4. NAD ROZLEWISKO
![]() |
Złote runo |
Rzadko zachodzę do Pokrzyw. Jedyna rzecz, która przyciągała uwagę, rozłożysta lipa nad murowaną kapliczką i dachem jednego z domów, została ścięta. Wieś straciła charakter. Obchodzę więc leśniczówkę. Skradam się do zdziczałych jabłoni.
Jesienią można zastać pod nimi jelenie i sarny. Jabłka przyciągają też dziki. Za jabłoniami i lipami widać płot i biwak dla myśliwych. Do miejsca na ognisko przy stawie wchodzi się przez bramę. Wokół paleniska obłożonego polnymi kamieniami ustawiono siedziska wyrzeźbione w pniach. Nieopodal wzniesiono drewniany domek.
Droga wiedzie świerkową aleją. Pod świerkami
panuje cień a w pochmurne dni półmrok. Słońce nie przebije splecionych gałęzi.
Przechodząc tędy, trzymam aparat w pogotowiu. Od czasu, gdy sfotografowałem
bociana przelatującego między drzewami tuż przed nosem.
Opadająca droga odsłania widok na zarastające
jezioro. Jego lustro otacza z północy i zachodu półwysep z łąką dobiegającą do
zakrzaczonych brzegów. Za rozlewiskiem widać noworamucki las. Brzozy nad wodą
przeglądają się w tafli uśpionej flautą.
Idąc ku brzegom, brnę przez coraz wyższą
trawę. W końcu zanurzam się w niej do pasa. Ziemia pod butami coraz miększa.
Strząsam kleszcze z ubrania. Oganiam się od komarów, ślepaków, gzów, wpleszczy,
much końskich. Nie rezygnuję jednak. Zdjęcia warte wysiłku i poświęcenia.
W pobliżu krzaków łozy często bywają jelenie i sarny. Przez przewężenie rozlewiska migrują dziki. Z ukrycia w mierzwie zarośli fotografuję płochliwe perkozki, czujne krzyżówki, łyski, nurogęsi, cyranki, gągoły i cały ptasi drobiazg zamieszkujący oczerety. Podczas lęgów obserwuję psoty maluchów pod czujną opieką dorosłych.
W pobliżu krzaków łozy często bywają jelenie i sarny. Przez przewężenie rozlewiska migrują dziki. Z ukrycia w mierzwie zarośli fotografuję płochliwe perkozki, czujne krzyżówki, łyski, nurogęsi, cyranki, gągoły i cały ptasi drobiazg zamieszkujący oczerety. Podczas lęgów obserwuję psoty maluchów pod czujną opieką dorosłych.
Łabędzie krzykliwe lubią przemieszczać się po całym
rozlewisku. Bez obaw podpływają do brzegu i pozują. Najpiękniej wczesną wiosną
na tle brzozowych ścian i ich odbić w wodzie.
Zwierzęta migrują przez płytką cieśninę w
stronę przekaźników telekomunikacyjnych, łąk i pól Pokrzyw, Przykopu i Butryn.
Radzą sobie z płotami, elektrycznymi pastuchami, drutami kolczastymi… Tych
ostatnich na szczęście coraz mniej. Pasą się potem na soczystych łąkach w
towarzystwie krów, koni i bocianów.
W głębi rozlewiska są podmokłe wysepki z
kikutami rozpadających się wierzb i olch. Na martwych konarach przesiadują
myszołowy, czaple siwe. Od kilku lat zalatują tutaj białe czaple, zaświadczając
postępujące ocieplenie klimatu. Ptaki – bywa – wpadają w kadry, gdy nieświadomy
niczego uwieczniam zamglone szuwary w świetle wstającego słońca. Wtedy odczuwam
magię.
Jezioru towarzyszą stawy. Nad jednym z nich
zbieram zdziczałe truskawki. Ten staw stał się tematem zdjęcia – kwintesencji
warmińskiego lata w Przykopie. Na tle matecznika uwieczniłem podrywającego się
do lotu bociana w towarzystwie łabędzi rozgarniających piersiami rzęsę.
Podczas mglistych świtów zachwycałem się
brzozowymi gałązkami, z których skapywała woda, czy dębczakami przytrzymujących
ubiegłoroczne liście pokryte szronem. Świat w obiektywie stał się moim własnym
odkryciem.
Nieopodal rosła rosochata wierzba. Sfotografowałem ją przed ścięciem. W każdej chwili mogła runąć na drogę. Pozostał po niej wydrążony w środku pniak. Trawę zasypała próchnica i fragmenty uschniętych konarów i gałęzi. Drewno nie nadawało się już do kominka. Po kilku latach szczątki rozpadły się bez śladu. Takich wierzb tutaj więcej. Zwłaszcza wzdłuż drogi z Nowego Przykopu do Nowej Wsi. Fotografia jednej z nich stała się elementem projektu podkrakowskiej willi. To drzewo też wycięto.
