Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stary Folwark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stary Folwark. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Z Wigier na Hańczę


 

1.

Świt wygania z namiotu. Jest zimno. Ognisko zgasło. Popiół ledwo ciepły. Siadam na chybotliwej kładce. Przede mną jezioro we mgle. Lustro zastygłe. Odbija obrazy lasu, pogodnego nieba, tańczących zjaw. Ptaki już śpiewają, niektóre cicho popiskując i kwiląc, inne imponując rozbudowanymi dżezowymi bon motami…

 

 


 

Na środku tafli leniwy ruch. Rozpoznaję perkozy z zagrzebanymi w piórach matek pisklętami w barwach krakowskich pasiaków. Za nimi snują się łabędzie. Być może te spotkane wczoraj pod Łysochą. Ich młode jakby podobne wielkością i umaszczeniem. Zatoka i jezioro to ich rewir…

Kątem oka dostrzegam trójkąt z fal pod pasmem jasnych trzcin. Na jego szpicy łeb bobra. Pewnie to mieszkaniec widzianego z Wigier żeremia na grobli odgradzającej Białe. Płynie na środek jeziora, potem nurkuje i znika. Fale pozbawione przewodnika wydłużają się, słabną, zamierają…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tymczasem mgła w zwiewnych formacjach tańczy menueta albo nieskładnego walca. To zasłania to znów odkrywa sosny, świerki, olchy, brzozy na wyniosłych brzegach odległych kątów. Nie czuję wiatru, zastanawiam się więc co przyczyną tego subtelnego ruchu nad lustrem... 


Słońce podnosi się znad horyzontu, przeszywa światłem las od strony Wigier, syci mgłę ulotną pozłotą. Nad jeziorem zapala się żywa tęcza. Rozjaśnia się, blaknie, znów rozjaśnia w takt chaotycznego tańca mgły. Powierzchnię jeziora barwi subtelna iryzacja, jej przejawem ledwo uchwytne nieregularne plamy w kolorach tęczy…

 

Płycizna pod kładką migocze ławicami drobnych ryb: kiełbi, różanek, krasnopiórek, płoci, leszczyków i krąpi… Wędrują wzdłuż brzegu w towarzystwie pasiastych okonków na tle delikatnych makroglonów: ramiennic i przesiąkry, tworzących podwodny las w niebieskawej toni...

Ukleje trą się między łodygami trzcin i sitowia na skraju wody i obnażonego piasku, pluskając i wzniecając srebrne rozbryzgi. W zapamiętaniu niektóre wpychają się na mokry piasek i z trudem wracają do wody, wijąc się w tańcu świętego wita. Nic ich nie rozprasza…

Jest magia, a w jej środku ja z nogami podwiniętymi po turecku, z rękami opartymi na szorstkich deskach za plecami, zauroczony aromatem jeziora i lasu, zapatrzony, zasłuchany, pogrążający się w osobliwej medytacji…

 



2.

Słońce już wysoko. Oświetla wnętrze lasu. Koledzy wychodzą z namiotów. Marudzą, że zimno. Przeciągają się. Rozpalamy ognisko. Kochery szczękają. Woda bulgoce. Jest kawa, jest herbata. Puszki otwarte. Chleb pokrojony. Śniadanie na świeżym powietrzu. Rozmawiamy o przyziemnych sprawach. Las nad głową. Flauta. Mgła ustępuje. Rosa paruje…

Zwijamy obozowisko. Składamy materace, karimaty, śpiwory, namioty. Znosimy bagaże do kajaków. Pakujemy się. Zalewamy żar ogniska, wzniecając obłok pary. Zbieramy puste puszki do worka na śmieci…

 


Odbijamy od brzegu. Płyniemy środkiem jeziora. Humory dopisują. Słońce grzeje. Koszule i spodnie idą w kąt. Opalamy się. Pod kajakami błękitna toń. Pod nią widoczne dno zarośnięte chmurami makroglonów. Między nimi pękate liny, garbate okonie, zamaskowane nieruchome szczupaki, czyhające na przypadkowe ofiary… Istne akwarium. Nie sposób oderwać oczu. Kiedy dno się podnosi a toń jaśnieje, Wiesiek nieoczekiwanie wstaje z kapoka i wskakuje do wody. Wynurza się i pyta:

- Na co czekacie?

