że zrezygnuje z wyprawy. Fatalnie wyglądał. Zsiniał na twarzy. Przemeblowałem z kolegą jego marynarski worek wypełniający wnętrze kajaka. Przez ten wór nie mógł wyprostować nóg. Zabraliśmy część jego rzeczy do swoich kajaków. Urządziliśmy z kapoka podwyższone siedzenie, odsunąwszy go od tradycyjnego drewnianego oparcia na wysokości nerek. Wiesiek, kiedy się obudził i opił gorącej kawy, zaprotestował. Nie uległem. Nie pozwoliłem mu podpierać pleców. Przyuczyłem go jak ma siedzieć, układać nogi w kajaku i wiosłować z wykorzystaniem zasięgu barków i rąk. Przez kilkaset metrów korygowałem jego postawę i ruchy, póki nie załapał, o co chodzi. Przestał wreszcie cierpieć. Wigry wynagrodziły mu wtedy niewygodę i poranne zmęczenie niezwykłym krajobrazem i wieczorną flautą pod Gawrych Rudą…

 







Nidzkie – fantastyczne. Płynęliśmy wzdłuż południowego brzegu pod pochylonymi sosnami, dębami, brzozami, olchami, między wyspami, pod wzniesieniami Prania i Krzyża. Odwiedziliśmy obie opisywane przez Ernsta Wiecherta zamordejskie zatoki, tę wielką i tę małą. Zanocowaliśmy na jakimś kameralnym cyplu pod Zamordejami z dala od tłumów na wodzie i od wypełnionych polan biwakowych. Następnego dnia kończyliśmy spływ w Wiartlu. Do Pisza dowieźliśmy kajaki na furmance doczepionej do starego ursusa…

 

Ostatni spływ Krutynią zaliczyłem jesienią. Kolega wyszedł z wojska w stopniu podporucznika po odbyciu obowiązkowej służby w jednostce saperskiej w Kazuniu i koniecznie chciał świętować wolność w kajaku. Nie dałem się długo namawiać. Popłynęliśmy ze stanicy PTTK w Sorkwitach. Na początku jednak kierownik nie chciał uznać mojego dowodu osobistego.

- Gdzie pan pracuje? – dopytywał.

Podałem nazwę instytucji.

- W dowodzie nie wpisano.

- To jakiś problem?

- Pan to chyba ze służb. Oni nie wpisują.

- To proszę tak uznać – skwitowałem.

- No dobra. Kajaki zdacie w PTTK w Rucianem – zakończył śledztwo.





Krutynia przyjęła nas jak dobrych znajomych. Szlak opustoszał po wakacjach. Zanurzyliśmy się w  samotności i błogości. Pierwsze obozowisko rozbiliśmy na Jeziorze Białym. Obraz jeziora w promieniach zachodzącego słońca z deszczowymi chmurami zawieszonymi gdzieś nad Pieckami i Nawiadami – niezapomniany. Ta cisza, ta gładkość jeziora przed namiotem, szczęk kochera nad ogniskiem, zapach płonącego drewna i ciepło żaru, gadanie perkozów i śmieszek, aromat tataraków i boru za plecami, nastrój złotej godziny... 

 



Drugie obozowisko urządziliśmy nad jeziorem Tejsowo po przepłynięciu Babantem do Babięt Wielkich i z powrotem; trzecie na wyspie Zyzdroju Wielkiego po zaliczeniu strumienia Kadyk (Kuklanka) z trzema jeziorkami pod Krawnem; czwarte na bindudze Jeziora Gardyńskiego; piąte gdzieś między Siwirogiem a Zamordejami, zawróciwszy spod Wiartla na końcu Jeziora Nidzkiego…


Ostatniego dnia dopłynęliśmy do stanicy PTTK w Rucianem, zdaliśmy kajaki i długo nudziliśmy się w oczekiwaniu na nocny pociąg z Ełku do Warszawy. Kiedy nadjechał, zajęliśmy miejscówki w Warsie. Wars-man zaproponował scenicznym szeptem golonkę do zamrożonej flaszki. Nie musiał nas zachęcać. Po tygodniu jesiennego pływania po Krutyni byliśmy w stanie zjeść wszystko… To była epoka kartek na mięso, cukier, masło, mąkę, proszek do prania... Porcje były ogromne, pięknie upieczone, parujące, z chrupiącą skórką, ogarnirowane dobrze przyprawioną kapustą, marchewką, innymi warzywami… Wyżerka, palce lizać!...

