środa, 10 kwietnia 2024

Przywitanie z Puszczą Augustowską - Kamionka


 

Kamionka

1.

Wybraliśmy się we trzech do Suwałk pod koniec maja po zaliczeniu egzaminów przed letnią sesją. Profesorowie Politechniki Warszawskiej cenili studentów przystępujących do zerówek i mieli tendencję do zawyżania ocen. Nam jednak zależało bardziej na kajakowej wyprawie. Stąd pośpiech egzaminacyjny. 

Dojechaliśmy do stanicy PTTK nad Jeziorem Krzywym, przemierzywszy zabudowania wsi Krzywe, która po ustanowieniu Suwałk miastem wojewódzkim straciła status odrębnej miejscowości i stała się miejską dzielnicą. Na jej terenie wybudowano fabrykę wielkiej płyty. Wszystko to w celu powiększenia liczby mieszkańców do 30 tysięcy.

 


Przejeżdżając pierwszy raz przez Suwałki, zapamiętałem uderzającą scenę – przejście na czerwonych światłach stada krów przez skrzyżowanie głównej ulicy z jakąś przecznicą nieopodal domu, w którym mieszkała Maria Konopnicka, prekursorka polskich sufrażystek, pozostająca w wieloletnim związku damsko-damskim. Te światła były chyba jedną z pierwszych miejskich inwestycji drogowych, a mimo to notorycznie je ignorowano. Prowincjonalne w 1975 roku miasteczko usiłowało gwałtownie wskoczyć w wielkomiejskie buty. Skutki bywały zabawne.


Wylądowawszy nad Jeziorem Krzywym, które wywarło wrażenie puszczańskim otoczeniem i jasnym brzegiem pod sosnami, chociaż zanosiło się na deszcz z nabrzmiałych chmur, zaczęliśmy wybierać kajaki. Pierwszy wybór padł na nowe sklejkowe, prosto z fabryki. Kierownik ośrodka jednak odradził:

- Weźcie stare. Są wytrzymalsze. Nasiąkły wodą. Na Kamionce się sprawdzą. Nad nowymi musimy jeszcze popracować. Trzeba je uszczelnić i podmalować. Bez tego będziecie do znudzenia wylewać wodę.

Posłuchaliśmy. Mocna sklejka, solidna szkutnicza konserwacja, poręczne uchwyty na dziobie i rufie. Dodatkowa farba na kadłubie, aczkolwiek po dwóch tygodniach pływania zdarła się miejscami do starej warstwy… 

Wymontowaliśmy stery i pałąki z linkami do sterów, żeby nie przeszkadzały. Podparcia dla pleców wrzuciliśmy pod podłogę z listewek na wręgach wzmacniających dno. Zapakowaliśmy klamoty do środka. Wszystko co ciężkie: namioty, śpiwory, materace, we wnęki dziobu i rufy; wszystko co pod ręką po bokach między burtami a podłogą. Wiesiek z trudem wcisnął swój ogromny wór marynarski do środka, zostawiając dla siebie niewiele miejsca przed rufą. Po umoszczeniu się na siedziskach z kapoków odbiliśmy od brzegu. Było zimno. Mżyło. Północny wiatr dokuczał, wzniecając drobne fale. Kierownik życzył suchej pogody. Pod nosem mruczał jednak:

- Psa by nie wygonił.

Czuliśmy się niepewnie, ale nie zdecydowaliśmy się na nocleg w domkach campingowych. Pustych o tej porze roku.

2.


Wypróbowaliśmy kajaki, płynąc w stronę cieśniny na jeziorko Koleśne. Po odłożeniu wioseł utrzymywały kierunek. Przyczyną bezwładność i symetria. Byliśmy zadowoleni, chociaż ich ciężar obiecywał kłopoty podczas przenosek. Sunęliśmy wzdłuż brzegów, które nawet w mżystej szarówce wydawały się słoneczne. Można było dobić w każdym miejscu, wyjść na czysty piasek mielizny; podnieść kajaki na murawę przykrywającą obnażone korzenie sosen, olch, dębów i brzóz, spomiędzy których wysypywał się piasek; urządzić obozowisko nad samą wodą (grunt był suchy od samej krawędzi). Dominowało jedno wrażenie:

- Krajobraz Suwalszczyzny różni się od krajobrazu Krutyni i jezior Puszczy Piskiej.

Tej odmiany doświadczaliśmy na każdym kilometrze tutejszych szlaków kajakowych. I ta woda. Niebywale przejrzysta. Po latach zrozumiałem przyczynę – to zasługa wiecznej zmarzliny, do której, mimo upływu tysięcy lat od ustąpienia ostatnich lodowców, można się wciąż dokopać. Nadal zalega kilkaset metrów poniżej terenu.

