poniedziałek, 9 maja 2022

Kajakiem po Łynie w poszukiwaniu łęczaka


Popłynąłem w nocy. Ubrany jak na zimową wyprawę. Zwodowawszy kajak, ruszyłem pod prąd cichej rzeki. Ptaki jeszcze spały. Gdyby nie latarnie domów nad brzegami, niewiele bym widział. To ten stan, który uwielbiam. Jednak nie boję się ciemności. Ona świad­czy o tym, że gdzieś zawsze znajdzie się jakieś światło. Będę więc oglądał początek dnia od pierwszej chwili rozpalającego się krajobrazu. Wiosło w rękach… Łyna pod kilem… Cisza… Czasem jakiś szmer w tataraku, przypadkowe kwilenie ptaka zaspanego w przybrzeżnych krzakach łozy… Milczący most nad głową, odbijający plusk wiosła twardym pogłosem… Czego chcieć więcej?...


Wypłynąwszy spomiędzy szuwarów na taflę jeziora, usłyszałem budzącą się symfonię. Ptaki nadawały z ledwo widocznych zarośli. Dziób kajaka kroił czarną taflę. Fale bujały odbiciami gwiazd i świateł wiejskich latarni. Próbowałem nagrywać, lecz aparat odmawiał posłuszeństwa. Obraz na ekranie wyświetlacza niestabilny: to ostrzył na pojedynczych szczegółach otoczenia, to się rozmywał… Jakby żył własnym życiem…


Odpłynąwszy ku wyspie i obróciwszy kajak, zobaczyłem zamglony brzask nad wsią. Zwiastował żeglarski świt. Uwydatnił kontury olch na cyplu. Z ich wierzchołków poderwały się czaple. Pożeglowały w przestrzeń, mało co widząc. Powiosłowałem za nimi. Przez zastygłą taflę wody, ciemność, kontury odległych brzegów, ledwo co odcinających się od granatowego nieba… Wokół ospałość... Zamykając na chwilę oczy, odpływałem od tej rzeczywistości. Czułem, że zasnę, jeśli przestanę wiosłować. Jakbym zanurzał się w nirwanie... Dopiero podmuchy wiatru, delikatne, dotykające twarzy zimną wilgocią, wyrwały mnie z narastającej katalepsji. Obudziły z emocjonalnego bezruchu…


Byłem już w południowej zatoczce jeziora. Schodzące się brzegi kierowały na nurt Łyny. Płynąc wzdłuż szuwarów, poczułem narastający opór. Kajak szorował o dno. Wiosłem bełtałem muł. Opadająca woda odsłoniła szczątki zeszłorocznych roślin. Odbiłem w lewo, gdzie spodziewałem się głębszej wody. Niewiele pomogło. Zabiedzona suszą rzeka rozlewała się po całym ujściu cienką warstwą…

 

Przepychałem kajak z mozołem, póki brzegi nie zbiegły się i nie obramowały gałęziami martwej łozy ledwo wyczuwalnego prądu wody. Kajak odzyskał lekkość. Wiosłowałem po cichu. Nieśpiesznie. W nadziei spotkania zwierząt na łące pod lasem. Zanurzyłem się w koncert przybrzeżnego oczeretu. Krzyżówki dokładały swoje, startując z niewidocznych zakamarków nieopodal porzuconego żeremia i zanosząc się kwakaniem wyrażającym strach. W przeciwieństwie do nich czaple przelatywały nad głową bez chrapliwego krakania. Odwróciwszy kajak ku jezioru, próbowałem fotografować pod narastający brzask. Wciąż było za mało światła.


Przemykałem przez zakręty przejmy między Kiernozami. Mgła krążyła nad lasem. Stetryczałe żaby nadawały z bagiennych zarośli. Lustrowałem odsłonięte krawędzie brzegów, szukając nor, wypatrując kręgów fal wzniecanych przez bobry lub ryby. Kajak tarł o grzbiety zatopionych pni i o gałęzie wystające z wody. Za kępami uśpionej jeszcze kaliny wpłynąłem w korytarz między szarymi badylami zeszłorocznej trzciny. Za nim nie było jeziora. Cały Kiernoz Mały spowiła jednolita mgła. Widziałem tylko nie wykształcone jeszcze liście nenufarów. Rośliny wyrywały się ku światłu.


Usłyszawszy gadanie perkozów, obróciłem kajak ku plamie rozjaśnionego krajobrazu. Jezioro przecierało oczy ze zdumienia, pytając:

- Co tu robisz człowieku?

Odpowiedziałem:

- Po prostu jestem. I nie chcę niczego więcej.


