poniedziałek, 6 maja 2024

Kanałem Augustowskim na Jezioro Mikaszewskie

 


Kanałem Augustowskim na Jezioro Mikaszewskie


 

1.

Zamiast wstępu do nowego wpisu.

Janusz Rymsza z Instytutu Badawczego Dróg i Mostów w opracowaniu „Kanał Augustowski – niezwykła historia budowli hydrotechnicznej z 1. połowy XIX wieku” opublikowanym na łamach Ochrony Zabytków 2023 nr 1, issn 2956-6606, napisał w abstrakcie:

Wprowadzenie przez Królestwo Prus w 1821 roku wysokich ceł za tranzyt polskich towarów przez swoje terytorium, po Wiśle do bałtyckich portów spowodowało powstanie koncepcji budowy śródlądowej drogi wodnej omijającej Prusy. Zadanie wybudowania kanału, nazwanego później Augustowskim, powierzono polskiej armii, natomiast do realizacji został przyjęty projekt techniczny kanału wykonany przez ppłk. Ignacego Prądzyńskiego (1792–1850). Pod jego nadzorem w ciągu niespełna sześciu lat wybudowano kanał – od rozpoczęcia wznoszenia śluz w czerwcu 1825 roku do wstępnego uruchomienia kanału przed wybuchem powstania listopadowego (29 listopada 1830 roku).

Budowę śluz nadzorowali polscy oficerowie, których średnia wieku wyniosła 29 lat. Większość z nich odegrała znaczące role w powstaniu. Z pewnością największa rola przypadła projektantowi i kierującemu budową kanału – Ignacemu Prądzyńskiemu, który w stopniu generała był wodzem naczelnym powstania. Kolejnym ważnym budowniczym był por. Feliks Pancer (1798–1851), który do wznoszenia budowli hydrotechnicznych kanału zastosował wykonane według własnej koncepcji sztuczne spoiwo o lepszych właściwościach niż cement portlandzki opatentowany w 1824 roku w Wielkiej Brytanii.

Budowa kanału miała wpływ na powstanie polskiej cywilnej kadry inżynierskiej oraz wzmocnienie cywilnej kadry inżynierskiej w Europie. Z budową kanału jest związane powstanie pierwszych ośrodków polskiego przemysłu cementowego i bitumicznego oraz zakładanie osad wiejskich, a także powstanie idei turystyki wodnej. Kanał Augustowski jest wyjątkowo cennym obiektem hydrotechnicznym, zachowanym w niepowtarzalnej technicznej, historycznej i krajobrazowej formie, i jako taki wart jest wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO.”

Tyle tytułem suchego wprowadzenia do cudu polskiej myśli technicznej w sercu Puszczy Augustowskiej. Właśnie zaczęliśmy go przemierzać.

Uderzające to, że Ignacy Prądzyński został inżynierem w wieku 17 lat, nabywając umiejętności w budowie wielkich obiektów inżynierskich: fortecznych, mostowych, hydrotechnicznych, niezależnie od wielkiego talentu do wojaczki. Ludzie wtedy wcześnie dojrzewali.


2.

- Nie śpij tyle, bo cię okradną – Wiesiek buja namiotem.

Koledzy już grzeją kochery, szykują śniadanie. Wygrzebuję się ze śpiwora.

- Coś ty w nocy robił? – to Sylwek.

Nie odpowiadam na zaczepki. Kto się tłumaczy, jest winny. Idę po patyki na ognisko, bo zapas się kurczy. Wracam z naręczem. Kawa już pachnie. Chleb pokrojony na grube pajdy. Mielonka też grubo pocięta. Będzie co popychać nosem.

- Mielucha nieśmiertelna – to Wiesiek. – Podczas spływu z Warszawy do Gdańska na tratwie z beczek po piwie i z palet jedliśmy tylko mielonkę. Myślałem, że ją znienawidzę, a dzisiaj znowu smakuje.

- Boś głodny – mówię.

- Bo ja wiem? Przez rok na nią nie spojrzałem. Apetyt wrócił...

