środa, 7 lutego 2024

Staroobrzędowcy nad Krutynią

 


W przeciwieństwie do Melchiora Wańkowicza spływającego z Krutynia do Wojnowa tropami Smętka nie doznałem skutków ulew i burz. Wszystkim wyprawom kajakowym szlakiem Krutyni, niezależnie od miejsca startu: z Sorkwit czy z Pisza przez Śniardwy, towarzyszyła komfortowa pogoda. Burz i ulew doznawałem podczas wędrówek pod prąd i z prądem szlakiem Brdy, Wdy, Czarnej Hańczy, Rospudy, na Narwi i Pisie albo na Drwęcy, Wiśle, Nogacie. Krutynia jednak jakimś cudem chroniła mnie przed takimi zjawiskami. Z wyjątkiem białego szkwału, który raz przewalił się przez Mukier. Zaraz po nim wróciło jednak łagodne słońce.

 


Odcinek z Krutynia do Ukty jest inny od rezerwatów Jeziora Mokrego i Krutyńskiego. W Krutyniu postępująca urbanizacja daje o sobie znać. Nie ustępuje aż do Ukty. Płynie się więc w szpalerze nadrzecznych olch i dębów. Omija się rumowiska pni, konarów i gałęzi drzew, które nie wytrzymały uderzenia pioruna albo których systemy korzeniowe poddały się wodzie. Przed Krutyńskim Pieckiem brzegi stają się wyższe. Przez prześwity w listowiu zarośli i łęgu widać opadające ku wodzie łąki. Coraz wyraźniejszą dolinę wypełnia rozlewisko. Nurt słabnie. Za mostem i łagodnym zakrętem dostrzegam młyn z jego dwoma jazami: lewym napędzającym generator, prawym z kanałem ulgi. 

 



 

Po noclegu na materacu obok kajaka w zakrzaczonym kącie rozlewiska przeprawiałem się przez groblę i drogę nad jazami, dobiwszy do lewego brzegu. W półmroku prawy brzeg okazał się nieprzystępny. Wyciągnąłem kajak, korzystając w miarę z wysokiego poziomu wody. Nie musiałem brnąć w błocie, jak kilka lat później podczas spływu z kolegą po przeżyciu mukierskiego szkwału. Szarpałem się z kajakiem najpierw na ścieżce między pokrzywami i łopianem, chwilę później na brukowanej drodze wzdłuż ściany młyna z pruskiego muru, przewlókłszy sznur od kapoka przez kółko na dziobie (przeprawa przez wał śluzy w Zyzdroju nauczyła na błędach). Innej możliwości nie było. Najkrótsze przeniesienie przegradzał płot i przybudówki przyklejone do bocznej ściany młyna. Wokół panował hałas spadającej wody, a mimo to obudziłem psa pilnującego sąsiadujące gospodarstwo. Zanosił się histerycznym jazgotem. Zdawało się, nie brał oddechu. Przed drzwi wyszła kobieta. Spytałem, dlaczego tak szczeka. Usłyszałem definicję wiejskiego burka:

- Po to psem, żeby szczekał.

Uspokojona zawróciła i zamknęła drzwi za sobą. Pies jak nagle zaczął, tak zamilkł.

 


Podczas jednej z przepraw z kolegą o świcie, gdy wyciągnęliśmy kajaki z błota po deskach narzuconych na odsłonięte dno, mijaliśmy grupę kajakarzy, którzy obozowali pod młynem. Pytali, czy mamy jakąś aspirynę. Jeden z nich raczył się wódką, rzekomym lekiem na jego silną gorączkę. Nie mógł wydobyć z siebie głosu. Leżał na karimacie ułożonej na betonowej półce. Opatulił się śpiworem i stosem ubrań.

- Długo nie pociągnie – powiedział kolega. – Powinien do lekarza, bo źle skończy. Ja bym się nie kurował w ten sposób, leżąc na betonie. Karimata nie pomoże.