 

Wpłynęliśmy w cieśninę ku zatoczce Krzywego, zostawiwszy za sobą zabudowania świeżo ustanowionych wojewódzkich Suwałk, a właściwie Krzywego. Skierowaliśmy się pod mostek przenoszący drogę z Pleszczewa do Leszczewa. Na Koleśnie zobaczyliśmy nowe domki letniskowe z drewna przytulone do ściany sosen. Dominowały Brdy na betonowych i kamiennych fundamentach wyniesionych metr nad poziom gruntu o dwuspadowych stromych dachach nieomal do ziemi. Na początku lat siedemdziesiątych zaczynała się moda na dacze wciskane w każde wolne miejsce przy brzegach. Płynęliśmy w wejście na Kamionkę ścigani przez snopy słonecznego światła przebijające deszczowe chmury. Oświetlały okolice Huty, dawnego folwarku przypisanego do kamedulskiego klasztoru na Wigrach.


Wyprzedzając staruszka na gumowej łódce, słyszymy:

- Ahoj piraci!

- Ahoj.

- Którędy na Kamionkę? – dopytuje.

W oczach iskry harcerskiego entuzjazmu, siwe włosy, siwe skronie, postawa zgięta wiekiem. Pomarszczony zasuszony dziadek budzi zdumienie.

– Właśnie szukamy – to Sylwek.

- W takim razie znajdę sam. Mój ojciec zawsze doradzał, by polegać na własnym nosie.

Po czym unosi brezent i oznajmia komuś:

- Kwiatuszku. Przestało padać.

- Do kogo on gada? – dziwi się Wiesiek.

Spod pałatki wygląda sceptyczna równie wiekowa towarzyszka. Zniechęcona widokiem zgaszonego jeziora wycofuje się pod brezent.

Odpłynęliśmy ku ścianie zwartych sosen nad pełnymi ptasiego ruchu i gwaru szuwarami odzyskującymi barwy po zimowym uśpieniu.



3.

Bez trudu znaleźliśmy wejście na Kamionkę. Krótkim kanałem dopłynęliśmy do mostku i prymitywnego jazu. Zaskoczeni jego widokiem przenieśliśmy kajaki po zboczach świeżo usypanej drogi, brnąc w miękkim piasku. Ciążyły, ale nas była trójka. Tutaj wkroczyliśmy do puszczy. Rzeczka wpłynęła w zielony tunel. Otoczyły nas świerki, dęby, olchy, topole, osiki, brodawkowate brzozy… Spływaliśmy wąskim i krętym nurtem, częściej odpychając się od brzegów niż wiosłując. Kamionka niosła nas nad jasnym piaskiem, kępami moczarki, kamieniami w kolorze krasnorostów, nad skójkami, ławicami drobnych ryb, między korzeniami drzew na krawędzi brzegów.

 


Niestety przyjemność trwa krótko. Sylwek wyciąga kajak na dostępny fragment brzegu, wyjmuje bagaże, odwraca kajak stępką do góry, wylewa wodę, która podeszła od rufy. Przygląda się wręgom. Szuka szpar w sklejce. Wyciera kadłub do sucha. Wyciąga bitex. Zapowiada się długa przerwa.

Sugerujemy:

- Może lepiej zawrócić i wymienić kajak na inny?

- Widzieliście kajak, który nie przecieka? – odpowiada flegmatycznie i zaczyna smarować podejrzane miejsca. Umorusał się po łokcie.

Zaczynamy się śmiać.

Tu dogania nas dziadek z wiekową partnerką. Zatrzymuje się obok i z pełnym przekonaniem mówi:

- Mój znajomy przepłynął Kamionkę pod prąd bez wysiadania z kajaka.

Budzi uśmiechy niedowierzania. Nie wdajemy się w polemikę. Robimy swoje w mokrych już ubraniach, z otartą skórą na rękach od przenoszenia i przeciągania kajaków…

Staruszków spotkaliśmy jeszcze raz na śluzie w Augustowie. Porwali się skromną łódeczką na wyprawę do samej Warszawy z biegiem Biebrzy i Narwii.

 


4.

