Jezioro Pawlik |
Naturalność to bardzo trudna
do utrzymania poza. W przeciwieństwie do ludzi Marózka nie
utrzymuje jednak pozy. Ona taka jest. To my włazimy do jej komnat w ubłoconych
butach tabunami kajaków, z naręczami plastikowych i metalowych śmieci porzucanymi gdzie bądź. Tymczasem piękno podobnie jak mądrość kocha samotnych
wielbicieli.
Dość narzekania. Jesteśmy sami. Ostatni rzut
oka na jezioro Pawlik, zanim odłożę wiosło i pozwolę kajakowi płynąć swobodnie.
Jedyne co robię, to nie dać się zepchnąć na wystające z wody konary.
Ogarnia
nas zielony cień. Las śpiewa. Marózka pluska. Wiatr wciska swoje trzy grosze, spadając
znad drzew. Słońce maluje krajobraz i zakamarki otoczenia. Ptactwo szwenda się
między brzegami, ani myśląc odlatywać znad wody.
Kaczki nawykłe do obecności
ludzi przestały uciekać. Ustępują jedynie z drogi. Mijamy rzeźby starych olch,
które korzeniami oplotły podmywany grunt. Dostrzegamy jakieś tolkienowskie
trolle, czarne wejścia do nor, kręte korytarze pod paprociami i plątaniną korzeni,
ścieżki między odsłoniętymi głazami i kamieniami, zejścia do wody wydeptane w
murawie brzegów…
Każdy szczegół przykuwa uwagę. Oczy rejestrują obrazy. Nie ma
czasu na kontemplację, gdy nurt porywa kajak. Kiedy zwalnia, jest szansa na coś
więcej niż kadry chwytane w ułamku sekundy, zapach czarnego bzu w porze kwitnienia,
ulotne dźwięki…
Mijamy filary mostka bez przęseł. Nikomu nie
przychodzi do głowy udrożnić na powrót leśną drogę do Orzechowa. Ten stan trwa
już trzeci sezon. Ostatni raz fotografowałem Marózkę z góry wiele lat wcześniej.
Mijamy kikuty pali. Wpływamy w szpaler drzew, za którymi widać bujną łąkę. Woda
rzeźbi kwaśną glebę brzegów, wypłukuje kredę pod spodem, podmywa darń, nad którą
unoszą się roje świtezianek. Jest błogo, póki nie wpadniemy w zakręt.
Rzekę ogarnia las. Nurt rzeźbi wąwóz. Strome
ściany dźwigają drzewa, które bronią się przed osunięciem, budując system
chwytliwych korzeni. Od strony wody plątanina przypomina zapuszczone brody. Od
strony lądu korzenie tworzą niesamowitą tkaninę. Olchy powinny runąć, a jednak stoją.
Mijamy je z respektem. Lawirujemy między pniami i konarami. Po wielodniowych
deszczach nurt nabrał impetu. Wiosłowałem wstecz, hamując kajak i przedłużając
okazje do zdjęć o ułamki sekund. Myszkujący nad wodą i pod brodami paproci
drozd nie dał się sfotografować. Ruch kajaka, brak światła… każde ujęcie
rozmyte. Jakby ktoś rozmazał mokry wydruk z drukarki… Miejsc, gdzie by można
się zatrzymać: mielizn, płycizn, cofek, wystających gałęzi, jak na lekarstwo…
Znajomy głaz opływam bokiem. Dzisiaj kajak nie
zachrobotał. Za chwilę otwiera się słoneczna płycizna z pasemkami wodorostów.
Na pniach zalegających w rzecznym korycie ogródki botaniczne nabrały wyrazu.
Wszędzie zalążki olch, paproci, mchu, pokrzyw, trawy na korze i na powierzchni
spróchniałego drewna, na kikutach po umarłych drzewach. Życie wciska się w
każdy kąt, w każdy kawałek obnażonej ziemi. Nie znosi próżni. Organizuje
miejsca na gniazda, żerowiska, sypialnie…
Marózka wezbrała |
Tutaj lepiej się nie zagapić |
Zewsząd dobiegają śpiewy ptaków. Niektóre z
nich przelatują nad wodą, migotając skrzydłami. Inne baraszkują w podszycie, fruwają
między drzewami. Gdzieś obok poderwał się drapieżnik. Załopotał skrzydłami.
Przemknął niczym cień za sosnami, nie dając się ani sfotografować, ani
rozpoznać. Odleciał w światło słońca.