Płynąłem na pamięć. W towarzystwie rozpuszczonego zarysu boru z lewej. Celowałem dziobem na południe. W miejsce, gdzie spodziewałem się trafić w kolejne ujście Łyny. Pod kępą starych brzóz wysuszonych przez jemiołę. Znowu poczułem, że zasnę, jeśli odłożę wiosło. Żadnej fali, która by zagrała na burtach. Dziób kroił wodę bezgłośnie. Powolne ruchy wiosła nie wzniecały nawet plusku… Zamykające się oczy gasiły myśli i sprowadzały błogość... Na środku jeziora dopadała mnie nirwana… Tylko zwiesić głowę i zastygnąć w bezruchu…


Kajak jednak zaszurał w liściach świeżych nenufarów. Ocknąłem się. Zefir przerzedził mgłę. Zobaczyłem kontury szuwarów, pagórek z samotnym domem na grzbiecie, kępę brzóz – punkt widokowy dla czapli i błotniaków, skąd zwykły o świcie oglądać teren łowiecki…


Wtedy zobaczyłem łabędzia. Pływał w tumanie mgły rozjaśnionej brzaskiem astronomicznego świtu. Kajak znieruchomiał. Znowu mulista płycizna pod kilem. Łabędź pozwolił się fotografować. Jakby uległ nastrojowi chwili…

- Co tu robisz łabędziu? – spytałem.

- Po prostu jestem – zakwilił…


 

Przemieliwszy wiosłem muł w ujściu rzeki, przepchnąłem kajak na czysty nurt. Podmuchy wiatru z południa zamarły w zaroślach. W gładkiej tafli odbijały się trzciny, gałęzie martwej łozy, korony i pnie bezlistnych jeszcze olch. Koncert wiosny narastał. Z łęgu nadawała kukułka, podkreślając egzotyczną aurę zamglonej rzeki…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Płynąłem przez pastelowe obrazy Brzeźna Łyńskiego, w których dominowała jeszcze pozimowa szarość przetkana plamami odradzającej się zieleni. Kukułka nie ustawała. Siedziała w gałęziach nadrzecznych olch. Niewidoczna. W towarzystwie zaspanej siwej wrony. Byłem coraz bliżej wsi, mijając odsłonięte żeremie bobrów. Kaczki jeszcze nie przywykły do kajakarzy. Wciąż uciekały przede mną, roznosząc kwakaniem swój strach. Walczyłem z płytkim nurtem. Wiosło odbijało się od kamieni w dnie. Najtrudniej było pod mostem…


Za wsią zaczyna się inny świat. Rzeka płynie przez łęg. Leniwie. Z rozmysłem. Zmuszając do tańca odradzające się wodorosty, liście grążeli; omywając kępy rozkwitającej turzycy; podmywając obnażone brzegi, korzenie starych olch i wierzbowych zarośli… Zaglądałem w odsłonięte zakątki helokrenowych wysięków. Płoszyłem ryby, które, uciekając, wzniecały fale w formie grotów…


Doznawałem wrażeń podobnych do tych sprzed lat, gdy ciągnąłem z kolegami ze studiów kajaki przez Kamionkę między Jeziorem Krzywym a Wigrami. Tam też za każdym kamiennym progiem, po którym nurt tej czarodziejskiej rzeczki zeskakiwał mini wodospadem, przechodziliśmy przez mikro-rozlewiska, płosząc wydry lub niewidoczne ryby wzniecające fale na powierzchni oczek. Wtedy też oglądaliśmy czarne bociany na gniazdach w konarach niesamowitych drzew zasklepiających niebo. Dzisiaj Kamionka, w przeciwieństwie do Łyny, doczekała ochrony rezerwatowej…


Płynąłem więc przez obrazy pochylonych nad wodą drzew, przez ich fraktalne odbicia wzruszone falą od kajaka i delikatnymi zawirowaniami nurtu. Fotografowałem każdy (w stylu japońskich grafik) szczegół otoczenia. Filmowałem rozśpiewane i pełne subtelnego ruchu komnaty Łyny, nie bacząc, że kajak wciąż wpadał na gałęzie, zatopione pnie, szorował o wodorosty, zamierał, zmuszając do robienia wiosłem. Lawirowałem między obnażonymi przeszkodami w poszukiwaniu miejsc, gdzie da się przepłynąć. Wciskałem się w każdą szczelinę swobodnego lustra wody. 

 

Kiedy zaś trafiałem na kilka pni podmytych i przewróconych drzew, uruchamiałem wyobraźnię w poszukiwaniu sposobu przepłynięcia na drugą stronę bez wysiadania. Jak kilka dni wcześniej na Marózce. Jedno, że tutaj prąd wody… – jakby go nie było. Płynąłem więc uwznioślony, wypełniony milczącym zachwytem, smakujący geometryczną symetrię pochylonych olch i ich lustrzanych odbić... Wszak piękno kocha samotnych wielbicieli… Wielbiciele zaś odwzajemniają miłość samotnego piękna…


Jeziorko Morze wyłania się w perspektywie rzeki i tunelu utworzonego przez ściany olchowego łęgu. Było przystrojone roztańczoną mgłą. Przywiodło na myśl obraz zamglonej Kośny fotografowanej kilka lat wcześniej o wschodzie słońca, w chwili, w której wypłynąłem z lasu w Leśnej Purdzie... Te fraktalne struktury konarów wynurzających się z rzeki, galimatias kształtów i odbić, obietnica kłopotliwej przeprawy przez zasieki w płytkiej wodzie, nagroda w formie otwartej przestrzeni... Płynąłem urzeczony. Wszystko tu coś znaczyło, tylko czasami słów brak, by to znaczenie zgłębić…



