wtorek, 28 listopada 2023

Płynąc Kuklanką (Kadykiem), dopływem Babięty i Krutyni

 






 

Jezioro Gant wije się niczym rzeka. Kilkadziesiąt lat wcześniej pływałem nim w nastroju przygody. Leśne brzegi zbiegają ku sobie stopniowo, toń staje się płytsza, wypełnia się wodorostami. Podmokłe brzegi i szpalery gęstych zarośli ze skrzypu, sitowia, pałki wąskolistnej, trzcin coraz bliżej. 

 

 


 

Ukwiecone dywany owalnych liści grążeli i białych lilii kierują w wąski tor swobodnego nurtu, ponad sznury wodorostów tańczących w powolnym prądzie i wskazujących kierunek spływu. Kajak przyspiesza nad zagłębieniami dna, kępami podwodnych zarośli, kryjówkami ryb przebłyskujących z toni. Rzeczną dolinę, zrazu podmokłą, wypełnioną meandrami Ganckiej Strugi, zwieńcza las skrywający drewniany mostek wsparty na filarze rozdzielającym nurt. Przez ów mostek biegnie gruntowa droga z Gantu do Machar.



Podczas pierwszego samotnego spływu rzeka nie była tak frapująca, jak podczas drugiego, gdym ją przemierzał o świcie. Wtedy spotkałem sarnę z kózką uczepioną wymion. Matka piła wodę z rzeki. Odłożywszy wiosło, dałem się nieść powolnemu prądowi. Widok zbliżającego się kajaka, spowitego cieniem i delikatną mgłą, nie alarmował. Sarna skończyła pić i, patrząc na mnie całkowicie znieruchomiałego, powoli odeszła z młodym w zarośla. Sięgnąłem po wiosło dopiero wtedy, kiedy przestałem słyszeć szelest deptanych liści w poszyciu.

 

 

Za mostkiem po kilku zakrętach Gancka Struga spotyka się z Babięcką Strugą wypływającą z zarośniętej białymi liliami zatoczki leśnego Tejsowa. Za pierwszym razem o świcie spotkałem na nim parę żurawi, które na mój widok zaczęły krzyczeć. Klangor odbijał się wielokrotnym echem od ścian boru na wyniosłych brzegach. Do przeciwległej zarośniętej zatoki wpada Babięcka Struga, przemierzywszy kilkanaście kilometrów leśnej głuszy po opuszczeniu jeziora Babięty Małe. Na lewo od ujścia Babantu wpływa leśny potok odwadniający trzy jeziorka pod Krawnem. Ujście Babięckiej Strugi jest oczywiste. Ujście potoku da się namierzyć dopiero z bliska, kiedy, obserwując mierzwę pałki szerokolistnej, trzcin, sitowia i wodolubnych krzaków, dostrzeżesz niepozorny ruch wody nad dnem pokrytym butwiejącymi szczątkami.


Za pierwszym razem szarpałem się z zaroślami pokrytymi wszędzie sieciami bagników. Ich ukąszenie mogło skończyć się „kacem wędkarza” ustępującym po dwóch, trzech dniach. Na szczęście uniknąłem ukąszeń. Po kilkudziesięciu metrach przepychania się przez oczerety wpłynąłem na bardziej otwarty nurt. Strumień zrazu wydawał się wystarczająco głęboki dla kajaka. 




 

W miarę podpływania prąd się wzmagał, toń stawała się płytsza, dno czystsze, wypłukane z organicznych osadów. W końcu piasek ustąpił żwirom, otoczakom, kępom moczarki i powłóczystych wodorostów.

 

 

 




Płynąłem wąwozem, tunelem ze starych splątanych świerków o pniach pokrytych mchem. Z ich gałęzi zwisały brodaczki (porosty wymagające wilgotnego i zacienionego środowiska o wyjątkowej czystości). W półmroku, którego nie rozjaśniało popołudniowe słońce, każdy szelest niepokoił. Woda pluskała między kamieniami, w obnażonych korzeniach olch i świerków; gładziła pnie i konary przewróconych drzew. Musiałem rozłączyć składane wiosło na pagaje i używać ich do odpychania się od dna. Spływ zamienił się w mozolny spacer. Zewsząd dochodziły zapachy nasycone wilgocią. Wtedy ich nie rozpoznawałem. Przeciągałem kajak przez przeszkody i mielizny. Pochylałem głowę pod gałęziami pokrytymi wiechami porostów, brodaczek. W półmroku czaił się lęk. Sugestywny. Wzmógł się, kiedy wąwóz doprowadził do drewnianego mostku pachnącego impregnatem i śliskiego pnia zagradzającego prześwit pod przęsłem. 


 





Za mostkiem monolit świerkowego lasu rozerwała rozsłoneczniona poręba. Powietrze unosiło się znad rozgrzanej ziemi, wprawiając krajobraz pod krystalicznym błękitem w drżenie. 

 

 

 






 

Między zaroślami wypełniającymi pustkę po wyrżniętych drzewach uwijało się ptactwo i wielobarwne motyle. 

 

 

 

 






 

Łanie z cielętami piły wodę strumienia. Gdy tylko wyłoniłem się z zakrętu odeszły między świerki. Trzask suchych badyli cichł. 