Usiedliśmy obok kontuaru, żeby Wars-man nie musiał chodzić z alkoholem…

Po godzinie zajrzeli do Warsu inni podróżni. Widząc nas nad dymiącymi talerzami i wdychając aromat świeżego pieczystego, też tak chcieli. Usłyszeli:

- Zeżarli cały zapas. Nie odważyłem się odmówić.

Podkreślił słowa sugestywnym skinieniem głowy w naszym kierunku…

Po takim komplemencie rozprostowaliśmy się dla podkreślenia wagi wygłoszonego usprawiedliwienia.

Goście musieli obyć się nieśmiertelną jajecznicą, wiekowym bigosem i zleżałymi kanapkami z nierozpoznawalną zawartością.

Wars-man wyznał, gdy zaproponowaliśmy wspólną kolejkę, że ta golonka to z jego prywatnego zasobu. Był rok 1984. Znamienny. Trawestując Orwella, nieomal orwellowski. Tłumaczący konspiracyjną ostrożność. Przewodnia siła narodu powołała do życia IRChę (Inspekcję Robotniczo-Chłopską – remedium na kartkowy niedostatek). IRCha panoszyła się wszędzie, uprzykrzając życie szmuglerom, prywaciarzom, spekulantom, badylarzom, nierobom, przedstawicielom wolnych zawodów; słowem wszystkim tym, którzy mieli w "dogłębnym poważaniu" kartkowy dobrobyt i polegali na handlu wymiennym... Kto tego nie przeżył, nie zrozumie, o czym mowa… Kto zechce zrozumieć, niech obejrzy Zmienników albo nieśmiertelne dzieła Staszka Barei.

 

Od tamtej pory nie kajakowałem po Krutyni… Proza życia w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych nie sprzyjała już takim fantazjom…

 


wtorek, 20 lutego 2024

Krutynią z Ukty do Bełdan

 


Wojnowo utkwiło w pamięci nie za sprawą spływów, lecz za sprawą zdjęć do Zielonej Rzeki. Podczas pierwszego spływu płynąłem między pochyłościami pól i łąk, nad którymi wisiały skowronki, nie widząc klasztoru za jeziorem Duś. Widoczna była jedynie prawosławna cerkiewka ufundowana przez cerkiew moskiewską w celu przekonania staroobrzędowców do powrotu na łono carskiego prawosławia. Rzeka tutaj nierychliwa. Czarna toń nad mierzwą wodorostów i zarośli skrywa słabo widoczne dno. To być może skutki dewastującego pogłębiania Krutyni w latach trzydziestych XX przez Niemców usiłujących wprzęgnąć ją w leśną gospodarkę starostwa mrągowskiego.

 




Jaskółki furkotały nad głową. Obniżały lot ku wodzie, dotykając drobnych fal dziobami i końcami skrzydeł. Obserwowałem wysiłki perszerona ciągnącego wóz z sianem. Ponaglany klepnięciami w zad przez woźnicę obok, przechodził przez wybrzuszony mostek. Podpłynąłem pod przęsło. Luźne belki przejazdu, nadpróchniałe dźwigary, źle zakonserwowane podpory nie budziły zaufania. Rozumiałem lęk spracowanego konia. Po kilku latach, przejeżdżając mostkiem z Jackiem Rokickim „maluchem” 126P, miałem duszę na ramieniu. Chwiał się pod nami. To wtedy. 

 

Dzisiaj jest po przebudowie. Przęsła ze stalowych dwuteowników na solidnych impregnowanych podporach wbitych w dno dźwigną o wiele więcej.

 


Krutynia płynie za mostkiem rozległą doliną o łagodnych zboczach, przyjmując północny kierunek z lekkim odchyleniem na wschód. Z daleka widać już zabudowania Ukty, w której urzędował wachmistrz Schmidt, król filiponów, kierujący powołanym w 1842 roku specjalnym komisariatem do spraw starowierców.

 


Za mostem i stanicą PTTK w Ukcie wierzby obejmują brzegi w posiadanie. Rosną nad rzeką pojedynczo i w kępach. Przyjmują dziwaczne  pozy. Mijałem krótkie pnie poorane pęknięciami, pełne otworów po zgubionych konarach, dziupli wydłubanych przez dzięcioły, dźwigające splątane gałęzie… Lawirowałem między warkoczami witek, trącałem wiosłem mierzwę, wypatrując kłobuków.