Przytaknąłem. Zdałem sobie sprawę, że sami nie wzięliśmy apteczki. Niemniej rozpierała nas energia. Nic nie zapowiadało takich tarapatów. Zwłaszcza że podczas spływów nie żałowaliśmy kasy na jedzenie i czasu na ciepłe posiłki.

Poradziliśmy im, żeby zawrócili do Krutynia i tam poszukali pomocy. Nie wiem, czy skorzystali. Nas ciągnęło już do Bełdan…

 




Ściągnąwszy kajak nad wodę, usiadłem na dziobie i gapiłem się na pokryte pianą kolisko wody wypływającej spod młyna, spod lewego jazu. Z jego dolnego skraju piana się urywała i wypełniała całą szerokość rzeki aż do najbliższego zakrętu. Szum kaskady za młynem był tak intensywny, że nawet nie usłyszałem woźnicy, który sprowadził nad rzekę konia. Odpiął go od wozu, by się napił z rzeki. Sam zabrał się do napełniania beczki wiadrem. Nie podjąłem rozmowy. Hałas był intensywniejszy niż pod młynem w Babiętach.

 



Aż do Rosochy Krutynia płynie w olchowym i wierzbowym łęgu, zasłaniającym czarną glebę brzegów i zarośnięte strome zbocza. Rzadko kiedy łęg otwiera widok na pobliskie łąki i pola, na ciemne ściany odsuniętej puszczy. Nie wiosłowałem. Korygowałem tylko kierunek, gdy kajak zbaczał na grzbiety głazów, w zarośla lub w wystające z wody gałęzie. Nasłuchiwałem plusku źródeł spływających znad obnażonych korzeni, szelestów listowia. Patrzyłem na kręgi pobudzonej przez ryby wody, na otoczaki i korzenie pokryte krasnorostami i na kępy wodorostów uczepionych dna. Rzeka wydaje się głębsza. Kręci się w kameralnej dolinie. Uderza w wysepki szuwarów rozdzielających nurt na odnogi. O świcie Krutynia mami. Wańkowicz twierdził, że dolną Krutynię profanowano pogłębiarkami.






Samotność i cisza potęgują doznania. Kameralna sceneria rzeki ujętej w karby puszczańskiego lasu wyostrza zmysły. Snując się między brzegami, pokonując zakręty, mijając polany wodorostów i zarośla na krawędzi gruntu i wody, pełne szaleju, turzycy, łopianów, skrzypów, paproci, krzaków podszytu pod starymi olchami, brzozami, sosnami i świerkami, ulegałem mistycyzmowi, nastrojowi, w którym cienie odlatujących ptaków łatwo wziąć za błądzące duchy lasu; pluskanie ryb żerujących w toni uspokojonej rzeki za subtelną groźbę nieznanego; szelesty ptaków snujących się wśród łodyg trzcin za uwodzący szept mamuna, dziwożony, utopca… Z ulgą więc odkrywałem otwierającą się przestrzeń za mostem w Rososze, wyrywając się z ułudnego, pełnego pozorów, władztwa Potrympa, galindzkiego boga magii…

 


Rosocha dyskretnie wyłania się spoza pagórków, witając dachami domów. Ku nim skierował się zaspany turysta z bańką na mleko. Nawet nie spojrzał na rzekę. Nie był świadomy mojej milczącej obecności. Do dzisiaj pamiętam uczucie błogiej samotności towarzyszące mijanym uśpionym obozowiskom, krowom schodzącym z łąk do wodopojów… Dotyk słońca po kolejnej czujnej nocy ożywiał…


Tutaj zaczyna się enklawa zrodzona z buntowniczej natury Jefima Borysowa, który nie zniósł prób ujęcia parafian w karby prawodawstwa Królestwa Polskiego po upadku Powstania Listopadowego i, skłóciwszy się z rodakiem Wasylem Samulowem z Pogorzelca pod Sejnami, przywiódł swoich zwolenników nad Krutynię w latach trzydziestych XIX wieku.