Przewrotnie myślę, że nie powinienem się starać. Pytania o sens nie mają znaczenia. Istotne to tylko, by być w takim miejscu, względnie, by być świadomie… Reszta to zbędny niepokój o przyszłość, której przede mną coraz mniej…

Wpływam na Morze i… grzęznę. Muł pod płytką wodą, obnażone korzenie grążeli, owalne liście wyłaniające się na powierzchnię. Mgła tańczy leniwego kontredansa nad śpiącą wodą. Nad kolejnym ujściem rzeki wiruje słup mgły. Po drugiej stronie tafli płyną łabędzie. Pozują podczas filmowania… Szukam w szuwarach żurawi, na konarach nad mokradłem czapli, bielików, rybołowów… Bez skutku… Świat jednak jaśnieje. To już świt cywilny. Chmury podbarwione słońcem. Niebo błękitnieje…



Wpływam na rzekę, mieszając muł pod warstewką wody. Wzniecam bąble metanu. Nurt gaśnie w tym miejscu, rozlewając się po płyciźnie ujścia. Dopiero między łanami szuwarów i pylącej turzycy, które ścieśniły korytarz, nurt ożywa i uwalnia kajak z nieznośnego oporu. Brzegi suną w takt pchnięć wiosła. Kolory ożywają. Ptaki coraz radośniejsze. Trele, pogwizdywania, kukania, szycie świerszczaków, solówki kosów, pokrzykiwania dzięciołów, kwilenia… Wszystko to nasyca przestrzeń… Soliści pozują na gałązkach łozy, na łodygach trzcin, w konarach drzew… Czasem zamglone niebo robi za tło... Przy braku światła staram się jak mogę, by uchwycić i wyeksponować rokitniczkę w natchnieniu. Kajak nie ułatwia sesji...





Brzask coraz mocniej podbarwia olchy nad wodą. Mgła rozpada się na odrębne tumany. Wszystko takie ulotne, uchwytne tylko przez mgnienie oka... Woda nie utrwala obrazów. Nadaje im życie tylko w przejawach ruchu. Trudno wszak zostawić na powierzchni rzeki odciśnięty ślad. Jedyne, co można, to utrwalić ów znikający ślad w kadrze…







Fotografuję więc. Rokitniczka wciąż śpiewa. Nic, że ustawiam kajak pod nią. Robię wiosłem. Hałasuję, wciskając rufę w zarośla. Muzykuje podekscytowana konkurentem gdzieś w zaroślach obok. Rozsyła nuty na wszystkie strony. Pozuje w gałązkach, wśród bazi. Przeskakuje z miejsca na miejsce, ale wciąż na tym samym krzaku… W końcu znika w mierzwie. Z dala od wody. Odpływam…




Słońce wznosi się ponad ścianę lasu w otulinie mgły. Ukazuje bladą tarczę ze wstęgą ulotnego obłoku. Rozsiewa światłość, uwypuklając kontury martwej łozy nad sierścią zielska. Jest jakoś tak zwykle niezwykle… Jak to na Łynie… Przemieszczam się pod prąd od zakątka do zakątka, między popisami rozśpiewanych ptaków, przez ulotne wrażenia, doznania chwili, od jednego nastroju do drugiego… Rzeka pluska, kajak pluska, wiosło też… Kadłub trze o łodygi trzcin, dno chrobocze na gałęziach pod wodą… Drzewa przemijają niczym sen… Porzucone i zarośnięte żeremie zostaje z tyłu…


Za rumoszem gałęzi w nurcie wpływam w aleję z szuwarów. W jej zamglonym prześwicie poluje biała czapla. Zrywa się do lotu, zanim wyceluję obiektyw.

- Co za obraz! – nieomal krzyczę.

Pozostaje tylko w pamięci…



Czuję na plecach dotyk słonecznego światła. Przepycham się przez zator z wykoszonych łodyg… I oto jezioro. Sceneria patetycznej symfonii na setki dziobów. Wybrzmiewającej całą potęgą roztańczonej wiosny… Trzciniaki, świerszczaki, rokitniczki, czarne rybitwy, czajki, żurawie, łyski, perkozy, kukułki, wilgi, kosy… Oczy szeroko otwarte. Uszy szeroko odsłonięte. Zmysły wyostrzone... Obracam kajak ku rzece. Szuwary we mgle… Spektakl niezwykły... Słońce nad prześwitem… Jego odbicie w lustrze między szuwarami… Perkozy tokujące z boku… I ja w centrum widowni… Sam jeden… Cała samotność w całej jaskrawości… Można się zatracić…

Życie nie ma celu. Życie nie ma sensu. Życie jest!... Trwa od zarania istnienia Ziemi, stwarzając po milionach lat rozwoju i dramatycznych  przeobrażeń szansę obejrzenia  tego właśnie zjawiska… Nie dziwię się fascynacjom Richarda Feynmana…






Aparat dostosował się do nastroju chwili. Zdjęcia perkozów w liściach nenufarów przypominają akwarele daltonisty. Oszczędne w kreskach, stonowane, nasycone odcieniami szarości… 


Spychany powiewami kajak odpływa na środek jeziora. Trzciny i zarośla łęgu otulające nurt rozpuszczają się w rozświetlonej mgle. To zachwycający obraz… A koncert trwa i trwa… Dołączają doń łabędzie krzykliwe. Ich potężne okrzyki brzmią niczym akcentujące staccato dźwięki monstrualnego fagotu…