Kamionka coraz trudniejsza. Brniemy przez stary las. Świerki, dęby, sosny, graby, olchy, klony zasłaniają zachmurzone niebo. Konary dźwigają obszerne gniazda. Nad głowami rozbrzmiewa kwilenie szybujących ptaków (zapewne błotniaków), płacz małych dzieci (dzięciołów czarnych). W zaroślach i na mokrej ziemi jakiś ruch. Płyniemy w półmroku. Powietrze wilgotne, nasycone mżawką. Spływ zamienia się w pieszą wędrówkę. Wysiadamy z kajaków, depczemy żwir i otoczaki. Kamionka podgórskim strumieniem. Przełazimy przez uskoki nurtu, przeciągamy kajaki przez spłukane głazy, przez spróchniałe pnie, zdzierając z żalem czapy mchu, które układamy na gruncie obok. Idziemy między kępami kaleczącej turzycy okupującej mokre brzegi. Czasem siadamy na rufach z nogami w wodzie, gdy otwierają się oczka o ciemnej toni w wianuszku grążeli. Wpływając na jedno z nich, płoszę wielką rybę, która wznieca bezgłośną falę i znika w wodorostach bocznej odnogi. Ta cisza i wszechobecny zapach borowiny tworzą niepowtarzalny nastrój. 


Koledzy zaczynają odstawać. Wciąż dyskutują ze staruszkami, którzy dogonili nas podczas przymusowego postoju.

Mijam głazy w porostach i czapach mchu towarzyszące strumieniowi. Przypominają dziki w babrzysku. Depczę czysty piasek. Rozjaśnia nurt. Niebo wciąż szare. Mżawka przenika przez sufit nad dolinką. Jestem odcięty od świata. Krajobraz kurczy się do wymiarów komyszy. Las zasłania ściany doliny, odcina od dalekich perspektyw. Nade mną potężne gniazdo w całunie listowia, wsparte na omszałych konarach. Słyszę jakieś posykiwanie dochodzące z góry. Widzę cień a potem kontur czarnego bociana. Unosi się nad koronami drzew. Obok przebiega wydra. Jest sprytna. Trzyma się skraju brzegu, wskakuje do strumienia, przepływa w poprzek, chowa się za wykrotem… Słyszę szemranie wody w korzeniach oplatających czarny grunt, plusk warkoczy nad zanurzonymi kamieniami, szum na uskokach, gdzie znów szamoczę się z ciężkim kajakiem, łopot skrzydeł czapli spłoszonej na leśnym rozlewisku… Widzę plamy słonecznego światła sunące nad Kamionką. Smugi przebijają zwartą, zdawałoby się, materię chmur… Na jednej z przeszkód, wodospadzie z głazów, ciągnę kajak za pałąk na dziobie. Unoszę kadłub. Staje się dziwnie lekki. Nieobliczalne pchnięcie nurtu wytrąca mnie z równowagi. Siadam w ubraniu na dnie i… śmieję się serdecznie z siebie samego…

Nie przebieram się. Kto wie, co mnie jeszcze czeka, nim opuszczę las. Idę więc w mokrych spodniach, póki lasu nie rozerwie brutalna poręba…

Kamionka zostanie objęta ochroną przysługującą parkom narodowym za kilkanaście lat, od 1 stycznia 1989 roku. Wtedy nie natknęliśmy się jeszcze na tamy bobrów. One dopiero kolonizowały tereny wokół Wigier i dorzecze Czarnej Hańczy z dopływającą doń Wierśnianką.

 






5.

Nurt spowalnia i cichnie. Za leszczewskim mostkiem wypełnia szerszy korytarz między pasmami turzycy i mierzwy porastającej kwaśne brzegi. Las odbiega od strumienia, który zaczyna meandrować. Nie wiosłujemy. Ulegamy nastrojowi zamyślenia. Mżawka ustała. Wokół nostalgiczna szarość nad rozległym mokradłem widocznym przez jeszcze niewyrośnięte szuwary. Pod kajakiem czarna toń. To kolor dna pokrytego organicznymi szczątkami roślin. Sceneria jak przed pierwszym akordem uwertury, gdy sala czeka w milczeniu na wyzwalający muzykę ruch batuty dyrygenta. Nie ma już wiatru. Tylko łagodne powiewy w plecy. Jest cisza, spokój, bezruch, a my w jego centrum. Zmierzamy ku stalowej tafli jeziora. To Pierty. Puste. Pogoda wypędziła zeń życie. Mieszamy wiosłami muł. Uwalniamy bąble błotnego gazu. Kajaki stają się ociężałe. Ujście coraz bliżej. W końcu swobodne lustro. Wiosłujemy. Nieopodal dostrzegam polanę pod sosnami. Proponuję:

- Zanocujmy tutaj?


Koledzy wzruszają ramionami. Ani myślą słuchać. Dzień jeszcze trwa. Suniemy po uciszonym jeziorze w poszukiwaniu wejścia na Kamionkę. Nie jest oczywiste. Przeglądamy szuwary, tropiąc jakiś znak, niepozorny korytarz w zaroślach. Kierujemy się wskazaniami w przewodniku Kurana i Czajkowskiego „Kajakiem po Polsce”. Ktoś zadbał o wskazówkę – szmatę na patyku wbitym w dno. 