Była to jedna z wielu napędzanych motywami religijnymi wędrówek starowierców po Europie i obrzeżach Azji od czasu zbiorowego szaleństwa, które pchnęło tysiące raskolników, przeciwnych liturgicznym nowinkom patriarchy Nikona, na straceńcze wygnanie. Część buntowników rzuciła wówczas, w XVII stuleciu, wyzwanie nieznanemu – przekraczając uralskie przedmurze Syberii. Inni dotarli na Pustynię Wygowską, której słone piaski graniczą z Morzem Azowskim. Po śmierci Andrzeja z książąt Myszełckich przeorem klasztoru nad Morzem Białym został chłop Fotij przezwany Filipem. Owładnięty ideą walki z Antychrystem, beznadziejnej, powiódł swoich mnichów i zwolenników na wędrówkę ku kresowi życia w tundrze nad Morzem Arktycznym. Ich rękami zgotował sobie samobójczą śmierć na stosie.

W tym rozumowaniu ortodoksyjnych starowierców tkwił jakiś niepojęty dzisiaj obłęd. W historii tego ruchu nie da się znaleźć innego sogłasija, które by z taką determinacją szukało samounicestwienia. Rozkwitła w filiponach rozpacz skazywała ich na wymarcie w biernym oczekiwaniu końca świata.

 


Starowiercy Jefima Borysowa należeli do sekty Teodozjusza-Fieodosieja, osiadłej na Suwalszczyźnie pod władztwem cara Piotra I. Nie przejawiali już pierwotnej filipońskiej desperacji w oczekiwaniu na wciąż nienadchodzący koniec świata – nastawiając się bardziej ku życiu, aczkolwiek nadal w karbach starych obyczajów (na przykład nie używali w ubraniach guzików, uważając je za wymysł szatana). Wykupiwszy grunty rękami brata Jefima – Sidora Borysowa – w okolicach Ukty założyli kilka wsi, wśród nich, oprócz Wojnowa nad jeziorem Duś: także Gałkowo, Zameczek czy Śwignajno.

Krutynia dzisiaj snuje się między pasmami pagórków zwieńczonych gajami, urozmaiconych samotnymi domami ustrojonymi w jarzębiny, klony, samotne świerki. Brzegom rzeki towarzyszą olszynowe łęgi przybrane pasmami szuwarów i rozległe łąki z zejściami do wodopojów. Zabudowania Wojnowa i Zameczku stoją dyskretnie tam, gdzie wyżej i bardziej sucho.

Nie spotkasz tu już długobrodych mężczyzn, o których pisał Melchior Wańkowicz, z taką swadą tropiąc Smętka. Czas zrobił swoje. Wojenna zawierucha rozrzuciła starowierców na wszystkie strony świata i rozrzedziła nastrój zakątka, niegdyś repliki  rosyjskiej wsi z XVIII wieku.

 


Klasztor, najpierw męski, wybudowano w 1847 roku nad jeziorem Duś. Został rozbudowany przez Piotra Ledniewa (Pawła Pruskiego). Był głośny jego ideami. Miał dawniej wpływy w kurskiej, połtawskiej, wołyńskiej guberni. Był nawet przeciwwagą Cmentarza Prieobrażeńskiego w Moskwie. W 1885 roku został klasztorem żeńskim po wykupieniu przez Eupraksję (Dikopolską). Przestał istnieć. Ostatnia mniszka zmarła w 2006 roku.

 


Podczas mojego pływania po Krutyni w ubiegłym stuleciu klasztor chylił się już ku upadkowi, mimo że wciąż imponował pedantyczną czystością, misternym ołtarzem, urzekającym wystrojem auli modlitewnej. Jawił się arcyciekawym zabytkiem, w którym konserwowała się jedna z ostatnich zakonnic, staruszeczka przygięta do ziemi brzemieniem wieku.