 


Wiesiek miał na myśli wyprawę na tratwie ekipy satyryków ze studenckiego klubu Riwiera Remont, którzy wtedy konkurowali z ekipami Stodoły Politechniki Warszawskiej i Hybryd z Uniwersytetu Warszawskiego – tych Hybryd znanych w pewnym momencie z perkusyjnego występu Richarda Feynmana, który w 1962 roku, wyrwawszy się z sympozjum w Jabłonnie, uczył studentki przez całą noc samby, zapominając o porannym wykładzie z fizyki do wygłoszenia następnego dnia rano.

 





Słońce już wysoko. Polana nagrzana. Murawa wysuszona z porannej rosy. Pakujemy się, znosimy toboły do kajaków. Sprzątamy biwak. Niebawem wygląda tak, jakby nas nie było. Zostawiamy tylko miejsce na ognisko ze śladami zalanych węgli. Kąpiemy się w rzece. Woda rześka. Nurkujemy. Wodorosty i glony tańczą w nurcie nad słonecznym dnem. Ptaki hałasują w szuwarach i w lesie. Sosny, świerki, dębczaki, olchy, brzozy, jesiony, wiązy szumią w powiewach wiatru. Dąb pod polaną imponuje mimo upadku do rzeki. Odczuwam żal, że runął. Kiedy go odwiedzę drugi raz, zastanę nagi szkielet dumnego enta: pomnikowy pień w grubej korze, konary i bezlistne gałęzie. Na grzbiecie pnia u nasady wykrotu zadomowi się ogródek botaniczny z mchu, porostów, zajęczego szczawiu, delikatnej trawy, a pod nim huby i naręcze świeżych żółciaków siarkowych.

 


Odbijamy. Hańcza niesie łagodnie przez las do najbliższego zakrętu. Meandruje. Nawet nie sięgamy po wiosła. Nastrój taki, że tylko patrzeć, rejestrować, zapamiętywać wrażenie nieprzemijającego filmu. Nawet nie rozmawiamy, póki rzeka nie wywiedzie w szerszą dolinę, gdzie kluczy w zawijasach nurtu, kierując kajaki to na zachód, to na południe, to na wschód, to na północ… Jakby nie chciała wypuścić z objęć. Dopiero przed Jałowym Rogiem wpływamy na łąki, pastwiska, między starorzecza w szuwarach. Las odsuwa się od nurtu, ustępując miejsca samotnym siedliskom, mokradłom, gdzie czaple, łabędzie nieme i krzykliwe, nurogęsi, krzyżówki, gągoły, perkozki, łyski… Dolina staje się szersza, panoramy rozleglejsze, niebo zmienia się w kopułę…

 


Z trudem przychodzi żegnać Hańczę… Przedłużamy wędrówkę ile się da, nie wiosłując. Hańcza niczym niekończąca się historia. Tylko od nas zależy, co i jak zapamiętamy z tego obcowania z pojaćwieską Wildniss.

 

 

 

 

3.

Wpływamy w Kanał Augustowski, rezygnując z bocznej wycieczki Szlamicą. Zmiana krajobrazu zaskakująca. Nurt zanika. Brzegi uregulowane i umocnione. Puszcza towarzyszy szlakowi na prawym brzegu. Po lewej łąki, pastwiska, pola, siedliska rozmieszczone bez ładu charakterystycznego dla wiejskiej zabudowy. Żeby je zobaczyć, trzeba się wychylić nad obwałowanie kanału. Wiosłujemy do śluzy Tartak, wybudowanej w latach 1837-1838 pod kierownictwem cywila, inżyniera Jakuba Szeffera, późniejszego budowniczego kolei warszawsko-wiedeńskiej, który przed powstaniem listopadowym nie uczestniczył w budowie kanału.

 




Po lenistwie spływu Hańczą możemy rozładować energię, pokonując zakręty, mijając puste obozowisko harcerskie na Bindudze. Na rozlewisku przed śluzą widzimy otwierające się wrota. Ze śluzy wypływa holownik. Ciśniemy na wiosła, by zdążyć na śluzowanie. Z kabiny sternika wyskakuje załogant i gestykuluje. Podpływamy bliżej.

- Nie płyńcie dalej! To strefa nadgraniczna! – krzyczy.

- Szlag by to trafił! – mruczę pod nosem.