Wpływamy, rozpychając trzciny dziobem, burtami i wiosłem. Znowu jesteśmy wśród łąk i zagajników młodego łęgu. Płoszymy kaczą mamę z puchowymi pisklętami. Stadko ucieka w kierunku kolejnego jeziorka. Maluchy nieomal biegną po wodzie, machając skrzydełkami. Nie chcemy wzmagać strachu.  Odkładamy wiosła…

Do Piert dopływa Wiatrołuża, większa siostra Kamionki. Gdybyśmy obozowali nad jeziorem, być może odkryłbym jej ujście i spróbowałbym wpłynąć, by zaznać spaceru podgórskim w charakterze potokiem. Cóż… Dzisiaj pozostaje spacer wytyczonym szlakiem…

 


6.

Za jeziorkiem Omułówek przeprawiamy się przez prymitywny jaz, włażąc do wody. Nie da się inaczej. Tylko ona ciepła w porównaniu z zimnymi powiewami znowu pobudzonego wiatru. Przepływamy pod mostem drogowym. Krótkim odcinkiem rzeczki dopływamy do Wigier. Jesteśmy w Starym Folwarku. Opływamy półwysep, patrząc na wigierski klasztor. Szaruga się wzmaga. Obiecuje deszcz. Dobijamy do plaży za półwyspem. Wyciągamy kajaki pod topole. Rozstawiamy namioty. Śpieszymy się. Deszcz jednak nie nadchodzi. Kolacja na kocherach. Nie rozpalamy ogniska, wdychamy więc opary z kostek a nie aromat dymu. Siedzimy na odwróconych kajakach. Gadamy. Sylwester sypie kawałami. Pieprznymi. W końcu to męskie grono. Niekrępujące. Kurtki z podpinkami, gorące jedzenie i zaparzona kawa odganiają zimno. Kiedy klasztor znika w ciemnościach spotęgowanych przez chmury z północy, zakopujemy się w śpiworach. To jeszcze nie sezon, jesteśmy więc sami na biwaku stanicy PTTK.

 

czwartek, 4 kwietnia 2024

Pożegnania z Krutynią

 


Na szlak Krutyni wypływałem zwykle z Borowskiego Lasu, a kiedy przestałem tam spędzać wakacje – ze stanicy PTTK w Sorkwitach albo z ośrodka fabrycznego piskiej Sklejki, w którym mieszkałem przez całą praktykę studencką za zgodą Jana Muzyki, wieloletniego dyrektora zakładów. Z Pisza wypływałem na Śniardwy jedną z dwóch dróg: krótszą przez Kanał Jegliński, dłuższą przez jezioro Roś nie wiedzieć czemu nazywane także Jeziorem Warszawskim. 

 



Ten dłuższy szlak zaliczyłem pierwszy raz w sierpniowy weekend. Spakowawszy przewodnik Kurana i Czajkowskiego „Kajakiem po Warmii i Mazurach”, śpiwór, kurtkę, torbę z jedzeniem i butelki wody mineralnej (Mazowszanki), wypłynąłem w południe na Roś. Opuściwszy Pisę, skierowałem kajak na wschód, w perspektywę największego plosa wtulonego w szerokie łany szuwarów i ściany odsuniętego od brzegów boru. Wiatr sprzyjał, napierając na plecy. Słońce grzało. 

 

Pamiętam mozolne kilometry w monotonnym krajobrazie wodnej autostrady bez zakrętów. Płynąłem skrajem poligonu wojskowego w Białej Piskiej. Zadziwiał brak pomostów, dostępnych brzegów. Z perspektywy kajaka trzciny zdawały się nie do przejścia. Zapewne nie to co dzisiaj po kilkudziesięciu latach absencji. Nie zajrzałem wtedy do wschodnich zatok za Rybitwami.

 


Obróciłem kajak na zachód, opłynąwszy obszerny półwysep o nieregularnej linii brzegowej i żerdzie z rozpiętymi na nich żakami, po czym wpłynąłem na środkowe ploso. Tym razem pod fale. Nie były dokuczliwe. Popołudniowy wiatr gasł, nie stawiając już istotnego oporu. Wrażenia nadal były monotonne, tyle że w otoczeniu pojawiły się nieliczne wiejskie zabudowania. Ich dachy prześwitywały między koronami wierzb i olch. Ściany boru odsunęły się od wody. Nie przypominam sobie dużego zamieszania na wodzie. Ptaki wolały siedzieć w szuwarach. Jezioro stawało się węższe z każdym przebytym kilometrem.