Klasztor przeszedł w prywatne ręce. Święte ikony – których postacie malowane delikatnymi pociągnięciami pędzla Wasyla Samulowa, zaciekawiały głęboko ludzkim, spokojnym, nie pozbawionym jednak mistycznego dostojeństwa wyrazem oczu – były zagrożone kradzieżą. Wtedy, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, odnotowano dwa włamania do słabiej strzeżonych obiektów. Klasztoru broniły ogromne psy. Jeden z nich witał gości zagłobowskim basem. Za dnia wydawały się rubaszne. Podczas służby mogły jednak być nieobliczalnie groźne.


.

 

Wojnowo utkwiło głęboko w masywie puszczy. Lasy urywają się raptownie na skraju pól i łąk, nad którymi wiszą bez przerwy skowronki. Krutynia staje się nierychliwa. Przez czarną toń trudno dostrzec dno. Nic w tym osobliwego. W latach trzydziestych Niemcy pogłębiali koryto, ułatwiając spławianie tratew zbijanych z piskich (jańsborskich) sosen. 

 

Klasztoru z rzeki nie ujrzysz. Między szlakiem a klasztorem rozlewa się zarastające jezioro Duś. Nazwa przywodzi na myśl tak samo nazwane jeziora Suwalszczyzny i Litwy. Być może jego nazwa wzięła się z nostalgii pierwszych starowierskich osadników.


Zdjęcie obok to Krutynia w okolicach Rosochy zrobione przez przyjaciółkę z Panoramio o nicku MariWozn. Pozyskane z google earth.




Nie wpłyniesz na Duś z Krutyni. Wiosną płynący równolegle do Krutyni wzdłuż Wojnowa i wpadający doń za obszernym podwójnym zakolem strumień zarasta mierzwą nie do przejścia.


W kępie starych drzew nad jeziorem, na pagórku wypukłego fragmentu brzegu, kryje się cmentarzyk z krzyżami o trzech ramionach, dolnym ukośnym. Nazwiska pisane szwabachą zdradzają jednak odmienną etymologię i pochodzenie. Fotografując to miejsce, odczuwałem jego mistycyzm. Krzyże, stare groby, nazwiska, daty, historyczna świadomość i… rozległy widok na zarastające jezioro spod drzew ocieniających miejsce… To daje do myślenia, mimo upływu czasu od lat siedemdziesiątych, podczas którego przy klasztorze w miejscu sadzonych co roku kartofli wyrosły dorodne świerki.

 




Za Wojnowem nieopodal prawosławnej cerkiewki nad Krutynią przechodzi most. Dzisiaj na drewnianych solidnych filarach ułożono przęsło ze stalowych dwuteowników. Dawniej, gdy z Jackiem Rokickim, autorem zdjęć do mojej Zielonej Rzeki, przejeżdżaliśmy przez rzekę, most sklecony byle jak z drągowin, chwiał się pod maluchem 126P.

Ową cerkiewkę wybudowano po I wojnie światowej w charakterze religijnej konkurencji dla klasztoru staroobrzędowców nad jeziorem Duś. Dzisiaj po gruntownym odnowieniu stała się czynnym prawosławnym klasztorem żeńskim Zaśnięcia Matki Bożej i służy miejscowej parafii Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.

Ciekawych szczegółowej historii Wojnowa i okolic odsyłam do przewodnika Wojtka Kujawskiego „Krutynia, szlak kajakowy. QMK Olsztyn 2012.

 

niedziela, 28 stycznia 2024

Jeziorem Krutyńskim i Krutynią do Krutynia

 


W sąsiedztwie Jeziora Mokrego i Zgonu są cztery rezerwaty przyrody: Ławny Lasek, Królewska Sosna, Zakręt i Krutynia.

Ławny Lasek między jeziorem Uplik a Zgonem założono w 1963 roku dla ochrony kolonii czapli siwej, które zakładały gniazda na dwustuletnich sosnach porastających wschodni brzeg jeziora Uplik. Po porzuceniu kolonii przez czaple utrzymano rezerwat dla ochrony kompleksu najstarszych sosen w tej okolicy. Rosną w towarzystwie świerków. Stanowią siedlisko czarnych dzięciołów.