 


Spoza zakrętu wyłaniają się kamienne filary. Zwieńczają poprowadzone w poprzek doliny nasypy starej linii kolejowej. Torowisko zostało zrabowane przez krasnoarmiejców w 1945 roku… Most po raz pierwszy został wysadzony w 1914 roku przez ustępujące przed nawałnicą kozackich pułków regimenty obrony terytorialnej i odbudowany już w 1915 roku. Jego charakterystycznym elementem było przęsło skierowane łukiem ku wodzie. Tak jak w starym moście nad Marózką przed Jeziorem Maróz, zanim zostało zastąpione nową konstrukcją bez wyrazu…

 


Ostatni dom w sadzie zostaje z tyłu. Przede mną pustkowie, w którym wierzby i olchy niechętnie ustępują miejsca drzewom piskiej puszczy. Coraz bardziej leśna Krutynia wiedzie ku polanie pod sosnami. Wyszedłem z kajaka. Pierwszy raz od świtu w Krutyńskim Piecku. Czułem osobliwe znużenie. Byłem sam. Krajobraz nie urzekał jednak mimo bogactwa. Wańkowicz, tropiąc Smętka, wyjaśniał:

W dół od Wojnowa, po minięciu Starej Ukty (…) zaczyna się partia, którą niemieckie przewodniki określają jako mniej piękną. Przyjęte jest uważać krajobraz za ładny, jeśli ma ładne perspektywy, dobre pofalowanie zieleni, szafarz wody, bogactwo kolorów, jakąś makietkę „niedbale rzuconej wsi”, jakiś kontrastowy pierwszy plan itp. łatwizny. Ten stosunek do „ładnego” krajobrazu mają wszystkie żywioły urbanistyczne, które traktują landszaft jako miły, niekłopotliwy, niezobowiązujący do niczego odpoczynek.





 

Krutynia przed i za mostem drogowym w Nowym Moście nie mami landszaftami. Meandruje między ścianami lasu a nieprzystępnymi łąkami. Stroi z wędrowca żarty. Nie wiadomo, dokąd płynie, bo niespodziane i częste zmiany kierunku dezorientują. I chyba by mieć kompas cały czas na widoku, by zorientować się, że tak w ogóle Krutynia wiedzie wciąż na północ. 

 

 



 

 


Na wysokości Bobrówka zbliża się do lokalnej szosy w kierunku Mikołajek. To tutaj z lewego brzegu wypływa nieśmiały strumień, który bierze początek z jeziorka Kołowinek. Tego samego, w którym łowił ryby Ernst Wiechert ze swoim ojcem, korzystając z prawa do połowu na potrzeby stołu w leśniczówce. Strumień na moment ukazuje się w towarzystwie widocznego przez drzewa z nasypu szosy jeziorka Skok i stojących nad nim zabudowań.

 


Lubiłem biegać wzdłuż tego strumienia i jego zarastających rozlewisk pełnych ryb leśnymi drogami i ścieżkami. Na jednej z polan oglądałem urzekający taniec pary żurawi – jako żywo przypominający baletowe popisy żurawi na japońskiej wyspie Hokkaido, motywie jednego z zajmujących filmów Louie Schwartzberga z serialu Moving art (niestety wycofanego z Netflixa).

 


Podczas kolejnego spływu spróbowałem z kolegą wpłynąć w ów strumień. Ciągnęliśmy kajaki, depcząc jasny piasek pod bystrym nurtem. Po około 300 metrach ścieżkę strumienia zamyka przepust pod nasypem szosy. Szeroki na tyle, że kajak się mieścił, zniechęcił jednak widokiem gałęzi zasłaniających prześwit i wyjście po drugiej stronie. Przenoska przez szosę gwarantowała trud i pot. Trzeba by wnosić kajaki po stromym zarośniętym nasypie, przenosić nad barierkami, polować na przerwę między samochodami, znosić stromizną między samosiejkami... Popatrzyliśmy tylko na taflę jeziora pod lasem…

 

Przypomniawszy sobie bagienne komysze, które przemierzał ów strumień spod leśniczówki w Piersławku i zdawszy sobie sprawę, że skazalibyśmy się na przeżycia podobne do przejść Igora Newerlego na Opiwardzie, gdzie utknął w borowinowym bagnie na trzy dni i omal nie poległ kąsany przez roje komarów i ślepaków, powiedziałem tylko:

- Zawracamy.

Kolega przyjął to z ulgą.