Zatrzymuję się w altmajerówce za każdym razem,
gdy zmierzam nad Jezioro Łańskie albo nad Łynę w Lesie Warmińskim. Wojciech
Altmajer mieszka w warmińskim domu o dwustuletnim rodowodzie. Podczas
pierwszego spotkania skojarzył mi się z bieszczadzkimi pionierami, którzy w
latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia ulegli mitowi zdobywców dzikiego
zachodu i porzucili obiecujące kariery naukowe w Wyższej Szkole Rolniczej w
Poznaniu. Osiedlili się w zapomnianej przez ludzi i Boga wsi nad Sanem. Z dala
od Soliny i Polańczyka. Kiedy rozpoczęto budowę zapory i poziom wody zagroził
gospodarstwu, właściciel siedliska podjął karkołomny wysiłek przeniesienia na
własnych plecach rozebranych na elementy zabudowań na pobliskie wzgórze. Teren
był trudny. Ciągniki nie podołały podjazdom. Pomagał mu brat, który zachorował
na gruźlicę i któremu poznańscy lekarze dawali już tylko kilka miesięcy życia.
Za namową starszego przyjechał w Bieszczady. Przekonał go pozornie brutalny
argument:
- Przyjedź. Przynajmniej umrzesz z pięknym widokiem przed oczami.
Z podobną motywacją do życia spotkałem się na
kartkach „Za Opiwardą za siódmą rzeką” Igora Newerlyego. Autor śnił o
seledynowym świecie, wodnych roztoczach, sitowiu, rozedrganej wodzie, dzikim
ptactwie przed każdym przebudzeniem „Zum Appell aufstehen!” na Majdanku [7].
Owych braci, wspólnie gospodarujących w
obejściu przeniesionym na wzgórze, spotkałem tuż po zalaniu całej niecki Zalewu
Solińskiego. Bodaj w 1972 roku. Dopłynąwszy kajakiem, by zaopatrzyć się w
żywność. Młodszy przeżył zaplanowaną śmierć. Był ode mnie dwa razy szerszy w
barach. Choroba zostawiła ślad w formie wklęsłości klatki piersiowej w miejscu
połączenia żeber z mostkiem. Bieszczady tchnęły weń nowe życie.
Pisząc tę dygresję na blogu pod wpływem
pierwszego intuicyjnego wrażenia, nie przypuszczałem nawet jak blisko byłem
prawdy o samym Altmajerze [1]…
Nasza rozmowa krążyła wokół jeziora. Na
początku lat osiemdziesiątych rozlewiska nie było. Środkiem przebiegał rów
melioracyjny, który odwadniał pola w Pokrzywach i odprowadzał wodę do Nowej
Wsi. Dnem rozlewiska była łąka a dalej torfowisko. Po zamuleniu odpływu niecka
wypełniła się. Była zasilana także helokrenowymi źródliskami pod noworamuckim
lasem. Kurzawka była tak wydajna, że lód nie mógł jej skuć nawet podczas
najcięższych zim. Miejsce było przez pewien czas schronieniem zimorodków.
Jezioro okazało się przyrodniczym ewenementem.
Panujące od kilku lat susze spowodowały jednak jego zanik. Tam, gdzie kwitły białe
grzybienie, zobaczyłem łąkę zarośniętą trawą, chwastami, kępami żółtych
kosaćców. Druga część rozlewiska, z dala od zabudowań, skurczyła się do
torfowiska z rosiczkami, żurawiną i mnóstwem innych bagiennych roślin.
Przypadkowa śnieżna zima na przełomie 2017 i 2018 roku znowu odtworzyła akwen.
Póki była woda, przebywały tutaj białe i szare
czaple, kormorany, łabędzie nieme i krzykliwe, czarne i białe bociany, kury
wodne, kokoszki, perkozy i perkozki, kaczki prawie wszystkich gatunków,
wędrujące gęsi… Wojciech Altmajer wymieniał nazwy coraz bardziej egzotycznych
gatunków, utwierdzając w przeświadczeniu, że jego własne miejsce na Ziemi
zasługuje na szczególną ochronę. Półwysep wcinający się między północną i
południową część rozlewiska był miejscem gniazdowania czajek, sieweczek,
rybitw, brodźców. Przelotem odwiedzały rozlewisko bataliony. Widział też
bieliki, błotniaki, kanie rude.
Sam konferowałem przez Internet z
ornitologami, którzy chcieli potwierdzić obecność łabędzi krzykliwych i białych
czapli.