Jesteśmy zaskoczeni jego zachowaniem. Entuzjazm jednak się udziela. Sylwek podąża za nim.

- Chodź do nas! – krzyczą obydwaj. – Takiej wody już nie zobaczysz! – przekonują.

Schodzę po rufie. Nurkuję ku jaśniejącej podwodnej górce. Otwieram niczym nieosłonięte oczy, a mimo to widzę szczupaka pod chmurą glonów, płoszę go dotykiem ręki. Ucieka jednym machnięciem ogona, wzniecając obłoczek jasnego mułu.

Wypływam. Kumple wniebowzięci. Wymieniamy komentarze. Jest tak jak trzeba. Zaskakujący początek dnia. Popychamy kajaki do przejścia na Wigry, płynąc za nimi. Długo to trwa, ale i tak nie chce się wychodzić z wody. Dopchnąwszy kajak do przejścia, płynę do owej górki i zawracam. Dopiero wtedy jestem gotowy do dalszej drogi.

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. 

Wiosłujemy wzdłuż wysokiego brzegu unoszącego puszczańskie sosny, cieśniną między niewidocznymi domami Zakątów a Brzozowym Ostrowem. Za Wyspą Brzozową skręcamy w stronę Szyi, najwęższego fragmentu Wigier między Wysokim Wągłem a Rosochatym Rogiem. Wigry rozlewają się rozmigotaną oślepiającą powierzchnią. Drobne fale grają na kadłubach. Wiatr nie przeszkadza. Słońce grzeje, rozprasza pierzaste obłoki. Klasztor powoli wyłania się spoza masywu Rosochatego Rogu. Pod nami głębia, siedemdziesięciometrowa, która z Wysokim Wągłem tworzy stumetrową deniwelację. Jesteśmy sami. Osobliwe wrażenie, jeśli w pamięci obraz wakacyjnych Wigier wypełnionych stateczkami, żaglówkami, kajakami…

Nad głową samolot pasażerski. Zostawia smugi kondensacyjne. Jakby zszywał niebo. Hałas lotniczych silników opada na jezioro długo po przelocie…

Przed nami cała jaskrawość tafli i monolit jasnego klasztoru.

- Chcecie go zwiedzić? – pytam kolegów obok.

- Koniecznie – odpowiada Sylwek. – W końcu nie wiadomo, kiedy wrócimy.

Wiesiek przytakuje.

Opływamy więc półwysep klasztorny. Biwak pod Starym Folwarkiem nadal pusty. Przybijamy do łączki pod ceglanymi murami opasującymi nasyp, skąd prosto do klasztornej bramy na końcu drogi po nasypie.  Koledzy idą. Ja zostaję, tłumacząc się, że już tu bywałem, a oglądanie kościelnej elewacji w rusztowaniach niekoniecznie sprawi przyjemność.

 





 

Powiadali – używszy przebiegłości, kameduli wyłudzili od Jana Kazimierza przywilej fundacyjny nie po to, aby na jego podstawie wieść pustelniczy żywot, lecz żeby go zapodziać, a potem cudownie odnaleźć z podpisami biskupa wileńskiego, Aleksandra Sapiehy i papieża Klemensa IX, który papieżem został pół roku po sejmowej legalizacji wydanego przywileju.

Powiadali – używszy podstępu, kameduli ujęli trosk z dzierżawienia leśnictw w Puszczy Przełomskiej i Perstuńskiej synom leśniczyny Butlerowej, Konstancji z Wodyńskich, wdowie po Gotfrydzie Wilhelmie Butlerze, dowódcy wojsk zaciężnych.

Powiadali – pustelniczy rygor kameduli urozmaicali sobie mniszą fantazją niestroniącą od uciech życia doczesnego, owych zajazdów, podjazdów, sąsiedzkich przepychanek i sądowych pieniactw, urozmaicanych wizytami dostojnych gości, wśród których najznamienitszy car Piotr I Wielki po pokonaniu Szwedów pod Połtawą dobrodusznie ujął zakonnikom bogactwa w drodze wywiezienia co ciekawszych dóbr ruchomych ze świętymi obrazami do Petersburga.