 


Krutynia zamiera, gdy wypełnia szerokie, zdawałoby się, bezdenne koryto. Mota się w niedających się przeniknąć spojrzeniem zaroślach pod kajakiem i otulających niewidoczne brzegi, pod pochylonymi drzewami wpijającymi się w niestabilny grunt korzeniami. Wybujałe trzciny, sitowia, splątane tataraki, kosaćce, jeżówki, kępy szaleju i szczawiu pospołu z nadrzecznym łęgiem zasłaniają odepchnięte masywy puszczy.

 



Podczas pierwszego spływu nie widziałem kwiatów w tej egzotycznej dżungli. Światło z bezchmurnego nieba zamieniało owe zielone kształty i odcienie natury w jednolitą mozaikę kontrastów, czyszcząc  krajobraz z porannej świeżości. Tak dopłynąłem do Jeziora Gardyńskiego – centrum krajobrazowego rezerwatu Dolnej Krutyni imienia Melchiora Wańkowicza, powołanego do zachowania w naturalnym stanie krajobrazu polodowcowego i ekosystemów wodnych rzeki Krutyni. Utworzony 10 maja 1989 roku zajmuje powierzchnię 969,33 ha, obejmując także jeziora Malinówko, Dłużec, Smolak, torfowiska wysokie, przejściowe i niskie z ich florą, biotopy ptaków drapieżnych, wzniesienia morenowe otaczające obszerną dolinę rzeki.Wędrując wtedy, nie zdawałem sobie sprawy z owej niezwykłej wartości przyrodniczej tej część szlaku.


 

Płynąłem nad mchem wodnym (Fontinalis dalecarlica), w towarzystwie, grążeli żółtych (Nuphar lutea), grzybieni (Nymphaea alba), strzałki wodnej (Sagittaria sagittifolia), kęp turzycy wysokiej i niskiej, łanów trzciny pospolitej (Phragmites australis), pałki szerokolistnej (Typha latifolia), turzycy dzióbkowatej (Carex rostrata), turzycy żółtej (Carex flava), dziewięciornika błotnego (Parnassia palustris), ostrożnia błotnego (Triglochin palustre), situ członowatego (Juncus articulatus), situ rozpierzchłego (Juncus effusum), storczyka szerokolistnego (Dactylorhiza majalis)…

 



Mijałem szpalery zbitej mierzwy zasłaniające torfowiska przejściowe z siedmiopalecznikiem błotnym (Potentilla palustris), wełnianką wąskolistną (Eriophorum angustifolium), kruszykiem błotnym (Epipactis palustris), turzycą bagienną(Carex limosa)… i wiele innych.





Widziałem nad zaroślami oddalone łęgi olchowe i brzozowe z brzóz omszonych i brodawkowatych, ściany wilgotnych i mieszanych borów z domieszką świerków, brzóz, dębów, których poszycie wypełniają kserotermiczne ciemiężyki białokwiatowe (Vincetoxicum officinale), kokoryczki wonne (Polygonatum odoratum), lepnice zwisłe (Silene nutans), bodziszki czerwone (Geranium sanguineum)…

 



 

Płynąłem z dala od żyźniejszych miejsc, gdzie rosną lasy mieszane z drzewostanami sosnowo-dębowymi z wawrzynkiem wilczełyko (Daphne mezereum), konwalią majową (Convalaria majalis), lilią złotogłów (Lilium martagon), naparstnicą zwyczajną (Digitalis grandiflora), orlikiem pospolitym (Aquilegia vulgaris), przylaszczką pospolitą (Hepatica nobilis) i dzwonkiem skupionym (Campanula glomerata).

 



 

 

Miałem szansę zobaczyć gniazdujące tutaj bieliki, orliki krzykliwe, rybołowy, myszołowy, pustułki, żurawie, bociany czarne, czaple siwe, cietrzewie, dzięcioły czarne; przy odrobinie szczęścia zimorodki, przywitasz łabędzie, perkozy dwuczube, łyski, krzyżówki; wyglądające z zarośli jelenie, łosie, sarny, dziki, lisy, jenoty, borsuki, kuny, płochliwe i czujne wilki i rysie; pod kajakiem szczupaki, płocie, klenie, wzdręgi, liny, kiełbie, ukleje, miętusy, krąpie, okonie, jazie, sumy, węgorze…

 




 



 

Jezioro Gardyńskie jest podmokłe i nieprzystępne. Mijałem wtedy tratwy zakotwiczone u podnóża bindugi. Tam dobiłem do brzegu na odpoczynek i gapiłem się na rozedrganą taflę pełną rozgadanego ptactwa i polujących rybitw i mew. Upał dawał się we znaki…