 

 

 

 

Rezerwat Królewska Sosna nad zatoką sąsiadującą ze Zgonem po jego północnej stronie został powołany do życia w 1959 roku dla ochrony kompleksu dwustuletnich sosen rosnących w towarzystwie świerków, brzóz brodawkowatych i kilkusetletnich dębów szypułkowych z seniorem, dębem Karola Małłka, wokół którego gromadzili się mieszkańcy Zgonu z Karolem Małłkiem, który mieszkał w Krutyniu po likwidacji Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego w Rudziskach Pasymskich (próba reaktywacji tego uniwersytetu w 1957 na fali postalinowskiej odwilży nie powiodła się, jego dawni uczniowie emigrowali kolejną falą do Niemiec). Najstarsza sosna (Królewska) licząca około 350 lat przewróciła się w lutym 2022 roku. W latach siedemdziesiątych miała jeszcze żywą koronę podczas fotografowania przez Jacka Rokickiego, autora zdjęć w „Zielonej rzece”. W rezerwacie są trzy zarastające (dystroficzne) jeziorka z pływającymi wysepkami torfowymi z reliktową florą torfowisk wysokich.

 







Rezerwat Zakręt utworzono w 1957 roku. W 1982 roku powiększono go do 105,80 ha. Obejmuje silnie zakwaszone jeziorka, których powierzchnia kurczy się z powodu zarastania kożuchem torfowców uczepionych zdradliwych brzegów. Wiatr czasem rozrywa ów kożuch, tworząc archipelag pływających wysepek. Wokół jeziorek pełno bagnicy torfowej, turzycy bagiennej, obuwika i lilii złotogłów, dzikiej żurawiny i borówki bagiennej (pijanicy), której nadmierne spożycie doprowadza do rauszu. Żurawinie towarzyszą przygiełki o kwiatach w kształcie kłosów i rosiczki okrągłolistne. Rezerwat jest siedliskiem sosen i dębów szypułkowych, leszczyn, jarzębiny, grabów, lip i wawrzynka. Leży w połowie drogi z Krutynia do Jeziora Mokrego.

 

 

 

 

 

 

 




Łuskiewnik

Wawrzynek



Rezerwat górnej Krutyni utworzono dopiero w 1983 r. dla ochrony Jeziora Krutyńskiego i górnego odcinka właściwej Krutyni do granic wsi Krutyń. Jest siedliskiem unikalnej roślinności wodnej i przybrzeżnej, w skład której wchodzą: hildenbradia rzeczna (krwisty krasnorost osadzający się na kamieniach i korzeniach), gąbka słodkowodna, przylaszczka, kokoryczka wonna i wielokwiatowa, łuskiewnik, konwalia i konwalijka, zawilec gajowy i żółty, zerwa kłosowa, skrzyp zimowy, mech wodny (jedyne stanowisko na Mazurach).

 

 

 







 

 

Na Jezioro Krutyńskie wpływa się z Jeziora Mokrego przewężeniem, którego brzegi spięto kamiennym mostem skracającym drogę przez komysze nadmukrzańskiej puszczy z Krutynia do Cierzpięt, Dobrego Lasku i dalej do Piersławka, leśniczówki Wiechertów. Dzisiaj mostek nie pełni swojej funkcji – drogę wzdłuż brzegu Jeziora Mokrego zamknięto. Można tylko pieszo lub rowerem. Patrząc od strony Cierzpięt trzeba orientować się na obniżenie linii nadmukrzańskiego boru. Pierwszy raz płynąc przez Jezioro Krutyńskie po przeniesieniu kajaka obok prostego jazu (zastawki z podnoszonymi ręcznie przegrodami stalowymi), który tamuje nurt Krutyni tuż za zatoczką Jeziora Mokrego, byłem zaskoczony bogactwem podwodnego świata wypełniającego jeziorną toń. 