Zeznawał podłowczy ekonomiczny Konopka, iż zawezwawszy strzelców, osoczników, chłopów, nakazał pilnie broń pobrać, tabory naszykować, po czym napadł był cichcem na kamedulskich, co siano na spornych łąkach Szczepki kosili, a poturbowawszy onych, wszelki użytek zarekwirowali. Na to kamedulscy, zebrawszy się w kupę w odwecie uderzyli, szturmem odbili część taboru z łupem wcześniej zajętym, a pojmanych przed obliczem zacnych ojców postawili…

5 sierpnia zaś roku 1770 dochodzi do walnej rozprawy kamedulskich z ekonomicznymi w Rudawce w sporze o wchody do pobliskich lasów i łąk.

Podłowczy Michał Listopacki donosił z kolei łowczemu generalnemu Wielkiego Księstwa Litwy o zajeździe kamedulskich na łąki Gremzdy pod Pawłówką w ekonomii grodzieńskiej. Wyprawa kamedulskich liczyła strzelców 130, pieszych zbrojnych w siekiery i kosy 130, podwód do wywozu siana 340. Woje zmyślnie zaskoczyli osoczników, zasadzki naszykowali na grodzieńską odsiecz, po czym skosiwszy łąki wrócili w glorii zwycięstwa…

Pustelniczą egzystencję konfiskata dóbr w 1796 roku przerwała rozkazem władz Królestwa Prus…

Czytając przed wyprawą o takich zakonnych uciechach, miałem przed oczami ostatni zajazd na Litwie, z byle powodu uczyniony.

Tak sobie dywagowałem, czekając na kładce pod klasztornym murem na kolegów, którzy się nie kwapili do powrotu.

- Co tak długo? – pytam wracających.

- Jest co oglądać – mówi Sylwek. – A najbardziej jezioro.

- Żal zostawić Wigry – to Wiesiek. – Oczu nie mogłem oderwać. Magia czy co?...


4.

Pochylając głowy, płyniemy pod przepustem w grobli, po której poprowadzono drogę łączącą klasztor z Magdalenowem. Skręcamy w przesmyk pod drewnianą kładkę. Przed nami jezioro Postaw. Błądzimy chwilę między trzcinami, bo wejście na Hańczę nieoczywiste, zasłonięte kępami szuwarów za cieśniną między dwoma rozlewiskami. Słońce grzeje, wiatr chłodzi, krajobraz pełny kontrastów. Zostawiamy Czerwony Folwark. Przy każdym siedlisku banie, regionalne domki-sauny, z zejściami do rzeki. Widok gdzie indziej niespotykany.. Będzie nam towarzyszył do Kanału Augustowskiego. Czarna Hańcza wita szpalerem gęstych szuwarów, ścianami łęgów, ścieli przed nami nurt o ciemnej toni, w której widać zanurzone głazy, sznury wijących się rdestnic, dywany z liści grążeli, migotanie rybich łusek na tle jasnego dna… Wokół nas rozgadane potrzosy, świerszczaki, rokitniczki, łozówki… Ton podają jednak trzciniaki. Pobudzają lepiej niż espresso czy coca-cola z lodem… Odmiana wprost egzotyczna. Zapominamy o Wigrach, których żal opuszczać…

 



Za mostem drogowym przenoszącym lokalną drogę z Czerwonego Folwarku w stronę szosy z Suwałk do Sejn wpływamy na polną i łąkową Hańczę. W nurcie wciąż głazy. Przyciągają uwagę. Wokół zielona pustka. Lasy daleko. Rzeka wije się w szerokim zarośniętym korycie, rozdwaja się, opływając wyspy z szuwarów, drzewa odsunięte od nurtu. Nie ma gdzie uciec przed palącym słońcem. 