Zawracamy…

Dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego otwiera się możliwość wycieczek aż do Niemna. Nawet ciepły człowiek, jak to określił jeden z senatorów PiS, białoruski dyktator, do czasu sfałszowanych wyborów nie robił wstrętu kajakarzom.

W latach siedemdziesiątych pogranicznicy z „braterskiego” Związku Radzieckiego gotowi byli zatrudniać na kilka miesięcy do wyrębu lasów turystów przypadkowo przekraczających granicę, nie śpiesząc się z wyjaśnianiem, kto zacz i dlaczego wkroczył na terytorium „zaprzyjaźnionego na wieki wieków amen” sąsiada.

Świat demokratury ludowej to dzisiaj świat niewyobrażalny. Lektura „Roku 1984” Orwella, pozwala jedynie mgliście i w zarysach wyobrazić sobie życie w rygorach obozu socjalistycznego w najweselszym polskim baraku.

Obracamy kajak na zachód. Wieje bryzą ze wschodu. Płyniemy dziełem Ignacego Prądzyńskiego i jego 15 oficerów oddelegowanych przez władze Królestwa Polskiego do budowy nowej drogi wodnej omijającej Wisłę zablokowaną cłami przez króla Prus. Wydatnej pomocy przy budowie udzielał hrabia Karol Brzostowski, który uruchomił zasoby Republiki Sztabińskiej nad Biebrzą do wspierania tej niezwykłej inwestycji hydrotechnicznej wykwalifikowanymi pracownikami i dostawami materiałów budowlanych, w tym nowatorskiej zaprawy do spajania cegieł i kamieni, prekursora cementu portlandzkiego, i żelaznych elementów wyposażenia śluz z huty sztabińskiej.



4.

Przed nami wrota jednokomorowej śluzy Sosnówek wybudowanej w 1825 roku pod kierownictwem porucznika Konstantego Jodko. Miał wówczas 28 lat. W czasie powstania listopadowego został awansowany do stopnia podpułkownika. Po upadku powstania jako inżynier cywilny zajmował się regulacją Wisły. W 1861 roku został Naczelnym Inżynierem Warszawy.

Dopływamy do brzegu. Szukamy obsługi w drewnianej chacie, nakrytej stromym dachem z gontu, który nabrał patyny srebrzystej szarości. Ów obraz przenosi nas w XIX wiek.

Nikogo nie widać. Pewnie śluzowy się nie spodziewał kajaków na początku czerwca. Dźwigamy więc nasze krypy na wał, przenosimy ścieżką wzdłuż drewnianego płotu za śluzę, wodujemy w kępie niezapominajek. Urabiamy się po łokcie. Kajaki ciężkie, bagaże też. Uszarpani, zdyszani, pocieszamy się, że zaoszczędziliśmy na flaszkę. 

Faktycznie kupiliśmy pół litra wyborowej w pierwszym napotkanym geesie, ale kiedy przyszło co do czego, płynęła z nami aż nad Rospudę. Tam po całym dniu wędrowania w mżawce, kiedy rozbiliśmy się obozem na amfiteatralnej polanie wyniesionej skarpą ponad kamienne bystrze za Dowspudą, otworzyliśmy butelkę podczas kolacji, rozlaliśmy pożądany płyn do kubków, wznieśliśmy toast na rozgrzewkę, łyknęliśmy i… wódka wydała się po prostu wstrętna. Patrzyliśmy na siebie zaskoczeni. W końcu Sylwek powiedział:

- Nie dam rady wypić. Nie wchodzi.

Wiesiek, niewiele myśląc, wylał za kołnierz.

- Za tych co na morzu – powiedziałem, rozchlapując zawartość kubka na trawę.

Po tygodniu pływania na łonie natury odrzuciło nas od wyborowej, chociaż wcześniej nieraz dawaliśmy się sponiewierać gorzałce na studenckich imprezach w Bratniaku.



Płyniemy do śluzy Mikaszówka wybudowanej w 1825 roku pod kierownictwem porucznika Wojciecha Korczakowskiego. Miał wówczas 29 lat. W powstaniu listopadowym w stopniu kapitana kierował obroną Warszawy od szańca na Powązkach do Wisły. Po upadku powstania został dymisjonowany i podjął pracę jako inżynier cywilny w Zarządzie Komunikacji Lądowych i Wodnych. Kierował budową dwóch śluz: Sosnowo i Borki, jednocześnie zarządzając spółką wytwarzającą asfalt naturalny na potrzeby budowy kanału. Po 1839 roku został starszym inżynierem kanału.