Wpłynąwszy w zatokę, którą wieńczy przesmyk na Brzeźno Małe, fotografuję rybitwy czarne. Odpoczywają na wynurzonych korzeniach grążeli. Nic sobie nie robią z mojej obecności. Pozują na tle ubogim w kolory. Światło i zamglone powietrze zamieniają zdjęcia w grafiki… Jest cudnie… Ogarniam spojrzeniem krajobraz za rybitwami. Dominują pastele. Oszczędne w kolorach. Żadnych wyrazistych barw. Jakbym oglądał film o Hokkaido z cyklu Moving art Louie Schwartzberga…



Wpływam w przejmę między jeziorami. Przeciskam się przez wykoszone trzciny. Mijam martwego jelenia, młodego byka z nieśmiałymi odrostami poroża w zamszowym scypule.

- Co go pozbawiło życia?

Przykry widok. Piękne zwierzę, które umarło zaledwie kilka dni wcześniej. Zapach rozkładu dopiero się wzmagał. Ogarnia mnie smutek. Dopada przelotna myśli o ulotności życia. Odpływam z poczuciem bezsilności. Nie zdołam go podnieść i wyciągnąć na brzeg dla bielików, kruków i wilków… Powiadomię leśników. Po powrocie…





Na pomoście siedzą kormorany. Oblane słońcem, które rozproszyło mgłę. Jeden suszy skrzydła, wachlując nimi.. Próbuję robić zdjęcia przez trzciny i sitowie. W kadrze pełno uschniętych łodyg. Szczęście nie dopisuje. Płynę śladem łabędzi, które rozepchnęły piersiami dywan zalegających ścinek po szuwarach. Kormorany nie reagują. Ku mojemu zdumieniu dają się fotografować i filmować, póki całkiem nie wypłynę na swobodne lustro Brzeźna Małego. Dopiero wtedy wachlujący skrzydłami osobnik stanie się czujny. Po kilku minutach obydwa poderwą się do lotu w kierunku słońca...



Wpłynąłem na kolejny magiczny odcinek Łyny, pod olchowy łęg zstępujący ze stoku moreny, między brzegi zarośnięte kwitnącymi kaczeńcami, pełne kryjówek pod korzeniami drzew przeglądających się w powierzchni zastygłej wody. To ten fragment rzeki, który nieodmiennie urzeka…




I oto ostatnie jeziorko Krzyże. Ostoja żurawi okupujących szuwary, łany tataraku, zbite kępy turzycy, skrywające nurt Łyny… Łabędzie krzykliwe płyną pod brzegiem. Rozmawiają scenicznym szeptem. Żurawie brodzą na skraju, darując sobie klangor. Pilnują młodych. Moja obecność nie prowokuje zamieszania. Podpływając do ostatniego ujścia rzeki, obserwuję czajkę brodzącą po obnażonym mule płycizny. Pozwala się fotografować. Jej partner krąży w pobliżu, melodyjnie kwiląc… To właśnie te klimaty wiosny, za którymi uganiam się kajakiem…



Byłem już gotów zrezygnować z dalszego spaceru. Na wszelki wypadek jednak opłynąłem mieliznę z czajką, wyszukałem jaśniejszą smugę w dnie z czarnego mułu oblepiającego pióra wiosła i znalazłem odczuwalny prąd wody nad nią. Kajak stawiał opór. Przepchnąłem go jednak do korytarza w kępach kwitnącej ostrolistnej turzycy. Przemagałem nurt, odpychając się wiosłem od zarośli. Żurawie, które odstąpiły od brzegu, spacerowały teraz w sierści tataraku i turzycy zmacerowanej przez ostatni  śnieg. Mierzwa dopiero miała się odrodzić dywanem nowych pędów. Póki co widziałem żurawie w całej okazałości, sięgające po kąski w łodygach…





W perspektywie doliny, patrząc w kierunku orłowskiego wzniesienia, dostrzegłem zamieszanie. Lecący ku mnie bielik zawrócił i zaczął odlatywać na południe przeganiany przez kilka poruszonych ptaków. Widziałem jego charakterystyczny dziób i szpony pod skrzydłem. Nie zdążyłem zrobić zdjęcia podczas raptownego zwrotu. Odprowadzałem go spojrzeniem, póki nie zniknął za olchowym zagajnikiem pod Likusami…


Nie łudziłem się, że dopłynę do przesieki z dębów powalonych w poprzek rzeki w miejscu sąsiadującym z otuliną rezerwatu źródeł Łyny. Było za płytko. Przepychałem kajak przez obnażone kłody i gałęzie. Wypatrywałem w świetle rzeki miejsca, gdzie nurt wypłukiwał wąskie rynny. Przeciskałem kajak przez przewężenia brzegu i kęp jeżogłówki na środku lustra wody. Wszystko po to, by dotrzeć chociaż do (odprowadzającego wodę z mokradeł pod Likusami) tajemniczego rowu – rozdzielającego siedlisko bagnika nadwodnego, którego ukąszenie wywołuje kac wędkarza…



Utknąłem na mieliźnie. Do olchowego tunelu było jeszcze jeszcze... Dalej mogłem już tylko piechotą z kajakiem na sznurku. Zawróciłem. Słońce rozgrzało wnętrze doliny. Zdjąłem kurtkę. Odłożyłem wiosło. Usiadłem na rufie. Dałem się ponieść Łynie. 