 

 

Czasem otwiera się sceneria pól, rozedrganych nagrzanych łąk, skąd dochodzi ćwierkanie skowronków i zapach skoszonej trawy i świeżego siana. Gdzieniegdzie samotne zagrody, owce i krowy pasące się z dala od rzeki. Słowem sielanka. Snujemy się nad pełną życia ciemną tonią niczym nad akwarium, zaglądając w podświetlone zakamarki podwodnej dżungli… Łyski pokrzykują z trzcin i pałki, jakby grały na czynelach. Krzyżówki rozgadane jak podczas godów. Łabędzie śledzą nas dyskretnie z zarośli. Perkozy polują przed kajakami, a potem uciekają w oczeret albo znikają w korytarzach mierzwy…

 



Ogarnia nas znużenie. Nie odgania ospałości dramatyczna walka czajek z siwą wroną, która zawisła nad gniazdem i próbuje dopaść jajek albo piskląt. Kiedy spada na łąkę za łanem manny, czajki pikują w skrzydła. Pióra się sypią. Ptaki zwierają się w szalonym tańcu. Czajki kwilą. Siwa wrona odpowiada. W końcu odlatuje zdezorientowana i poturbowana… Dramat cichnie, czajki opadają w zaroślach...

 

Mijamy starorzecza, ślepe kanały, krótkie plaże i zejścia do wodopojów.. Nurt jednak bezbłędnie przewodzi w tym galimatiasie. Nie błądzimy. Z brzegów wystają kładki i zeskoki z bań wprost do wody. Kręcimy się to na północ, to na wschód, na pod słońce, cokolwiek tracąc orientację. Mapa w podręcznej torbie. Po drodze żadnych jezior. Nie ma więc czego sprawdzać...

 



Lądujemy na polanie nad zakolem rozdwojonej wysepką Hańczy, gdzie dziesięć lat później Andrzej Strumiłło kupi siedlisko i wybuduje modrzewiowy dworek. Miejsce magiczne. Siedzimy w cieniu olch i celebrujemy obiad. Ciekawskie konie podchodzą do rzeki i zanurzają pyski w wodzie. Przyglądają się nam. Źrebięta kładą się w trawie. Klacze stoją nad nimi i odpędzają ogonami insekty. Za końmi przywlekły się gzy. Ciągną do potu i krwi. Tną i giną pod klepnięciami dłoni. Jest skwar, są więc bąki, ślepaki, gzy. Nie poddajemy się. Pada ich coraz więcej. Cierpliwość się opłaca. Buczenie ustaje. Konikom też jakby lżej.




 

niedziela, 14 kwietnia 2024

Wigry

 

Wigry

1.

Wyjrzawszy z namiotu, zobaczyłem chmury zwieszone nad topolami. Płynęły na południe, niosąc przenikliwy, wilgotny chłód. Nieprzyjemne doznanie. Cofnęło mnie do środka. Przemogłem się jednak i zacząłem zwijać w pokrowce materac i śpiwór, wynosić klamoty do kajaka. Obudzeni szczękiem kochera koledzy niechętnie gramolili się z pieleszy na polanę. Wigry, pod brzegiem spokojne, za cieśniną pokryły się falami. Na szczęście sprzyjającymi. Będą niosły na południe wspomagane wiatrem w plecy.

Przekomarzamy się podczas śniadania co do celu dzisiejszego etapu, uzgadniając w końcu, że zanocujemy tam, gdzie dopłyniemy. Nie ma co przewidywać, gdy pogoda niepewna, a Wigry z przyległościami to szlak sam w sobie: z dziesiątkami zatok o przejrzystej toni; jezior połączonych z zachodnim plosem niepozornymi ciekami; wysp, wysepek, łanów trzcin, sitowia, pałek wąskolistnych i szerokolistnych na rozległych mieliznach, pod Bryzgielem skupionych w istny archipelag, tylko błądzić do upojenia…

 

za Maciejem Ambrosiewiczem w „Uwagach do rekonstrukcji zespołu pokamedulskiego w Wigrach” (Biuletyn Konserwatorski Województwa Podlaskiego, 1999 nr 5 str. 183-194),

Oglądamy klasztor. Zwarte chmury rwą się, odsłaniając plamy błękitu. Snopy światła wędrują na południe, oświetlając fragmenty krajobrazu. Słońce nieoczekiwanie rozjaśnia klasztor i dachy eremów wystające ponad mury. Uwydatnia jego barokową architekturę w stylu kapucyńskim z elementami rodzącego się neoklasycyzmu. Zbudowano go z uwzględnieniem zasad projektowania obiektów sakralnych dla Zakonu Kamedułów. Opracował je Tylman van Gameren, XVII wieczny architekt z Niderlandów. Projektanta nie zidentyfikowano, mimo wieloletniej kwerendy archiwów. Możliwe, że było ich kilku, w końcu budowa trwała co najmniej przez trzy pokolenia.