 


Jest już późne popołudnie. Nadciągają chmury. Po kilku zakrętach wiosłujemy prostym odcinkiem do drewnianych wrót w oddali. Flauta sprzyja wysiłkowi. Kajaki rozpruwają ciemne lustro, wzniecają fale. Dopływamy. Śluzowy, widząc nas z daleka, zawczasu otwiera skrzydło dębowych wrót, napierając ciałem na dyszel. Drugiego skrzydła nie rusza. Nam to wystarcza. Wpływamy do komory. Po zamknięciu skrzydła śluzowy idzie do drugich wrót, otwiera zastawki za pomocą ręcznie kręconej śruby. Woda się wlewa z hukiem, podnosząc nas prawie o trzy metry. Po wyrównaniu poziomu z poziomem Jeziora Mikaszewskiego śluzowy otwiera drugie wrota, kasuje nas za przeprawę. Wypływamy spod mostu usatysfakcjonowani. Przenoska w Sosnówku wybiła nam z głów wysiłek oszczędzania na śluzowaniu.



5.                

Płyniemy krętym odcinkiem kanału do zarośniętego rozlewiska. Rozszerza się stopniowo niczym nadmuchiwany balon, odpychając olchy zasłaniające masywne ściany sosnowej i świerkowej puszczy. Potem otwiera się cieśnina na Jezioro Mikaszewskie. Wiosłujemy wzdłuż palisady umacniającej prawy podniesiony brzeg, obok pojedynczych pali odbojowych. 


 

Na jeziorze kierujemy się w prawo. Wpychamy kajaki na piaszczystą mieliznę w przerwie między bujnymi szuwarami. Wyciągamy je na kameralną nachyloną ku wodzie polanę pokrytą trawą i wysuszonym igliwiem. Organizujemy biwak, rozstawiając namioty pod stuletnimi sosnami. Koledzy idą na poziomki, wspinając się po stoku moreny w głębi lasu.

Rozgrzebuję ściółkę do samego piasku pod spodem, zbieram patyki na ognisko, rozpalam i grzeję wodę w kocherze zawieszonym nad żarem. Przyglądam się sosnom. Nie są podobne do sosen taborskich, które swoją urodą zafrapowały samego Napoleona podczas kampanii pruskiej w 1807 roku. Nie są tez podobne do sosen napiwodzko-ramuckich i jańsborskich (piskich) nad Krutynią. Ich kora mniej popękana, jaśniejsza, sprawiająca, że wnętrze Puszczy Augustowskiej słoneczniejsze niż na przykład wnętrze Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej. 


Patrzę na jezioro i zastanawiam się, skąd Melchior Wańkowicz czerpał przekonanie, że Mikaszewskie jest podobne do Uplika w Zgonie na szlaku Krutyni. Nie dostrzegam żadnych paraleli.

Otwieram puszkę z duszoną wołowiną, kroję pajdę chleba, zalewam wrzątkiem kawę zbożową, moją ulubioną Inkę. Zajadam, nie czekając na kolegów, którzy wracają umorusani dopiero wtedy, gdy przestają widzieć poziomki w leśnym półmroku. Ze wschodu nadciągają chmury. Niosą deszcz. Jezioro pokrywa się rozchodzącymi i wzajemnie przenikającymi okręgami drobnych fal. Ognisko syczy. Krople plamią żar rozpalonych patyków…

Chowamy się do namiotów. Nie zasuwam wejścia. Patrzę spod dachu i znad śpiwora przez dogasające ognisko na ciemniejący puszczański krajobraz, zanim zmorzy sen…

 

piątek, 3 maja 2024

Marózka

 


Popłynąłem o normalnej godzinie a i tak nie było nikogo na Marózce. Na samym początku zaliczyłem wtopę. Nie wycelowałem należycie w wąskie przejście między rozciętymi kłodami, które przegrodziły nurt; kajak pchnięty nurtem zawiesił się na grzbiecie jednego z pni. Musiałem użyć wyobraźni, by wydostać się z pułapki. Niewiele brakowało, by woda przelała się przez burtę od rufy. Zawróciłem pod prąd i dopiero za drugim razem pokonałem tę przeszkodę bez konieczności wysiadania. Potem było już z górki. Marózka wywiodła mnie pod palące słońce bystrym nurtem przez zakręty i wśród zalegających w korycie olch na jezioro.