Słuchając nieustającego koncertu wiosny, fotografowałem spacerujące żurawie przez mierzwę zarośli. Czasem wpychałem dziób w łodygi, by unieruchomić kajak dla lepszych ujęć, obserwując nadlatujące łabędzie, żurawie czy kormorany, zwykle biesiadujące na śródleśnych rozlewiskach... Bielik, który zniknął za lasem, już nie powrócił. Przynajmniej tak myślałem, póki nie zobaczyłem go znowu, przelatującego na tle boru otulającego jezioro Krzyże. Wtedy też się spóźniłem, nie wierząc własnym oczom…



A potem dostąpiłem zaszczytu spotkania z koziołkiem. Ujrzałem go stojącego na tle łanu wysuszonego oczeretu, minąwszy miejsce ostatniego ucztowania bobrów. Kajak spływał spychany prądem wody. Łodygi i liście odrastających zarośli utrudniały fotografowanie. Koziołek stał jak posąg. Nie uciekał. Był jak zahipnotyzowany, patrząc w obiektyw. Spływałem w cieniu. Co więc widział? Aparat grzał się w rękach. Zdjęcie za zdjęciem. Na ekranie wyświetlacza widziałem jednak tylko wyostrzone tło lub łodygi z pierwszego planu. Obiektyw nie chciał się ustawić na koziołku i jego parostkach. Co za pech! Niesforny kajak. Zarośla. Żadnej szansy na ustawienie ogniskowej, nawet przez dotykanie ekranu na pikselach obrazujących parostki. Zdałem się więc na przypadek. W nadziei, że coś wyjdzie. Koziołek stracił cierpliwość. W końcu dał dyla. Złapałem go podczas imponującego wyskoku. Uspokoił się w zbawczych trzcinach. Wrócił do ziół. Pochylił głowę. Straciłem go z oczu…






Zmitrężyłem w sierści Łyny. Próbowałem fotografować rokitniczki buszujące w gęstwie obok. Podziwiałem kwiatostany turzycy. Trącane dłonią pyliły. Za miesiąc prześwit nurtu zwęzi się do szerokości kajaka. Będzie cudownie dla wielbicieli niecodziennych wrażeń o świcie, insektów i rosy…







Wypłynąłem na jezioro nieopodal czajki, która nadal okupowała spłacheć obnażonego mułu. Patrzyła w obiektyw klejnotami oczu. Imponowała ubarwieniem swojej szaty i stylowymi piórkami z tyłu główki… Czyżby zastanawiała się nad miejscem gniazdowania?

- Nie próbuj tutaj – pomyślałem. – Zaraz zostanie zalane…

Tak sobie kombinowałem, jak nie powinno być, chociaż by mogło…




Wracałem. Dzień coraz bardziej rozprażony. Krajobraz coraz bardziej jaskrawy. Kontrasty przyprawiały o ból oczu. Na Brzeźnie Wielkim płynąłem z zamkniętymi powiekami. Na pamięć. Pod wiatr z północnego zachodu. W towarzystwie łabędzi krzykliwych kołujących nad jeziorem.




Dopływając do wejścia Łyny, zauważyłem stado białych czapli. Poderwały się z trzcinowiska i, lecąc nieskładnie, podążyły w najdalszy zakątek za plecami. Byłem za daleko. Aparat w trybie automatyki nie radził sobie z oświetleniem…




Z ulgą wpłynąłem między trzciny. Ptasi koncert osłabł. Bez nastroju świtu spowszedniał. Niemniej trele trzciniaków pobudzały do wysiłku. Jak coca-cola lub podwójne espresso. Złagodziły ból pleców i rąk wywołany wielogodzinnym wiosłowaniem, i ból siedzenia po wielogodzinnym siedzeniu na siedzisku kajaka…






Spływałem więc przez znajome kąty, fotografując je teraz w pełnym świetle. Wiosna w pełni prezentuje się rewelacyjnie. Słońce uwydatnia wykluwającą się z pozimowej szarości zieleń. Na powierzchni i pod wodą. Śpiew ptaków podbija wrażenie. Błękit nieba podkreśla fraktalną strukturę drzew, wciąż bez liści...






Jeśli jeszcze do tego zobaczysz sarny pasące się w lesie nieopodal brzegu: matkę z młodym z ubiegłorocznego miotu; po chwili zimorodka, nie dającego się uchwycić obiektywem; następnie łęczaka (brodźca z rodziny bekasowatych, który rzekomo nie gniazduje w Polsce, a na błotach Kiernoza Małego przymierza się właśnie do godów), to szczęście foto-amatora wydaje się kompletne.





Łęczak - brodziec z rodziny bekasowatych

Wracałem o wiele później niż planowałem. Z Łyną witałem się po wielu miesiącach niecierpliwego oczekiwania. Naprawdę działo się – jak zwykle… niezwykle.