Kameduli nie wznieśli drewnianego klasztoru, który spłonął w 1671 roku. Adaptowali do tego celu istniejący dwór królewski i otaczające go zabudowania gospodarcze. Już wtedy istniała nadsypana grobla i utwardzona droga, zakończoną podjazdem do sztucznego nasypu  opasanego murami oporowymi z ręcznie wyrabianych cegieł. To owa podstawa nadała klasztorowi cechy warowni…

Obecny klasztor wybudowano wiele lat po pożarze. Początek budowy powiązano z erygowaniem przeoratu w 1685 roku. Sama budowa trwała do 1745 roku (kościół), lecz całość nie została zakończona według pierwotnego projektu.

Maciej Ambrosiewicz w „Uwagach do rekonstrukcji zespołu pokamedulskiego w Wigrach” (Biuletyn Konserwatorski Województwa Podlaskiego, 1999 nr 5 str. 183-194), powołując się na ustalenia naukowe Jerzego Wiśniewskiego „Dzieje osadnictwa w powiecie sejneńskim od XV do XIX (…) Białystok 1963, stwierdził, że klasztor powołano do życia na mocy sfałszowanego przywileju fundacyjnego wystawionego przez Jana Kazimierza pod wpływem nalegań Krzysztofa Zygmunta Paca, protektora zakonu i właściciela dóbr między innymi w Dowspudzie nad Rospudą, gdzie sto lat później zostanie wybudowany pałac w stylu angielskiego neogotyku (będziemy tam za kilka dni). Królewskie nadanie przyznawało kamedułom mniejsze terytorium gospodarcze niż faktycznie przez nich przejęte.

Oglądany przez nas klasztor był wciąż w trakcie odbudowy po zniszczeniach obu wojen światowych spowodowanych ostrzałami artyleryjskimi. Renowację ukończono oficjalnie w 2021 roku.

2.

Po śniadaniu zwijamy namioty, sprzątamy biwak, spychamy kajaki z brzegu i w drogę przez północne ploso. Najpierw cieśniną między Starym Folwarkiem a klasztorem na wzniesieniu, potem między Cimochowizną a Rosochatym Rogiem, wśród wysp, zatoczek i obok ujścia Czarnej Hańczy. Wiatr i fale niosły nas do brzegu Wysokiego Wągła, największego półwyspu skrywającego w swoim wnętrzu niepospolite Jezioro Białe i leśniczówkę Wasilczyki (już nieistniejącą)…

W cieśninie panuje spokój. Wiatr przegania ociężałe chmury sięgające nieomal tafli. Czujemy jednak tylko łagodne podmuchy, płynąc nieopodal zwartych topól, pod którymi nocowaliśmy. Obróciwszy się plecami do Starego Folwarku, wędrujemy wzdłuż łanów trzcin, od spodu siwych, od góry zieleniących się majowymi odrostami. Trzciny nie chronią przed wiatrem, którego siłę odczuwamy na plecach i wiosłach.

Nad klasztorem rozpala się tęcza. Co za entourage!... Klasztorne dzwony wzywają na nabożeństwo. Ich dźwięk biegnie w przestrzeń Wigier, łąk wokół Starego i Czerwonego Folwarku; brzmi nad Cimochowizną; odbijając się od ścian puszczy porastającej Wysoki Wągieł, wraca echem… Nastrój podniosły. Jakbyśmy cofnęli się w czasie. Nic że wiatr pędzi spienione fale a kajaki nie chcą słuchać… 


 

Spomiędzy trzcin wypływa łódź z odświętnie ubranymi ludźmi na ławeczkach bez oparć. Mężczyźni w ciemnych garniturach i białych koszulach, siedząc obok siebie, wiosłują do klasztoru. Najstarszy siedzi na rufie i steruje wiosłem. Na dziobie kobiety ubrane na czarno, wyprostowane niczym Oleńka Billewiczówna obok Kmicica w upickim kościele przed wypowiedzeniem kultowej kwestii w filmowym Potopie (premierę miał przed wyprawą):

- Jędruś! Ran twoich nie godnam całować!