 

Ostatnie ploso okazało się najkrótsze. Było kameralne. Wertowałem przewodnik ułożony między nogami. Spojrzałem tylko na obiecującą końcową zatokę. Skierowałem się w lejkowate zakończenie jeziora po lewej stronie szpicy kolejnego półwyspu, namierzywszy ujście rzeczki Wilkus. Na niej odnalazłem ulubione klimaty kajakarskie: zbiegające ku sobie brzegi, nurt nie stawiający oporu podczas podpływania, przestrzeń ograniczoną trzcinami, pałką, sitowiem, skrzypem, zaroślami łopianów na brzegach… Wiosłowałem, zaglądając w zakamarki zarośli, obserwując ryby w toni między warkoczami wodorostów i na tle wypłukanego piasku. Rzeczka kręciła się po okolicy, rozdwajała, łączyła. Kilka razy wpłynąłem na ślepe odgałęzienia. Zawracałem. Próbowałem innych dróg. Nie miałem jednak wrażenia, że błądzę… Coraz niższe słońce oślepiało. Nie uświadczyłem cienia. Rozgarniałem liście grzybieni i grążeli. Lawirowałem między polanami wodorostów. Szuwary były już ciche. Czasem tylko wychyliła się jakaś łyska, kokoszka albo krzyżówka. Nie widziałem natomiast czapli… Nikt wtedy nie myślał o prostowaniu Wilkusa. Pokonywałem zakręt za zakrętem wiedziony ciekawością co dalej…

 

Pierwsze jeziorko Kocioł za mostkiem, wtedy drewnianym. Owalne. Zalesione po wschodniej stronie, otoczone zabudowaniami wzdłuż zachodniego brzegu. Pól nie zobaczyłem. Były zasłonięte wybujałymi szuwarami. Przepłynąłem jezioro w poprzek, celując w ujście kolejnego odcinka rzeczki. Kuran i Czajkowski podali w przewodniku bezbłędne wskazówki. Pomogły też łabędzie, które akurat wypływały z niewidocznego w szuwarach korytarza na wyciszoną taflę. Z każdym jednak metrem Wilkus wypełniał się pałką szerokolistną. Coraz trudniej przepychałem kajak przez zarośla rozdzielone odcinkami swobodnego nurtu. Byłem trochę speszony. Bałem się, że utknę w mierzwie...


Za mostem drogowym wypłynąłem na jezioro Białoławki. Tutaj też miałem obawy. Owszem zabudowania wioski Kwik widoczne, lecz problem z wyborem kierunku. Kuran i Czajkowski zalecali cierpliwe szukanie ujścia w szuwarach po zachodniej stronie jeziora. Byłem wówczas pewien, że mało kto zapuszczał się na te komysze. Żeglarze i motorowodniacy wybierali Kanał Jegliński. Kajakarze raczej tu nie zaglądali. Wilkus był płytki. Co i raz kajak szurał o piasek lub zalegające kamienie. Zwłaszcza przed jazem zamykającym odpływ ze Śniardw. Widok tej przeszkody zaskoczył. Przez chwilę z niechęcią myślałem o przeciąganiu sklejkowej krypy. Brzeg wydał się nieprzyjazny, gruntowa wówczas droga odstręczająca. Wysiłek okazał się jednak wart ceny. Pod wieczór wpłynąłem na zatoczkę a z niej na Śniardwy spowite flautą. Przestrzeń pod bezchmurnym niebem nad zastygłą taflą; perspektywa ograniczona horyzontem, którego nie strzępiły drzewa odległych brzegów; bezruch na wodzie i wstępujący księżyc… Byłem zauroczony…


Znajomi obiecali zanocować na Szerokim Ostrowie. Dopływając więc doń, szukałem namiotów na pochylonym stoku. Zobaczyłem tylko wypłowiałą dwójkę nad ścieżką ku wodzie. Nie ufając przeczuciu, popłynąłem wokół wyniosłych brzegów w poszukiwaniu innych biwakowiczów. Podziwiałem klif po zachodniej stronie. Jednakże ostrów był pusty. Żadnych namiotów, łodzi, ludzi. W sezonie wakacyjnym. Zdumiewające… Zawróciłem więc do owego namiotu. Podciągnąłem doń kajak. Zameldowałem się na nocleg. Przez całą noc nawet kulawy pies nie zajrzał. Znajomych nie spotkałem. 