Wyspa na Kiernozie Wielkim



 

niedziela, 1 maja 2022

Kajakiem po Marózce - otworzyłem kolejny własny sezon

 

Spływ z przeszkodami


Zacząłem za mostkiem nad strugą odwadniającą jezioro Pluszne przez jaz i jeziorko Poplusz. Wartki nurt Marózki poniósł kajak wprost na zwaloną olchę. Jej pień wystawał nad wodę. Nie zastanawiając się, wepchnąłem dziób na grzbiet. Kajak prześliznął się po mchu i utknął w połowie kadłuba. Przeszedłem na dziób, który opadł ku wodzie. Odepchnąłem się wiosłem od dna rzeki. Wróciłem na miejsce podziwiać rozświetlone wnętrze Marózki…

 

Pnie pochylonych olch przeglądały się w pomarszczonej wodzie. Bezlistne korony nie dawały cienia. Rzeka pluskała w korzeniach uczepionych brzegu i dna. Ptaki śpiewały, podnosząc nastrój. Sunąłem nad kamienistym dnem osobliwego akwarium. Fotografowałem wysuszone żółciaki na próchniejącym pniu. Omijałem kłody wystające z nurtu…

 


Miałem co robić, spływając do jeziorka Gawlik, skąd nadbiegały podmuchy niesfornego wiatru. Gdzieś w oddali zatrąbił żuraw, gdzieś obok wabiła kukułka, obwieszczając swoje przybycie do leśnych Swaderek… Utknąłem na płyciźnie ujścia. Marózka niosła niewiele wody. Zapowiadał się spływ z przeszkodami. Dzięki nim miałem szansę dłużej pływać i fotografować roztańczony dzień.

 


Wypłynąwszy na jeziorko, ujrzałem w jego północnym końcu dwóch kajakarzy. Pomyślałem:

- Wypłoszą mi sarny.

Byłem przekonany, że będę sam. Zawiodłem się.

 


Obróciłem kajak ku słońcu. Wiosłowałem wzdłuż wysuszonych szuwarów, dopiero wypuszczających końcówki nowych pędów, więc jeszcze nawet nie zazielenionych się od spodu. Klarowna toń pozwalała ogarniać spojrzeniem dno, gdzie wodorosty, kępy osoki aloesowatej i listki nenufarów wykluwały się nieśmiało z zimowego uśpienia...

 


Mijałem łabędzicę na gnieździe za gęstwą szarych łodyg. Patrzyła między szeleszczącymi liśćmi w obiektyw. Co za widok! Nie podpłynąłem jednak. Zatoczka z wejściem na Marózkę kusiła. Filmowałem ols nad wymytymi brzegami. Stanąwszy w gałęziach zalegających na płyciźnie, poczekałem aż kajakarze mnie wyprzedzą. Nie chciałem słuchać drażniącej rozmowy. Ruszyłem, kiedy zniknęli w zakręcie.

 


Nie wiosłowałem. Nurt sam niósł między starymi olchami. Niektóre z drzew pochyliły się nad wodą. Inne zaległy, obnażając bryły korzeniowe. Tam, gdzie Marózka zwalniała, uciszając wiry i warkocze, drzewa przeglądały się w gładkiej powierzchni. Fraktalne struktury koron zachwycały na tle nieba upstrzonego obłokami. Czułem ciepło na sobie i w sobie. Pierwszy spacer kajakiem przez obrazy spóźnionej wiosny.

 



Kajakarzy straciłem z oczu już za ruiną mostku w nieczynnej drodze do Orzechowa. Teraz do tamtejszego kościoła trzeba objazdem wzdłuż jeziorka Gawlik. Surowa jeszcze łąka po obu stronach rzeki odsłaniała zmacerowane zimą wnętrze. Nic nie kwitło nad wodą oprócz krzaka tarniny. Kaliny wciąż spały. Tam, gdzie przed laty nurt wyrzeźbił głęboką wnękę, podmywając kredowy brzeg, była dzisiaj płycizna.

 




Pokonawszy ciasny zakręt, wpłynąłem w leśną dolinę. Płynący rufą do przodu kajak obijał się o kłody, szurał w gałęziach. Jedna z nich zaczepiła o pałąk na dziobie. Zawisłem. Trochę trwało, nim wyplątałem się z tej dziwnej pułapki nad wzmożonym prądem nurtu. Wszystko przez chęć fotografowania krajobrazu ze słońcem za plecami. Zdjęcia pod słońce o tej porze dnia wymagały mozolnego ustawiania parametrów. W kajaku na frywolnej i nieobliczalnej Marózce wydawało się to niemożliwe…

 




Słońce przenikało do wnętrza wąwozu przez plątaninę konarów, gałęzi. Nasycało światłem welon rozwijających się pąków. Plamiło rzeczne dno, ujawniając ruch ryb, odradzające się z zimowego snu wodorosty. W korzeniach tuż nad wodą kręciły się drozdy, pliszki… W poszyciu figlowały mysikróliki. Zewsząd dobiegały odgłosy leśnej perkusji (dzięcioły)… Nad wodą przelatywały pierwsze podobne do jętek owady, jakieś ważki, ospałe motyle... W zacisznych miejscach pojawiły się nartniki…

 






Płynąłem przez obrazy w klimatach japońskich rycin, kreślonych delikatnymi liniami, ożywianych subtelnymi pastelowymi kolorami, a mimo to fascynujących nieuchwytną egzotyką motywów i symboli budzącego się życia…

 



Przemierzając zakręty, przewężenia nurtu, lawirując między kłodami, przemykając pod wilczymi kładkami drzew spinających po upadku oba brzegi, przepychając kajak przez zanurzone na poły pnie, szukałem wciąż okazji do ciekawych ujęć. Nie wiosłowałem. Dawałem się nieść niesfornej rzece. Płynąłem to przodem, to bokiem, często rufą do przodu, ryzykując wypadek na niewidocznej przeszkodzie.