 


 

W niej przebłyskiwały złotołuskie karasie. Spod wiosła uciekały wrzecionowate jazie i pękate liny wzniecające chmurki mułu. Na płyciznach egzystowały małże wielkie jak dłoń, rzeźbiąc w mule ścieżki powolnych wędrówek... Nie mogłem oderwać oczu od tego rozległego akwarium w otoczeniu wyniosłych ścian Puszczy Piskiej.

 

 

 


Po szkwale na Mokrym, który przywlókł masy zimnego powietrza, i po przeniesieniu kajaków obok jazu, zanurzyliśmy się, ja i kolega, w jeziorze dla… rozgrzewki. Pływaliśmy pod prąd nurtu rzeźbiącego pod przegrodą jazu podwodny wąwóz usiany wypłukanymi z dna głazami. Próbowałem zanurkować i przepłynąć pod przegrodą. Nie dałem rady. Po latach ktoś obudował przenoskę podestem i wzmocnił brzegi palami.

 





Jezioro Krutyńskie przypomina leniwą nizinną rzekę. Wypełnia rozlewiska połączone cieśninami, meandruje w gorsecie gęstych zarośli skrzypu, sitowia, pałki wąskolistnej i szerokolistnej, trzcin, tataraku, turzycy przygniecionych rumowiskiem pni, konarów, gałęzi… w obramowaniu imponującej puszczy towarzyszącej w drodze do największego plosa, z którego wypływa Krutynia. Puszczy tak gęstej, że nie widać zboczy doliny ograniczającej przełom rzeki. A pod kajakiem polany wodorostów i glonów, wśród których chronione ramiennice, w tym ramiennice kruche chara fragilis (z nadmiaru krzemu w tkankach), makroglony po raz pierwszy wyodrębnione naukowo przez Linneusza w 1753 roku… Owe ramiennice są niestety wrażliwe na nadmierny ruch kajaków. Ich polany ulegają degradacji.

 



Podobnych wrażeń doznałem lata później, płynąc rzadko odwiedzanym jeziorem Poplusz zasilanym strumieniem wypływającym z jeziora Pluszne i strumykiem łączącym źródłowe jeziorko Głęboczek Mały (obok Zatoki Księżycowej Plusznego) z jeziorkiem Głęboczek Wielki.

 


Przez najciaśniejsze przewężenie jeziora przerzucono niegdyś drewniany most skracający drogę przez komysze nadmukrzańskiej puszczy z Krutynia nad jeziora Kołowin i Kołowinek, na których Ernst Wiechert z ojcem korzystali z prawa połowu ryb na własne potrzeby. Kiedy płynąłem pierwszy raz, ten most był już ruiną. Dzisiaj nie zostały po nim nawet podpory. Drugi taki most był nad Krutynią. Nie przetrwał. W nurcie widać tylko resztki wystających z nurtu pali zwieńczonych czuprynami trawy. Świadectwem zdjęcie obok Jacka Rokickiego z „Zielonej rzeki”.

 









Największe rozlewisko gości łabędzie, nurogęsi, żurawie, czaple, perkozy… Jest łowiskiem bielików, błotniaków, rybołowów… Początek Krutyni zasłania łan szuwaru. Wracając znad Bełdan podczas pierwszej wyprawy, stanąłem na skraju owej polany, przepłynąwszy w nocy i o świcie Krutynię spod młyna w Krutyńskim Piecku. Siedziałem w kajaku tyłem do wschodzącego słońca. Obok chrapał łabędź niemy na gnieździe. Między jego skrzydłami spały pisklęta. Drugi pływał po jeziorze i kwilił, wprowadzając mnie w konsternację.

- Nieme nie śpiewają – myślałem wówczas. 