 


 


 

Za bindugą było przejście na zatokę Malinówko (według Kurana i Czajkowskiego, opisujących szlaki kajakowe na Warmii i Mazurach). Nim odnalazłem przejmę na Jerzewko, ostatnie jezioro na szlaku przed Bełdanami, usłyszałem ostry bolesny dla uszu świst. Za plecami. Od olch i świerków odrywał się wir. Kaprys, którym Krutynia postanowiła zaskoczyć na koniec wyprawy. Wir rósł w oczach, zasysając wodę. Owo rozpylone monstrum, sypiąc kurzawą, zwaliło się na mnie, obróciło kajakiem, chlusnęło wodą, natarło na drzewa po drugiej stronie zatoki. Myślałem, posypią się drzazgi z połamanych gałęzi i liście, a tu – nic!. Wir jak nagle powstał, tak nagle zniknął. Woda opadła. Nad drzewami zajaśniała tęcza i równie szybko zgasła. Gdyby nie woda, którą wylewałem z kajaka, nie uwierzyłbym, że to się zdarzyło…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



 

Jerzewko przypomina meandrującą nizinną rzekę. Zarośniętą, rozdzieloną na odnogi, z rozlewiskami i cieśninami między nimi. Po kilku zakrętach w nieprzystępnych brzegach odpychających las od wody wpływa się na Czarną Rzekę przemierzającą Iznotę i park z „atrakcjami dla dorosłych”. To dzisiaj. Wówczas nad rzeką stały nieliczne przedwojenne zabudowania zasłonięte przez olchy.

 




 




 

Za mostem drogowym Czarna Rzeka wpada do Zatoki Iznockiej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 







 



Na lewo od ujścia, na występie brzegu, urządzono imitację osady galindzkiej. Spod niej jak okiem sięgnąć panorama Bełdan. Miły, niekłopotliwy dla oka landszaft – jakby powiedział Wańkowicz. To dzisiaj. Wtedy było tu pole biwakowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



 

Melchior Wańkowicz rozróżniał dwa typy krajobrazu: ten wpadający w oczy podczas pierwszego spojrzenia, łatwo dostępny, epatujący rozległą przestrzenią, jak okolice Zyzdrojów, Jeziora Mokrego, między Babiętami a Krutyńskim Pieckiem, i ten osiągalny dopiero wtedy, gdy wkroczysz weń o świcie, za dnia, o zmierzchu, w nocy, wjedziesz rowerem, wpłyniesz kajakiem, spojrzysz nań z grzbietu konia, doznasz zmęczenia i zsumujesz każdą przeżytą chwilę. Płynąc pierwszy raz dolną Krutynią, nie uświadamiałem sobie należycie jej urody. Kilka lat później, namówiwszy kolegę z Politechniki do wyprawy w czerwcu z Piszu do Sorkwit i z powrotem sprawdziłem na własnej skórze spostrzeżenie Wańkowicza o aktywności nadającej znaczenie krajobrazowi.

 


 

Dopłynęliśmy wtedy o zmroku do polany biwakowej przed ujściem Krutyni. Ujrzeliśmy namioty tuż nad wodą. Nie było już miejsca na kajaki i nasz niewielki namiot… Istny turystyczny sabat w połowie czerwca. Popatrzywszy chwilę, powiedziałem:

- Płyniemy dalej.

Kolega się zgodził, chociaż od rana mieliśmy w rękach Kanał Jegliński; jezioro Seksty, gdzie omal nie rozciąłem nogi na rozbitej przez jakiegoś niechluja butelce zagrzebanej na poły w piasku mielizny; Śniardwy, łagodnie rozfalowane; Łuknajno, w którego wnętrze zajrzeliśmy z ciekawości dla tych setek łabędzi wychowujących młodzież; Bełdany spowite wieczorną flautą…

 


 

Wtedy świecił księżyc w pełni. Noc była pogodna, bez wiatru. Delikatne chmury i warkocze smug kondensacyjnych po samolotach snuły się na północ… Mieliśmy w sobie siłę i świeżość. Popłynęliśmy do ujścia. Kolega płynął z tyłu, pilnując się mojej jasnej koszuli. W nocy widział gorzej ode mnie. Byłem w swoim żywiole. Przemknęliśmy przez uśpioną Iznotę, unikając powalonych drzew w nurcie, kładek, mielizn pod ledwo widocznymi brzegami. Przepłynęliśmy bez wrażeń pod mostem. Ospała rzeka w plamach księżycowego światła, z trudem przenikającego przez ścianę lasu, nie stawiała odczuwalnego oporu. Niebawem otworzyło się Jerzewko. Las odsunął się od brzegów. Otoczył nas żabi koncert. Perkozy i łyski usuwały się w oczerety. Z przejść między kolejnymi rozlewiskami podrywały się oburzone kaczki. Krajobraz pojaśniał osrebrzony poświatą. Nastrój taki, jakbyśmy w samotności słuchali koncertu King Crimson…