 






W oddali zobaczyłem zimorodka. Mignął tęczą piórek i zasiadł na jakiejś gałązce. Mimo starań nie udało mi się go podejść. Zniknął w perspektywie rzeki. Potem walczyłem z pozującą pliszką i z aparatem rozregulowanym podczas kolejnej szamotaniny na przeszkodzie. Na nic wysiłki. W komyszach Marózki wszystko takie ulotne, niezbadane. Nie pomagało stawanie w rumoszu gałęzi, przytulanie się do brzegu. Norka buszująca pod wykrotem przewróconego świerku też nie pozwoliła na zdjęcie.

 



A potem nadziałem się na zawalidrogę. Zdałem sobie sprawę, że muszę ustawić kajak wzdłuż zmurszałej kłody, która utknęła przy brzegu, wepchnąć dziób pod pień przewróconej olchy, pod nim obrócić kajak w prawo i ustawić się wzdłuż trzeciej kłody spiętrzającej wodę zwariowanej rzeki. Nie udało się od razu. Woda naparła na kadłub, przycisnęła do olchy. Próbowałem zawrócić. Kombinowałem w przód, w tył. Kajak nie słuchał. Nurt naciskał. Już niewiele brakowało do wywrotki. Krawędź burty była coraz niżej. W końcu wepchnąłem rufę na rumowisko za plecami, odwróciłem kajak dziobem do napierającego prądu. Odpłynąłem, mieląc wodę wiosłem. Pióra odskakiwały od kamienistego dna. Znowu spróbowałem powtórzyć wymyśloną procedurę. Tym razem przytrzymałem się pnia przy brzegu. Nie drgnął, tak ugrzązł w kamienistym dnie. Dziób wszedł pod pień pochylonej olchy i oparł się o kłodę w głębi. Obróciłem kajak „siłom i godnościom osobistom” w prawo. Pochyliwszy głowę, przedostałem się na drugą stronę, uwalniając się wreszcie z pułapki. W ferworze walki zapomniałem o zdjęciu dokumentującym przeprawę. Byłem pewny, że inni napytają sobie biedy, jeśli spróbują postąpić jak ja.

 


Nic to. Płynąłem przez znajome kąty Marózki w towarzystwie krzyżówek, dzięciołów, drozdów przeszukujących brzegi, słuchając nieustannego koncertu wiosny. Myślałem o ulotności doznań w kontekście odkryć współczesnej nauki. Stephen Hawking napisał we „Wszechświecie w skorupce orzecha”:

W 1931 roku Kurt Gödel udowodnił (…), że w ramach dowolnego systemu aksjomatycznego – takiego jak współczesna matematyka – można zawsze sformułować zdania, których nie można ani dowieść, ani obalić na podstawie aksjomatów tego systemu (…). Twierdzenie Gödla (…) było (…) wstrząsem dla całej społeczności uczonych, gdyż położyło kres rozpowszechnionej wierze, iż matematyka jest niesprzecznym i kompletnym systemem opartym na podstawach logicznych. Twierdzenie Gödla, zasada nieoznaczoności Heisenberga oraz praktyczna niemożliwość śledzenia ewolucji deterministycznego układu, który zachowuje się chaotycznie, to podstawowe ograniczenia wiedzy naukowej, które odkryto w XX wieku.”

Jeśli do tego dodać, że każdy z nas żyje w swoim czasie, zależnym od prędkości, z jaką się przemieszcza w przestrzeni i względem innych ludzi, świat jawi się środowiskiem, w którym nic nie jest pewne ani stałe. To co uważamy za pewne i z pozoru stałe jest skutkiem ograniczonych zdolności naszych zmysłów do postrzegania otoczenia. Naszym zmysłom umykają rzeczy odległe w kosmicznej skali, dające się opisać za pomocą ogólnej teorii względności, i rzeczy bliskie w skali Plancka, dające się ogarnąć za pomocą mechaniki kwantowej i geometrii nieprzemiennej opisującej czasoprzestrzeń jako zbiór jej ziaren stykających się granicami eliminującymi gładkość. Nasze zmysły nie odczuwają subtelnych zmian rytmu czasu wywołanych zmianami prędkości, z jaką przemierzamy przestrzeń… Dopiero wykreowane w ciągu ostatnich dziesięcioleci narzędzia badawcze pozwalają odkryć rzeczy niepojęte naszym zmysłom…

 