O świcie wypłynąłem na Śniardwy. Żal że wtedy nie fotografowałem. Taki akwen we flaucie to niezwykły widok… Kilka razy pokonywałem Śniardwy kajakiem, płynąc na Krutynię lub z niej wracając. Nigdy jednak nie doświadczyłem wzburzonego jeziora. Zawsze flauta – przyjaciółka kajakarzy, zawsze bezwietrze – zmora żeglarzy…


Pewnego razu płynąłem z kolegą późnym popołudniem do Bełdan. Po obu stronach Śniardw unosiły się ciężkie granatowe chmury, z których zwisały welony deszczu prześwietlone przez słońce: jedne nad Warnołtami i Popielnem, podkreślone wstęgą ciemnego boru; drugie nad północną częścią jeziora (linia brzegowa pod Okartowem zniknęła za ulewą); a my na środku bezdeszczowej alei, nad ciemną tonią, otoczeni nieruchomą taflą odbijającą ów niezwykły obraz pogodowego kaprysu, z Czarcim Ostrowem i Pajęczą Wyspą, gdzie spojrzeliśmy ostatni raz na głazy pod wodą, daleko z tyłu… 


Wiosłowaliśmy zapamiętale, uciekając przed demoniczną naturą. W głowie strach, żeby nie dopadło nas to, co onegdaj mnie i ojca na kutrze podczas łowienia szczupaków… Flauta sprzyjała wysiłkowi. Kajaki odwalały skiby spienionej wody. Fale od dziobów rozchodziły się po bezkresnej tafli i gasły, zanim dobiegły do brzegów. Pamiętam nostalgiczną pustkę na jeziorze, dalekie żagle gdzieś pod Mikołajkami i ten niezwykły wysiłek zalewający nas endorfinami… Kolega, który próbował swych sił w kajaku pierwszy raz w życiu, nie odstępował mnie na krok. Był zachwycony. Nie sądził, że dotrzyma mi kroku, chociaż wydawał się bardziej wysportowany i miał dłuższy zasięg rąk. Człowiek żyła. Swoją kondycję wypracował samotnymi wędrówkami po Bieszczadach… 


 

Dopływaliśmy do Łuknajna i przejmy na Bełdany z poczuciem ulgi. Tyle że nieuzasadnionej. Ów stan jeziora był tylko stanem niespełnionej groźby. Śniardwy z nas wtedy zakpiły. Wpływając na Bełdany, znaleźliśmy się pod jaskrawym światłem zachodzącego słońca.


Coś podobnego i równie niezwykłego spotkało mnie i kolegów na jeziorze Blizno pod Atenami. Płynęliśmy środkiem akwenu, gdy znad lasu nadciągnęła potężna chmura, przynosząc ulewę. Płynęliśmy po stronie słońca, krojąc kajakami lustrzaną taflę. Po prawej ręce na wyciągnięcie wiosła lało tak, że jezioro pokryło się srebrem. My w cieple i słońcu, a obok szumiąca pod nawalnym deszczem powierzchnia Blizna… Kaprys trwał i trwał, a kiedy ustąpił, rozpalił tęczę, barwiąc suwalski puszczański krajobraz…


Z zasady podczas samotnych i dwu lub trzy osobowych spływów wracaliśmy do miejsca startu. Krutynia zaliczana z prądem nie przypominała Krutyni pokonywanej pod prąd. Niecałe sto kilometrów szlaku Krutyni plus ileś kilometrów dopływów i spacerów w bok to była zabawa na dwa, trzy dni. Za krótko. Bynajmniej nie dlatego, że uganialiśmy się za rekordami. Wędrówka, przesuwający się przed oczami dzienny i nocny krajobraz, wrażenia o świcie i o zachodzie słońca, niesłabnące poczucie przygody, rozpierająca nas energia, wszystko to sprawiało, że nie czuliśmy znużenia. Siłą rzeczy odciągaliśmy zakończenie wyprawy tak długo jak się dało.

Do Sorkwit lub Borowskiego Lasu wracało się jedną oczywistą drogą. Do Pisza natomiast wracaliśmy przez rozprażone słońcem Śniardwy albo przez Nidzkie – w czerwcu zawsze obiecujące przygodę. Jak Wigry. Tutaj czuło się przestrzeń i obietnicę powrotu do natury. Kończąc sierpniowy spływ Krutynią po szkwale na Mokrym, płynąłem rano z kolegą przez Bełdany do śluzy w Guziance. Kajaki kroiły wodę. Musieliśmy zważać na wszędobylskie żaglówki i motorówki. Ustępowaliśmy im z drogi, nie rozumiejąc zasad, jakimi się kierowali sternicy. Żeglarze traktowali nas jak plankton godny rozjechania. Wokół ruch jak na Marszałkowskiej a my niczym piesi na jezdni. Przeszkadzaliśmy, chociaż wydawało się, że płyniemy szybko i zgodnie z nieznanymi nam przepisami albo zasadami żeglowania w tłoku. Bełdany to taki miły oku landszaft, jakby powiedział Melchior Wańkowicz. Tłok na wodzie powodował jednak, że nie czuliśmy tego uroku, chociaż brzegi wysokie i strome, wyspy, zatoki, puszcza gdzie okiem sięgnąć, bezkres nieba, prowokujące perspektywy…