Na oczach Wojciecha Altmajera wyginęła rodzina
łabędzi niemych, która dochowała się pięciu piskląt. Po śmierci jednego z
rodziców drugi nie obronił stadka przed lisem. Moje zdjęcia z półwyspu okazały
się prawdopodobnie ostatnim dowodem ich szczęśliwych chwil.
Łabędzie krzykliwe tymczasem mają się dobrze.
W 2018 roku odchowały czwórkę piskląt.
Rozmowa odsłoniła uboczny aspekt mojej
fascynacji pograniczem Warmii i Mazur. Ujawniając piękno altmajerówki na blogu,
przyczyniłem się do tego, że siedlisko zaczęli nachodzić przygodni poszukiwacze
łatwych wrażeń. Jakiż musiał być zawód, gdy zobaczyli jedynie zarośnięte łąki i
jakieś babrzysko. Po suszy życie wraca do zakątka z mozołem. To ptaki muszą
przynieść na łapach i piórach ikrę, nasiona, skrzek…
Piękno Warmii nie jest łatwe. Ktoś, kto liczy
na spektakularne wrażenia, nie ponosząc przy tym wysiłku, dozna zawodu.
Prawdziwe przeżycia wymagają wędrówki, ciszy, skupienia, wejścia do
mateczników, gdzie nic nie jest ani proste ani przyjemne. Warmia i Mazury nie są
obdarzone krajobrazem o łatwej i miłej oku estetyce. Bez znajomości historii
tego regionu, bez wyczucia podskórnej dramaturgii wydarzeń wywracających
utrwalony przez wieki porządek egzystencji, nie sposób pojąć jego
wielowątkowego i wielopłaszczyznowego piękna. Sam nie jestem pewien, czy w
ogóle mam prawo mówić o sobie:
- Znawca.
Zdjęcia nie oddają znużenia, zapachu przepoconego ciała, bólu zadawanego
przez kąsające owady, gróźb zdesperowanych loch, gotowych na wszystko w obronie
młodych, pułapek na mokradłach czy w rzekach, całego spektrum nużących przeżyć,
prowadzących w rezultacie do pełnych treści fotografii. Bez tego sztafażu
zdjęcia mają tylko wartość estetyczną albo biją po oczach spektakularnym
obrazem.
Wciąż staję przed dylematem, co i jak pisać,
aby, oddając urodę enklawy i jej przyrody, nie narażać jej na najazd turystów,
którym wydaje się, że świat natury jest tak piękny, jak jego wyidealizowane
wyobrażenie utrwalone na kolorowych zdjęciach, oglądanych na ekranie komputera,
iPoda, telefonu komórkowego. Bez refleksji, iż są owocem mozolnych wędrówek na
przestrzeni wielu lat.
Zdradzając położenie opisywanych mateczników, narażam ten świat na strach
wnoszony przez ludzi, którzy nie potrafią lub nie chcą uzmysłowić sobie, że
prokreacja i przetrwanie dzikich zwierząt zależy od… świętego spokoju i
czystości otoczenia. Ludziom na urlopie czy podczas polowania chodzi tylko o
chwilową przyjemność i zaspokojenie doraźnej ciekawości, zwierzętom zaś idzie
o… życie.
Z jednej strony chciałbym dać świadectwo swojemu zauroczeniu tą krainą, z
drugiej jednak dostrzegam coraz bardziej owe niepokojące cienie literackiej i
fotograficznej aktywności. Jak znaleźć równowagę między opiewaniem piękna tych
miejsc, a koniecznością ich uchronienia przed ludyczną penetracją? Wydaje się,
że jedyną lecz mozolną drogą jest powszechna edukacja, której celem jest
uświadomienie nam wszystkim, że na Ziemi nie jesteśmy sami i że świat wokół nie
jest nam dany na własność i w nieograniczone władanie. Ta świadomość
upowszechni się jednak za pokolenia, gdy nasi następcy zrozumieją, w jak
ograniczonym środowisku egzystują. Jeden z najgenialniejszych fizyków XX wieku,
zajmujących się kwantową naturą materii, Max Planck, mawiał:
- Nowe idee przyjmują się nie dlatego, że ludzie je zrozumieli, lecz
dlatego, że starzy wymierają, a młodzi są gotowi przyjąć je za swoje.
[1]
Praca zbiorowa pod redakcją Wojciecha Altmajera: Księga Edenu 1992-2017.
Olsztyn 2017
[7]
Igor Newerly: Za Opiwardą, za siódmą rzeką. Czytelnik. Warszawa 1991
Dziekuje za wspanialy opis i piekne zdjecia przyblizajace mnie widoki mojego dziecinstwa.
OdpowiedzUsuń