 


 

Płynęliśmy w rytmie 50 minut wiosłowania i 10 odpoczynku, podczas którego mogliśmy się położyć i wyciągnąć nogi, każdy w swoim dwuosobowym kajaku. Zarządzałem przerwę, nie patrząc na zegarek. Podczas wielu wędrówek wyćwiczyłem kontrolę czasu do tego stopnia, że potrafiłem podawać godzinę z dokładnością do minuty. O świcie kolega po którymś odłożeniu wiosła stwierdził:

- Jesteś jak chronometr. Można by zegarki regulować. 

 

 



Gardyńskie w świetle księżyca jawiło się wielką scenerią „Snu nocy letniej”. Zwolniliśmy. Flauta, żadnej mgły, księżyc w towarzystwie gwiazd, kryształowe powietrze, które pogłębiało granat bezchmurnego nieba…  Nie odczuwaliśmy zmęczenia. Zauroczenie odpędzało senność. Nie rozmawialiśmy. Wymienialiśmy tylko zdawkowe uwagi. Po łące porastającej porzuconą bindugę snuły się jakieś cienie i kształty. Domyślałem się obecności jeleni i saren. Bezwietrzna noc wypełniona żabim koncertem i basowym masującym serce dudnieniem bąków ukrytych w rozległych szuwarach, sprzyjała osobliwej koncentracji. Jakbyśmy pogrążali się w staropruskim i celtyckim mistycyzmie (obie kultury przenikały się na długo przed nadejściem Słowian). 

 


 

 

W drodze powrotnej nocowaliśmy na owej bindudze. Zdążyła zarosnąć soczystą murawą. Obudzony o świcie przejmującym zimnem wyszedłem z namiotu wprost na… oszronioną trawę. Poślizgnąłem się. Łąka zaiskrzyła się diamentami w promieniach słońca wynurzającego się zza drzew. Można było zakładać biegówki i spróbować w stylu klasycznym po grubej warstwie szronu. Stałem zauroczony. Mróz jednak dokuczał. Zmusił do biegania dla rozgrzewki do lasu pod górkę i nad wodę, pod górkę i nad jezioro... Potem dopiero zacząłem szykować kawę i coś gorącego do jedzenia. Kolega wygramolił się z namiotu na gotowe…

 


Po Gardyńskim zanurzyliśmy się w puszczańskiej Krutyni. Na południe prowadził nas księżyc w zenicie. Fantastyczny nocny przewodnik. Dzięki niemu unikaliśmy pułapek, których pełno w nurcie aż do Nowego Mostu. Za nim było łatwiej. Za sprawą świtu żeglarskiego zmieniającego się w astronomiczny i krystalicznego powietrza bez mgły. W świetle brzasku nic już nie mogło zaskoczyć. Chłonęliśmy wrażenia. Wiosłowanie sprawiało przyjemność. Leśne kilometry mijały niczym sen. Kajaki grały na wodzie, dziobami rozcinając kręgi fal wznieconych przez ryby, zawirowania leniwego nurtu, obrazy drzew odbijających się w lustrze rzeki… Trwało to aż do Ukty. Minąwszy filary po moście kolejowym, przepłynąwszy pod mostem drogowym, pokonawszy łagodne zakole za Uktą, stanęliśmy w kępie szuwarów, wystawiając twarze do wschodzącego słońca (kolejna planowana przerwa na 10 minutowy odpoczynek), i… w tej samej sekundzie zasnęliśmy…

 



To była najbardziej zwariowana wyprawa szlakiem Krutyni. Spaliśmy wtedy przez cały słoneczny i księżycowy tydzień może ze 20 godzin. Wystarczały nam krótkie drzemki, po których wracała pełnia sił. Nie chciało nam się rozstawiać namiotu. Spaliśmy pod nim może dwa razy. A tak materac na trawę, śpiwór po szyję, czapka na twarz… W czerwcu nie ma prawdziwej nocy. Zastępuje ją żeglarski zmierzch i świt.