Skręciwszy za mariną, dogoniliśmy dwóch turystów w jednym kajaku z zapałem mieszających wodę. Chcieli wpłynąć do śluzy przed nami. Kolega nie wytrzymał. Przyspieszył. Jakby zredukował bieg. Ja za nim. Turyści się zawzięli. Byli zgrani. Wytrzymali jednak może dwie, może trzy setki sprintu i… osłabli. Kumpel odjechał od nich i ode mnie. Po tygodniu spływu i ponad dwustu kilometrach szlaku opanował wyczynową technikę wiosłowania. Dogoniwszy go pod bramą śluzy, zobaczyłem satysfakcję na jego twarzy… Wpłynęliśmy do komory śluzy wypełnionej po brzegi. Zdyszani przegrani też się zmieścili dopchnięci przez śluzowego tyką. Wypełniona komora podniosła nas na poziom Jeziora Nidzkiego…

 






Wyczynowego wiosłowania na turystycznym kajaku uczył się ode mnie każdy. Wiesiek Łubkowski, z którym studiowałem na warszawskiej Politechnice, piski niedźwiedź (podczas każdej rozmowy musiałem zadzierać głowę), po dwóch tygodniach pływania po Czarnej Hańczy, Biebrzy i Rospudzie, wziął się za bary z kajakarzami ćwiczącymi na torze regatowym na jeziorze Rospuda. Chłopcy w wyczynowych jedynkach, lekkich jak piórko, trener na motorówce obok, a na zewnątrz toru Wiesiek na turystycznej krypie wypływający z rzeki… Zrównał się z zawodnikami w chwili wystrzału ze startera. Ze zdumieniem obserwowałem jak dotrzymywał kroku a potem zaczął ich wyprzedzać. Wytrzymał do końca półtorakilometrowego toru. Trener dopłynął do niego motorówką:

- Długo trenujesz?

- Dwa tygodnie.

- Nie wierzę.

- Nigdy przedtem nie pływałem.

- Nie zechciałbyś dołączyć? Masz ciąg…

Wiesiek opowiadał później, że trener chciał go koniecznie zmotywować to wyczynowego pływania, twierdząc że takiego talentu jeszcze nie spotkał.

 


A przecież pierwszego dnia wędrówki po Wigrach Wiesiek był wykończony falą, zimnym wiatrem i nieergonomiczną pozycją w kajaku (siedział za nisko i opierał się o podpórkę na rufie). Kiedy dopłynęliśmy do kameralnej polany naprzeciwko Rosochatego Rogu,  usnął na trawie. Myślałem, że zrezygnuje z wyprawy. Fatalnie wyglądał. Zsiniał na twarzy. Przemeblowałem z kolegą jego marynarski worek wypełniający wnętrze kajaka. Przez ten wór nie mógł wyprostować nóg. Zabraliśmy część jego rzeczy do swoich kajaków. Urządziliśmy z kapoka podwyższone siedzenie, odsunąwszy go od tradycyjnego drewnianego oparcia na wysokości nerek. Wiesiek, kiedy się obudził i opił gorącej kawy, zaprotestował. Nie uległem. Nie pozwoliłem mu podpierać pleców. Przyuczyłem go jak ma siedzieć, układać nogi w kajaku i wiosłować z wykorzystaniem zasięgu barków i rąk. Przez kilkaset metrów korygowałem jego postawę i ruchy, póki nie załapał, o co chodzi. Przestał wreszcie cierpieć. Wigry wynagrodziły mu wtedy niewygodę i poranne zmęczenie niezwykłym krajobrazem i wieczorną flautą pod Gawrych Rudą…

 







Nidzkie – fantastyczne. Płynęliśmy wzdłuż południowego brzegu pod pochylonymi sosnami, dębami, brzozami, olchami, między wyspami, pod wzniesieniami Prania i Krzyża. Odwiedziliśmy obie opisywane przez Ernsta Wiecherta zamordejskie zatoki, tę wielką i tę małą. Zanocowaliśmy na jakimś kameralnym cyplu pod Zamordejami z dala od tłumów na wodzie i od wypełnionych polan biwakowych. Następnego dnia kończyliśmy spływ w Wiartlu. Do Pisza dowieźliśmy kajaki na furmance doczepionej do starego ursusa…

 

Ostatni spływ Krutynią zaliczyłem jesienią. Kolega wyszedł z wojska w stopniu podporucznika po odbyciu obowiązkowej służby w jednostce saperskiej w Kazuniu i koniecznie chciał świętować wolność w kajaku. Nie dałem się długo namawiać. Popłynęliśmy ze stanicy PTTK w Sorkwitach. Na początku jednak kierownik nie chciał uznać mojego dowodu osobistego.