 




Północny wiatr marszczy lustro. Trzciny wokół nie odzyskały jeszcze kolorów. Dominuje pozimowa szarość łodyg i liści. Odrosty wykluwają się dopiero z wody. Para łabędzi pływa nieopodal jasnej mielizny, ujścia Marózki, jeszcze nie przykrytej wodorostami i kępami osoki aloesowatej. W odległym końcu jeziora ktoś wędkuje z pontonu. Nie podpływam. Musiałbym pod wiatr.

Odwracam kajak w stronę wejścia na Marózkę. Wiosłuję wzdłuż szuwarów. Słucham treli natchnionych trzciniaków i świerszczaków. Majowa zieleń rządzi w świetle słońca. Intensywna jakby to był schyłek maja. Wszystko w tym roku za wcześnie. 





 

Za szuwarami skręcam w tunel utworzony przez stare olchy. Przeglądają się w rzece niczym w lustrze. Obraz urokliwy. Obiecuje wrażenia. Odkładam wiosło. Fotografuję. Nurt sam niesie ku wykrotom drzew, które runęły lata wcześniej, a dzisiaj przypominają pyski prehistorycznych krokodyli wbiegających w rzekę. 

 

 


Mijam pnie starych olch, wypatrując portretów krasnali i trolli w korze nad wodą i nad brodami korzeni w krasnorostach. 


Lawiruję między kłodami do szczątków mostku, którym niegdyś dojeżdżałem do Orzechowa. Płynę wzdłuż łąki na lewym brzegu i wiejskich rozpadających się ogrodzeń na prawym.

 



 

Wpadam w ciasny zakręt. To początek przełomu. Ogarnia mnie rozświetlony cień majowego listowia. Klony jeszcze kwitną, dęby wypuszczają dopiero pąki. Olchy, brzozy, topole, wierzby, osiki, lipy – one już okryte liśćmi. Marózka przyspiesza. Omywa zawalidrogi, podmywa strome brzegi dźwigające pnie powalonych drzew. Nade mną gotyckie sklepienie lasu. Przede mną kolejna komnata rozszerzonego korytarza z miniaturami półwyspów pod korzeniami świerków. Mijam głaz na zakręcie. Niewyraźny. Dopiero plama światła, gdy wiatr odchyli konar, sprawia, że zawracam i fotografuję ze znoszonego nurtem kajaka kształty wody i odbicia olchowych pni załamujące się nad głazem. Chaos wydobywa frapujące kształty.

 





Marózka niesie między odsypiskami brzegów, zmurszałymi kłodami; ukazuje kolejne wnętrza; odkrywa kryjówki dzikich kaczek, niechętnie ustępujących z drogi.


 

 

 

Przenikliwe gwizdy wyostrzają uwagę:

- Zimorodki!

Przeszukuję każdy kąt z gałązkami nad wodą. Aparat w pogotowiu. Wiosło odstawione. Kajak na szczęście nie tańczy. Płynie w nurtem. Spoza pleców wylatuje klejnot, siada na gałązce w siateczce innych gałązek. Mimo to fotografuję. Kajak w ruchu, obiektyw ostrzy na gałązkach. Profil zimorodka rozmyty… cóż. Zimorodek odlatuje, nie dając szansy na więcej. Spotkanie zaliczone lecz foto-wspomnienie niewyraźne. 