 

Nieopodal ktoś łowił ryby. Flauta rządziła. Mgiełki tańczyły nad zastygłymi odbiciami patetycznej puszczy. Słoneczne światło, które ledwo co przeniknęło przez drzewa i dotknęło ciepłem koszuli na plecach, wprowadziło mnie w katatoniczny sen. Ocknąłem się równo po godzinie. Nadal siedziałem bez ruchu. Szyja rozbolała od ciężaru bezwładnie opuszczonej głowy. Wędkarz przyglądał mi się z niepokojem. Skinąłem głową, że wszystko w porządku. Łabędź na gnieździe nadal chrapał. Ten drugi nadal kwilił… Odpływałem dyskretnie, starając się nie zakłócić owego misterium…

 










O świcie Jezioro Krutyńskie mami. Krutynia też. Obojętne czy płyniesz z prądem, czy pod prąd. Spływając odkładasz wiosło. Zbędne ruchy i dźwięki mogą zniweczyć wrażenia. Niesiony nurtem mijasz olchy rosnące na wysepkach z dala od brzegu; stare sosny i dęby, brzozy i graby, gdzieniegdzie świerki usiłujące zasklepić niebo; zasieki z powalonych drzew, wokół których gromadzą się zatory z gałęzi, zielska, wodorostów, pustych muszli i kamieni. Głośniejszy chlupot może ujawnić dramat. Jak mi, gdy zobaczyłem szczupaka śmigającego spod zanurzonego dębowego pnia w pogoni za krasnopiórą błyskającą czerwienią płetw. Łuski zamigotały w wodzie, trysnęły ze skrzeli napastnika. Kiedy sądziłem, że już po wszystkim, spod sąsiedniego pnia wyskoczył jeszcze większy szczupak. Uderzył pobratymca w brzuch. Woda zakipiała, zabarwiła się krwią. Szczepione ryby pognały w dół rzeki, miotając się w płytkiej toni. W końcu wszystko ucichło. Ostatnie kręgi na wodzie znikały. Wracał kojący spokój…

 





Wańkowicz, tropiący Smętka, napisałby będąc na moim miejscu pod wpływem tej jednej sekundy:

- „… dusza ludzka wzbiera taką opętańczą radością, że chciałoby się z kajaka wyskoczyć. (…) Przyroda wschodniopruska zbliża się do człowieka, aby za chwilę powiedzieć: nie zapominaj, że jesteś w puszczy; nie zapominaj, że jesteś marny robak…”.

 

Natura, zmuszając lodowce do wyrzeźbienia bajecznego świata moren, kemów, wytopisk, jeziornych rynien, skumulowała na Jeziorze Krutyńskim i tym pierwszym wąwozowym odcinku Krutyni wszelkie twórcze pomysły. Nasyciła wodne życie. Niewiele trzeba, by je wywołać – garść okruchów rzuconych do wody. Wnet doskoczą wzdręgi, kiełbie, płocie, ukleje, krąpie, rybie pospólstwo, czyniąc zamieszanie. Za nimi podążą okonie, błyskotliwe klenie, szczupaki wietrzące łup. W przewężeniu nurtu kajak przyspiesza. Myślisz:

- Chwilo trwaj.

Lecz niebawem dostrzegasz naprzeciwko puszczańskiej ściany starych drzew zabudowania Krutynia wzniesione na skarpie i czar świtu pryska. W sezonie Krutynię i Jezioro Krutyńskie przygniatają za dnia dziesiątki łodzi i setki kajaków wypełnionych turystami, których skazano na pobieżne konsumpcyjne wrażenia do hamburgera lub kotleta w przepełnionych gospodach. W sezonie nie ma czego szukać w tych niezwykłych komyszach. Krutynia przypomina wtedy Ganges nawiedzany przez pielgrzymów, chociaż Karol Małłek nie to miał na myśli, pisząc swoje „Opowieści znad mazurskiego Gangesu”.

 




Na szczęście przełom górnej Łyny od jeziora Ustrych do Rusi pod Olsztynem, jeszcze piękniejszej od rozsławionej Krutyni, nie doznał jej losu. Dolina Łyny w Lesie Warmińskim została objęta zakazem wstępu obejmującym w szczególności kajakarzy. Tam odświeżam swoje ubiegłowieczne wspomnienia z pierwszej samodzielnej wędrówki Krutynią o świcie.