- Gdzie pan pracuje? – dopytywał.

Podałem nazwę instytucji.

- W dowodzie nie wpisano.

- To jakiś problem?

- Pan to chyba ze służb. Oni nie wpisują.

- To proszę tak uznać – skwitowałem.

- No dobra. Kajaki zdacie w PTTK w Rucianem – zakończył śledztwo.





Krutynia przyjęła nas jak dobrych znajomych. Szlak opustoszał po wakacjach. Zanurzyliśmy się w  samotności i błogości. Pierwsze obozowisko rozbiliśmy na Jeziorze Białym. Obraz jeziora w promieniach zachodzącego słońca z deszczowymi chmurami zawieszonymi gdzieś nad Pieckami i Nawiadami – niezapomniany. Ta cisza, ta gładkość jeziora przed namiotem, szczęk kochera nad ogniskiem, zapach płonącego drewna i ciepło żaru, gadanie perkozów i śmieszek, aromat tataraków i boru za plecami, nastrój złotej godziny... 

 



Drugie obozowisko urządziliśmy nad jeziorem Tejsowo po przepłynięciu Babantem do Babięt Wielkich i z powrotem; trzecie na wyspie Zyzdroju Wielkiego po zaliczeniu strumienia Kadyk (Kuklanka) z trzema jeziorkami pod Krawnem; czwarte na bindudze Jeziora Gardyńskiego; piąte gdzieś między Siwirogiem a Zamordejami, zawróciwszy spod Wiartla na końcu Jeziora Nidzkiego…


Ostatniego dnia dopłynęliśmy do stanicy PTTK w Rucianem, zdaliśmy kajaki i długo nudziliśmy się w oczekiwaniu na nocny pociąg z Ełku do Warszawy. Kiedy nadjechał, zajęliśmy miejscówki w Warsie. Wars-man zaproponował scenicznym szeptem golonkę do zamrożonej flaszki. Nie musiał nas zachęcać. Po tygodniu jesiennego pływania po Krutyni byliśmy w stanie zjeść wszystko… To była epoka kartek na mięso, cukier, masło, mąkę, proszek do prania... Porcje były ogromne, pięknie upieczone, parujące, z chrupiącą skórką, ogarnirowane dobrze przyprawioną kapustą, marchewką, innymi warzywami… Wyżerka, palce lizać!...

Usiedliśmy obok kontuaru, żeby Wars-man nie musiał chodzić z alkoholem…

Po godzinie zajrzeli do Warsu inni podróżni. Widząc nas nad dymiącymi talerzami i wdychając aromat świeżego pieczystego, też tak chcieli. Usłyszeli:

- Zeżarli cały zapas. Nie odważyłem się odmówić.

Podkreślił słowa sugestywnym skinieniem głowy w naszym kierunku…

Po takim komplemencie rozprostowaliśmy się dla podkreślenia wagi wygłoszonego usprawiedliwienia.

Goście musieli obyć się nieśmiertelną jajecznicą, wiekowym bigosem i zleżałymi kanapkami z nierozpoznawalną zawartością.

Wars-man wyznał, gdy zaproponowaliśmy wspólną kolejkę, że ta golonka to z jego prywatnego zasobu. Był rok 1984. Znamienny. Trawestując Orwella, nieomal orwellowski. Tłumaczący konspiracyjną ostrożność. Przewodnia siła narodu powołała do życia IRChę (Inspekcję Robotniczo-Chłopską – remedium na kartkowy niedostatek). IRCha panoszyła się wszędzie, uprzykrzając życie szmuglerom, prywaciarzom, spekulantom, badylarzom, nierobom, przedstawicielom wolnych zawodów; słowem wszystkim tym, którzy mieli w "dogłębnym poważaniu" kartkowy dobrobyt i polegali na handlu wymiennym... Kto tego nie przeżył, nie zrozumie, o czym mowa… Kto zechce zrozumieć, niech obejrzy Zmienników albo nieśmiertelne dzieła Staszka Barei.

 

Od tamtej pory nie kajakowałem po Krutyni… Proza życia w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych nie sprzyjała już takim fantazjom…