Czuwaliśmy, szukając saren, jeleni, norek,
kun. Czerwcowa zieleń otuliła dolinę, maskując zwierzęta. Pochylaliśmy głowy
pod wilczymi kładkami. Spływaliśmy z impetem po ledwo zanurzonych pniach. Kajak
szurał po korze. Kadłub wyginał się pod naszym ciężarem i naporem nurtu. Było
fajnie. Kilka razy jednak poczułem lęk przed wywrotką. Marózka przyparła do
kłody, ustawiła kajak bokiem. Już widziałem wodę przelewającą się przez burtę. Zabrakło
milimetrów… Trochę trwało, nim wspólnym wysiłkiem przepchnęliśmy kajak przez
przeszkodę, spływając rufą do przodu.
Wezbrana Marózka dała odczuć swoją siłę. Wydobyła
z pamięci przygodę, która spotkała mojego kolegę na Brdzie. Namówiłem go na
wędrówkę z Koronowa pod Bydgoszczą do Szczytna na Kaszubach. Płynęliśmy przez
uroczysko Piekiełko za Zalewem Koronowskim. Wartki nurt dawał się we znaki.
Kolega, póki słuchał i płynął tuż za mną, korzystając z cofek i płycizn, nad
którymi prąd słabł, posuwaliśmy się bez większego trudu. W pewnej chwili uwierzył
we własne siły. Poczuł się zbyt pewny siebie. Zaczął płynąć środkiem. Minęliśmy
właśnie świeżo powalone drzewa, które koronami przegrodziły połowę prześwitu rzeki.
Już myślałem:
- Najgorsze za nami.
Nagle z zakrętu wypłynęły kajaki.
- Płyń za mną! – krzyczę.
Nie słucha. Usiłuje ustąpić przed kajakarzami,
przywierając do przeciwległego brzegu, gdzie woda aż kipi. Nurt obraca go
bokiem. Spycha na konary. W ułamku sekundy widzę spód kajaka. Kolega znika pod
wodą. Kajak za nim. Chwilę później wywracają się kolejne kajaki. Ludzie szamocą
się w gałęziach. Klną. Krzyczą. Jego nie widać. W głowie narastający lęk:
- Co on wyprawia?... Co jeśli kajak go
przygniótł?...
Kajak wyłania się kilkadziesiąt metrów
poniżej. Grzęźnie na mieliźnie. Z ulgą dostrzegam czarną czuprynę na powierzchni.
Wypłynął. Łapię wiosła, bagaż, wszystkie unoszone drobiazgi. Spływam dobre pół
kilometra, zanim wyjmę z wody resztę klamotów. Wracam. Kolega robi
prowizoryczne obozowisko na brzegu. Zdążył wydeptać w pokrzywach miejscówkę.
Opróżnił kajak. Pomagam wylewać wodę. Rozkładamy namiot i ubrania do suszenia.
Liczy straty. Na szczęście dokumenty i wszystko co cenne wrzucił pod dziób i
rufę, przywiązał sznurkami, zabezpieczył foliowymi torbami. Z drugiego brzegu złorzeczą
poszkodowane kobiety. Schniemy kilka godzin, zanim ruszymy dalej. Słońce na
szczęście upalne. Nie gnębię go uwagą:
- A nie mówiłem?
Został skarcony przez naturę.
Wieczorem przy ognisku pod Rudzkim Mostem wyznał:
- Myślałem, że już po mnie. Wepchnęło mnie pod
pień…
Marózka to zaledwie ćwierć Brdy, lecz także potrafi
dokuczyć…
Płyniemy. Jest błogo. Las śpiewa. Woda pluska.
Przyspieszając nad kamienistym dnem, zdaje się gaworzyć szumem. Przeskakujemy przez
progi. Wijemy się w zakrętach. Mijamy cyple, mielizny, głazy po bokach, wąwozy
rzeźbione podziemnymi strumieniami, kwitnące łubiny, stare i nowe siedliska
zimorodków w osypujących się żwirowych skarpach…
Dzieje się… Pośpiesznie… Póki rzeka nie zwolni w coraz
bardziej podmokłej dolinie, nie rozleje nad piaszczystym dnem, wypełniając korytarz
w objęciach łęgu, tataraku, oczeretu, wodolubnych zarośli…
Znika napięcie. Już nie muszę zważać na
przeszkody. Marózka obdarza całą łagodnością… Skupiamy się na czaplach
polujących w szuwarach, błotniakach nad rozlewiskami przed Jeziorem Świętym,
olchach wyrastających z obumarłych kikutów, przejrzystej toni, ważkach siadających
na dłoni i uczestniczących w wiosłowaniu…
Na końcu krótki skok przez jezioro z wiatrem
napierającym na plecy…
Olcha butelkowa |
Jeszcze rzut oka na kormorany...
:)
OdpowiedzUsuń