Na twarzach wiernych skupienie. Poczucia ważności chwili nie rozpraszają fale rozbryzgiwane dziobem łodzi…

Tak w ubiegłych stuleciach musiały wyglądać coniedzielne peregrynacje zaściankowej szlachty i pańszczyźnianych poddanych zwoływanych przez wigierskie dzwony.

Wpływamy w przesmyk na Jezioro Leszczewskie, skąd wypłynęli odświętni wierni. Pochylamy się pod drewnianą kładką. Patrzymy na pagórki i domy ukryte między drzewami… 


 

Domyślam się, że jeśli gdzieś przetrwała stara podlasko-litewska tradycja, to właśnie tutaj, w nastroju niedzielnego poranka, w biciu klasztornych dzwonów… 






3.

 

Wzmagająca się fala odciąga naszą uwagę od szarego krajobrazu. Zmusza do wysiłku. Kajaki, mimo naszych starań ustawiają się burtami do wiatru. Nie wspomagamy się sterami. Wymontowaliśmy je, by nie przeszkadzały wyprostowanym nogom. Ich brak nadrabiamy silniejszymi pociągnięciami wiosła z jednej strony... Przyglądamy się zatoczkom, mijanym wyspom i trzcinowiskom porastającym mielizny. Brzegi coraz wyższe. Łąki wspinają się na pagórki, znikają za drągowinami, kępami olch… Im bliżej Wielkiego Wągła, tym więcej puszczy nad wodą. Potężniejący wiatr wzmaga spienione fale, które wpadają w rozległe trzcinowiska. Przebijamy się przez łan szuwarów oddzielających kolejną zalesioną wyspę od wierzchołka półwyspu za Cimochowizną. Tu fale łagodnieją. Pod osłoną podmokłego olsu na skraju splątanych trzcin, pałki szerokolistnej i sitowia łapiemy oddech. Wiesiek wydaje się wykończony. Narzeka na ból rąk i pleców. Wszystko przez złą pozycję. Siedzi oparty o rufę. Nogi uniesione przez marynarski worek. Zastanawiam się, jak pomóc. Konieczna przerwa na biwaku. Póki co, musi okazać cierpliwość.

Kierujemy się do ujścia Czarnej Hańczy. Wypływa kameralną zarośniętą wodorostami i oczeretem deltą. Jej woda mętna. Płynie przez Suwałki. Miejskie ścieki zostaną przepuszczone przez oczyszczalnię dopiero w 1986 roku. Rzeka nie radzi sobie z nimi. Widok mętnej wody wpadającej w krystaliczną toń zatoki wywołuje nieomal fizyczny ból. Nie popłyniemy do Suwałk…

 



Odwracamy kajaki na wschód. Wiosłujemy wzdłuż Wysokiego Wągła. Bokiem do spienionych fal. Próbuję płynąć pod fale. Bezcelowy wysiłek. Dziób rozbija bure grzbiety wody. Niesione wiatrem rozbryzgi ochlapują twarz, ręce, koszulę, wpadają do wnętrza kajaka, napełniając dno pod podłogą z desek. Rezygnuję. Kajak tańczy pode mną. Wyginam się w pasie i biodrach, jakbym kręcił obręczą do hula hopu, i wiosłuję niczym galernik. Znajdując lukę między falami, usiłuję przekrzyczeć monotonny szum wiatru. Chciałbym zaproponować odpoczynek. Koledzy nie rozumieją słów zniekształconych hałaśliwym jeziorem i pluskiem wody uderzającej o brzeg zasłonięty przez mierzwę. Płyniemy więc w milczeniu, każdy zdany na siebie, wzdłuż trzcin pochylających się ku wodzie, tańczących w rytmie napierających fal. Na szczęście ściana puszczańskiego boru odbija najgwałtowniejsze podmuchy, oszczędzając nam nadmiernego wysiłku.

4.