 






Po chwili dzięcioł duży w godowych barwach. Przysiada w plamie słońca na pniu stuletniej sosny. Nie potrafię wycelować obiektywem. Dzięcioł pokrzykuje, jakby się ze mnie natrząsał. Nie pomaga osadzenie kajaka na mieliźnie. Pozostaje nagrać koncert wiosny w pięknych okolicznościach przyrody. Wszystko tutaj pachnie. Jestem sam. Fala spacerowiczów dopiero za godzinę, może później. Mimo to wypłynąłem za późno. Bez szans na sarny u wodopoju, na jelenie, bobry albo wydry… Sosny szumią w porywach wiosennego wiatru. Ptaki świergolą jak najęte. W pastorałach paproci (dopiero się rozwijają) drozdy, kowaliki, rudziki… Z tańczącego kajaka nie sposób je uwiecznić. Dzisiaj zabrakło przysłowiowego łutu szczęścia.

 



Nie sięgam po wiosło. Chcę przedłużyć wrażenia. Płynę przodem, tyłem, bokiem, zgodnie z kaprysami rzeki. Zahaczam dziobem lub rufą o brzeg, zanurzone pnie, wystające gałęzie; wpadam na cofki, wylatując z ostrych zakrętów; mijam świerki uczepione osypujących się krawędzi ciemnego gruntu; wykroty drzew, które runęły w stronę lasu i obnażyły misterną plątaninę korzeni; osypiska klifów, po których zsuwają się drzewa utraciwszy ziemię pod korzeniami; płaskie odsypiska wyrzeźbione wezbranym nurtem… W miejscach, gdzie rzeka zwalnia, las przegląda się w lustrze… Gdzie przyspiesza na bystrzach, kajak szoruje na kamieniach. Gdzie podmywa klify, kręcę się w ostrych zakrętach, walcząc z niesfornym nurtem… Przełom Marózki ma w sobie to coś…

 




Oto mój ulubiony kąt - strome osypisko na zakręcie obnażające warstwy naniesionego lodowcem piachu i żwiru. A w nim norka. Pod nią ślady świeżych odchodów. Zimorodki to czyścioszki. Kajaka tu nie zatrzymasz. Kłody w rzece. Nurt grozi wywrotką. Fotografuję, płynąc rufą do przodu po zawiłych manewrach tylko dlatego, że pod pochylonym pniem sosny, która runęła z klifu i wsparła koronę na drugim brzegu, nie ma już pułapek…

 





Oto mój kolejny ulubiony kąt – polanka pod sosnami, gdzie fotografowałem w plamie słońca na tle żwiru zimorodka a chwilę później filmowałem z tańczącego kajaka sarnę. Pływając z Małgosią, zawsze robimy tutaj postój. Po latach brzeg uległ dewastacji, obnażając systemy korzeniowe świerków i sosen żyjących na krawędzi. Marózka odepchnęła też wykrot i pień tworzący miejsce do zacumowania kajaka. Przemeblowany zakątek nadal jednak zachwyca. Niechętnie opuszczam to miejsce.

 



Kilkaset metrów dalej spotykam młodą krzyżówkę. Stoi na mieliźnie i nie zamierza się ruszyć. Obserwuje tylko. Kajak akurat w cofce na zakręcie. Mogę fotografować bez przeszkód. Niechętnie rusza się z miejsca, gdy odpycham się wiosłem od korzeni olchy, ale nie ucieka. Za zakrętem widzę powód – kaczora. Ten na mój widok odlatuje, zawraca między drzewami i osiada tam, skąd wypłynąłem.

 

 


Rzeka się zmienia. Przełom za mną. Płynie najpierw przez świerkowy las o tajemniczym podszycie, później w łęgu olchowym zarośniętym od spodu tatarakiem, jeżówką, trzcinami, kępami turzycy, polanami wodolubnej mierzwy, w których stare olchy umierają, stojąc i ustępując miejsca młodszym odrostom. Kajak snuje się nad jasnym dnem. Wodorosty dopiero się wykluwają. Toń czysta. Pstrągi nie mają gdzie się ukryć. Krzyżówki przesiadują na mieliznach. Uciekają, gdy hałasuję wiosłem. Gdzieś tutaj wypływa strumyk z jeziora Wery pod Orzechowem. W galimatiasie zarośli nie sposób odkryć ujścia. Listowie nie zasłania jeszcze odległego stoku doliny, grzbietem którego wiedzie droga z Kurek. Z wnętrza rozlewisk wokół północnej części Jeziora Świętego dobywa się basowe buczenie bąka (gatunek introwertycznej czapli). Słyszę i… czuję całym ciałem. Owo buczenie potrafi masować skórę…