Za każdym więc razem, będąc w plenerze, uświadamiam sobie ulotność i niepowtarzalność każdej przeżytej chwili, którą usiłuję utrwalić aparatem fotograficznym. To stąd bierze się moje nieomal obsesyjne przekonanie, że każdy świt bez aparatu świtem straconym; każdy spacer bez refleksji towarzyszącej przeglądaniu zdjęć na ekranie komputera zdarzeniem pomijalnym…

 



Płynę więc, patrząc na mijane rzeczne odsypiska, przymuliska, zakola, podmywane klify z osuwającymi się sosnami, wzburzoną powierzchnię rzeki, zmurszałe pnie, z których wyrastają siewki drzewek w otoczeniu botanicznych ogródków i kęp mchów... Przepływam pod brzozowymi kłodami, z których zwisają brodaczki – chronione porosty… Próbuję filmować uciekające brzegi, wodę skrzącą się plejadą migotliwych gwiazd… Próbuję uwiecznić świerkowy las okupujący piaszczysty grunt za krawędzią brzegu… Po miesiącach czekania na kolejne spotkanie z Marózką ten spacer wydaje się niepowtarzalnym przeżyciem… Jestem sam, a piękno kocha samotnych wielbicieli

 


Max Tegmark „W naszym matematycznym Wszechświecie” napisał:

Olśniony zrozumiałem, że przez cały ten czas nie dostrzegałem tego, co uświadomił sobie Feynman: fizyka jest największą intelektualną przygodą, próbą zrozumienia najgłębszych tajemnic Wszechświata. Fizyka wcale nie zmienia fascynujących idei w nudne rozważania. Pomaga nam raczej widzieć wszystko wyraźniej, dodając otaczającemu nas światu piękna i uroku. Gdy jesienią jadę na rowerze do pracy, widzę piękno drzew pokrytych czerwienią, brązem i złotem. Gdy jednak spojrzymy na te drzewa przez pryzmat fizyki, dostrzeżemy jeszcze więcej piękna i właśnie o tym mówi Feynman (…). Zaglądając coraz głębiej, ujrzymy (…), że drzewa są tak naprawdę zbudowane z gwiazd, a (…) z analizy ich podstawowych elementów składowych można wysnuć wniosek o istnieniu wszechświatów równoległych.

 


Trawestując Richarda Feynmana, zwierzającego się ze swoich fascynacji Markowi Demiańskiemu podczas spaceru brzegiem Pacyfiku w przerwie naukowego zjazdu, powinienem napisać:

- Popatrz na tę rzekę. Strumień cząstek. Każda bezmyślnie zajęta sobą. Jest ich miliardy, a jednak wspólnie tworzą tę ożywioną ruchem wodę. W niewyobrażalnie zamierzchłej przeszłości, zanim jakiekolwiek oczy mogły je oglądać, rok po roku, dzień po dniu z szumem podmywały krępujące brzegi tak jak teraz. Dla kogo? Po co? Na martwej planecie bez żadnych śladów życia… Zawsze w ruchu, napędzane energią traconą rozrzutnie przez słońce, wyrzucaną w bezmiar przestrzeni. Ten strumień fotonów powoduje parowanie morskiej wody i opady deszczu gdzieś na pograniczu Warmii i Oberlandu. Wszędzie wszystkie cząstki powtarzają te same ruchy – jak niekończący się balet – aż w końcu powstają bardziej złożone cząstki. One tworzą inne, podobne do siebie i stają się coraz bardziej złożone. Zaczynają się odtwarzać – pojawia się życie, ogromne skupiska zorganizowanych atomów, DNA, białka, - choreografia się komplikuje (…) Z tej wodnej kołyski życie wychodzi na ląd i oto tu stoi – układ wielu miliardów atomów obdarzonych świadomością. Materia obdarzona ciekawością. Spływam Marózką zadumany nad tym zadziwiającym światem, ja – wszechświat atomów, jak jeden atom w tym ogromnym wszechświecie. Dlaczego? Po co?


 

Przewrotnie zaczynam myśleć, że odpowiedź na pytania: dla kogo? dlaczego? po co? przestaje mieć znaczenie. Istotne tylko to, by być, względnie, by być świadomie… Reszta to mój zbędny niepokój o przyszłość, której przede mną coraz mniej…

 


Opuszczam przełom Marózki. Przemierzam dno doliny, której skarpy odsunęły się za olchowy łęg. Nurt słabnie. Rozlewa się. Syci szuwary, które powoli ustępują otwartej wodzie… Mijam  martwego łabędzia w kępie rozkwitającej turzycy. Bez śladu gwałtownej śmierci. Zapewne powalony chorobą. Z zawiązkami skrzydeł, których już rozwinie i nie wzleci… Mijam bagna po lewej, które podczas roztopów na przedwiośniu potrafią czasem łączyć się z mokradłami pod Orzechowem… Wpływam ledwo uchwytną ścieżką przez siwe trzciny na ukryte rozlewisko, wprost w koncert świerszczaków i trzcinników... Wracam na rozleniwioną rzekę… Płynę do ujścia w koncert perkozów, łysek, kurek wodnych, czajek… Wreszcie Jezioro Święte ze świętą wyspą pruskiej bogini urodzaju… Kolejny koniec kolejnej przygody dla zmysłów…