 

Szukamy miejsca na odpoczynek. Płyniemy nad mieliznami towarzyszącymi jasnym brzegom i trzcinom. Pod nami przejrzysta toń. Widoczny każdy szczegół dna, każda nitka wodorostów, każde zagłębienie i wypukłość piasku pod sitowiem. Ławice drobnych ryb snują się w trzcinach. Tam, gdzie kamienie, kolonie kaleczących racicznic. Trudno je oderwać od podłoża… 

 

Znajdujemy urokliwy kąt pod sosnami. Ich korzenie oplatają żwir osypujący się pod falami nadbiegającymi z jeziora. Spłoszywszy cyranki, które rozpierzchły się na boki, wyciągamy kajaki na soczystą murawę i ściółkę z wysuszonego igliwia.

Wiesiek rozkłada materac. Nakrywa się rozpiętym śpiworem. Zasypia. Widać po nim, że ma dosyć. Jest wykończony wzburzonym jeziorem, zimnym wiatrem i nieergonomiczną pozycją.

Gotujemy wodę na herbatę i kawę, osłaniając od wiatru kocher kapokami i kadłubem jednego z kajaków. Wiatr wciska się w las. Dotyka mokrym chłodem. Wbijamy się w kurtki. Koszule flanelowe to za mało na dzisiejszą aurę. Sylwester spojrzał na worek marynarski Wieśka:

- Musimy rozparcelować jego bagaż.

- Zgadzam się. On gotów się poddać.

Wyciągamy z worka ciężkie rzeczy i układamy pod sklejką rufy i dziobu. Podręczne rzeczy wciskamy pod nadburcia. Nadmiar klamotów bierzemy do siebie. Odchudzony worek daje się wreszcie upchnąć z przodu kajaka. Urządzamy podwyższone siedzenie ze zdjętych podpórek, wciśniętych w szpary w podłodze z listew, i z kapoka na nich. Z dala od rufy. Nie będzie korciło, by się opierać plecami.

Widok klasztoru w litografii Fajansa z około 1856 roku (za Maciejem Ambrosiewiczem „Uwagi do rekonstrukcji zespołu pokamedulskiego w Wigrach”; Biuletyn Konserwatorski Województwa Podlaskiego, 1999 nr 5 str. 183-194),

Zadowoleni z efektów siadamy z powrotem na kajakach. Wiatr wciąż wciska się między sosny. Patrzymy na klasztor z odświeżoną elewacją. Jest monumentalny. Wyniesiony nad jezioro jest statecznym elementem utrzymującym w ryzach rozhukany krajobraz. Spoglądając nań czuję jakbym utknął w dziewiętnastowiecznej litografii. W chwili, gdy dzwony obwieszczają kolejną godzinę dnia, myślę przewrotnie:

- Wigry, jesteście dzisiaj podobne do siebie na starych rycinach…

Wiele lat później oglądam wiosenne Wigry z wysokości klasztornego górnego tarasu. Był początek kwietnia. Rozgrzany przypływem afrykańskiego ciepła. Przyjechałem tu z Olecka w porze kwitnienia przylaszczek i zawilców, które dywanem przykryły leśną ściółkę wzdłuż szosy do Suwałk, po ustąpieniu zimy z niespotykanymi dzisiaj zaspami. Zostały po nich wielometrowe pryzmy śniegu, pozostałości odśnieżania. Miejscami jechało się w nich jak w wąwozie oświetlonym przez jaskrawe słońce…

Wigry były wówczas skute lodem – ogromną skrzącą się śnieżną płaszczyzną pokrywającą północne i środkowe ploso, obramowaną puszczą, tającymi pagórkami, rozrzuconymi wokół zabudowaniami maskowanymi przez bezlistne drzewa… Nawet Zatoka Hańczańska była skuta lodem. Krajobraz oślepiał. Zmuszał do założenia okularów przeciwsłonecznych…

5.

Wiesiek, kiedy się budzi, protestuje na widok przemeblowanego kajaka. Nie ulegam. Nie pozwalam  mu nic zmienić. Wyjaśniam jak ma siedzieć, układać nogi i wiosłować z wykorzystaniem zasięgu barków i rąk. Po obiedzie wypływamy. Przez kilkaset metrów koryguję jego postawę i ruchy, póki nie załapie, o co chodzi. Przestaje cierpieć. Odzyskuje humor. Nadąża za nami… Wigry niebawem wynagrodzą mu zmianę i poranne zmęczenie niezwykłym krajobrazem i wieczorną flautą pod Gawrych Rudą…