 To już ostatnie chwile spaceru. Jeszcze tylko zajrzę na rozlewisko, przebrnąwszy przez kręty kanał między badylami suchej trzciny; jeszcze pokręcę się między łabędziami, łyskami i nurogęsiami; a wracając innym kanałem, sfotografuję kajakarzy na Marózce, którzy, dogoniwszy mnie, nawet nie wiedzą, że jestem tuż obok…

 



Jeszcze przepłynę pod wiatr, fale i oślepiające słońce do półwyspu, by z cienia lasu sfotografować wyspę – świątynię Kurke (Curcho), bogini lub boga z mitologii Sasinów i Galindów graniczących ze sobą na tych terenach…

 

 

 


 

W Opowieściach, Mitach i Legendach Starożytnych Prus, wielojęzycznej Pracy zbiorowej, wydanej w 2015 w Olsztynie napisano:

W kwestii Curche istnieje wiele rozbieżności, chociażby płci tego bóstwa i jego funkcji w życiu codziennym Prusów. Najstarsze przekazy informują o pełnieniu funkcji związanej z plonami oraz pomyślnością w rolnictwie. O odpowiedzialności Curche za rybołówstwo pisał w XVII wieku Caspar Stein, który podawał, że rybacy z okolic Tolkmicka składali jej ofiarę z pierwszej złowionej ryby na tzw. „świętym kamieniu”, czyli głazie narzutowym na Zalewie Wiślanym w okolicy rzeczonej osady, w którym do dziś można odnaleźć ślady wyżłobionych „mis ofiarnych”. Stein precyzował w ten sposób dość enigmatyczny przekaz Szymona Grunaua, który informował jedynie o samym rytuale, ale nie podawał, któremu bóstwu był on dedykowany. Wydaje się, że XVII-wieczny kronikarz połączył fakt dość wczesnego pojawienia się Curche w źródłach (1249 r.) dotyczących Zachodnich Prus z przekazem Szymona Grunaua.

Tyle suchych ustaleń naukowych.


Z innych źródeł wynika, że wyspę w neolicie wykorzystywali myśliwi podążający śladami ustępujących lodowców. Pochodzące z przełomu epok schyłkowego brązu i wczesnej epoki żelaza artefakty, odkryte przez archeologów z Towarzystwa Naukowego Pruthenia podczas tematycznego spływu kajakowego w 2007 r. i przebadane przez archeologów Uniwersytetu Gdańskiego w latach 2008 – 2010, potwierdziły istnienie na wyspie tymczasowych obozowisk łowieckich. Znaleziono między innymi odłamki ceramiki użytkowej, kościane i kamienne narzędzia, zbrojniki, kamienne żarna, kości zwierząt, ślady ognisk. Nic jednak nie świadczyło o tym, że ktoś próbował tutaj założyć osadę obronną. Wyspa acz stosunkowo wysoka (do 2 metrów nad wodą) ma raptem osiemset metrów powierzchni. Dość na jeden domek z ogródkiem lecz nie na warownię.

Jezioro Święte było otoczone przez Prusów czcią. Na wyspie odprawiano obrzędy ku czci, według legendy, boga Kurcho, władającego deszczem, wodą i piorunami, a według przekazów historycznych, bogini urodzaju Kurko (Curche). Prusowie składali co roku w ofierze snop zboża związany na kształt bóstwa oraz zboże i ryby w nadziei dobrych zbiorów i połowów. Miejsce musiało być magiczne, bo nieopodal, u zbiegu Marózki i Łyny, założono wieś Kurki, której nazwę wywiedziono od nazwy bogini urodzaju. Pierwsze wzmianki o wsi wiążą się ze spotkaniem, do którego doszło w 1341 r. w Kurkach, Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego, Dietricha von Altenburg’a, z wójtem krajowym Biskupstwa Warmińskiego, celem ustalenia przebiegu południowej granicy diecezji warmińskiej.

Wracam leśnym kanałem, starym łożyskiem Marózki powstałym po spiętrzeniu jeziora, do mostu nad jazem, uznając sezon 2024 za otwarty.