Nieco dalej spłoszyłem rodzinę dzików, kilka loch i mnóstw warchlaków w pasiakach. Z niechęcią odstępowały znad wilgotnego brzegu, zostawiając po sobie skiby czarnej ziemi i rozorane gwizdami kępy bujnego mchu. Głosy niezadowolenia, chrumkanie, cichły między kolumnami monumentalnych świerków.

Ze zdumieniem obserwowałem ławice traszek nurkujących między kępami wodorostów i pod korzeniami drzew. Za wykrotem świerku, który runął w las, zobaczyłem czarnego bociana. Brodził w strumieniu. Polował. Myślałem:

- Odleci.

Jednak nie. Uderzał sztychem w wodę, unosił traszkę lub trzepoczącą rybkę i połykał. Od czasu do czasu patrzył w moją stronę i wracał do uczty. Traszek było zatrzęsienie. Podobne ilości tych płazów widziałem jeszcze tylko, wiele lat później, w zbiorniku przeciwpożarowym zasilanym przez górski potok w Pieninach nad dolnym zbiornikiem zapory na Dunajcu w Sromowcach Wyżnych. Uciekały spod stóp, zakrywając na chwilę zakamarki dna wśród kęp wodorostów. Spacer trwał i trwał. Mozolny lecz urzekający. Bocian, uznając, że mogę go nieomal sięgnąć pagajem, odlatywał trochę dalej i kontynuował polowanie. Wtedy niestety nie było jeszcze aparatów cyfrowych. Ten żywy obraz wciąż jednak tkwi w pamięci. Tak jak widok spławika zanurzającego się między chmurami wodorostów podczas łowienia ryb w wejściu do Sobiepanki z jeziora Lampasz w Borowskim Lesie.




Omijałem wypłukane kłody, przeciskałem się przez wąskie gardziele strumienia przypominającego beskidzkie potoki albo Kamionkę między Jeziorem Krzywym pod Suwałkami a Wigrami. Przepychałem  kajak rozłączonym wiosłem między kępami wodorostów na wybrzuszeniach dna, między zalegającymi głazami, kępami turzyc przytulonych do brzegów. Płoszyłem świtezianki, ważki, motyle. Płynąłem lub szedłem w cieniu, czując fale ciepła spływające znad poręby. Mijałem wykroty przewróconych ponad stuletnich świerków ozdobione mozaiką obnażonych korzeni. Nie wytrzymały naporu wichrów po wycięciu pobratymców na drugim brzegu. 


 

W płatach ziemi wyrwanych z gruntu widziałem pojedyncze norki. Wtedy nie kojarzyłem ich z zimorodkami. Jeden z nich przeleciał tuż obok. Zaskakujący widok.

 



Czarny bocian odleciał w końcu nad porębę, wydając syk niezadowolenia. Nurt słabł. Mogłem znowu wiosłować. Otwierająca się dolina zwiastowała jezioro. Rozgarnąwszy rzadkie zarośla trzcin, sitowia, kosaćca, jeżówki, wypłynąłem na zatoczkę i nad dywan puszystych wodorostów. Lustro wody otoczone turzycą, oczeretem, tatarakiem, pałką szerokolistną, uciszone flautą, odbijało obraz sosnowego starodrzewu. 



 

Krajobraz milczał. Sarna, która weszła między kępy turzycy, piła wodę. Odłożyłem wiosło. Czekałem, aż kajak siłą inercji odpłynie. Nie chciałem jej płoszyć.

 

 

 

 




 

Byłem w zakątku, gdzie pojęcie czasu zdawało się tracić sens. Chciałem przeistoczyć się w jestestwo odarte z ciała, by nie tracić niczym nie zakłóconych doznań. To było pierwsze takie wrażenie. Dopiero po wielu latach, gdy wróciłem do kajakowania po Łynie, Kośnej, Marózce, Omulwi, to wrażenie zatrzymania w czasie wróciło i jakby się pogłębiło. Wtedy sosny spoglądały w lustro jeziora, pochylając się nad polaną. Z zarośli uniosła się siwa czapla. Z oddali dobiegał głos kukułki i dźwięczała ostrzona kosa. Błotniaki szybowały pod nieboskłonem unoszone prądem konwekcyjnym. Świerki strzępiły łagodny kontur sosnowego boru. Płynąłem wzdłuż dywanu grążeli, nad ramiennicami i osoką aloesowatą, nad wodorostami, które nagle ożyły. To szczupaki dziwnym trafem zgromadzone z jednym miejscu wystrzeliły w mrok jeziornej toni… Nigdy później nie widziałem takiego widowiska.

 





Krótkim przesmykiem w trzcinach przepłynąłem na kolejne nieco większe jezioro. Obróciwszy kajak na zachód, znalazłem następne ujście strugi przemierzającej bujną łąkę. Podpłynąłem nią do kładki z trzech kłód przerzuconych nad nurtem. Przeciągnąłem kajak. Po kilkunastu uderzeniach wiosłem wypłynąłem na ostatnie największe jeziorko. Za nim była polana z przystanią dla łodzi rybackich. Rozejrzawszy się wokół po brzegach przyciśniętych wyniosłym borem, przepłynąwszy wzdłuż podmokłego półwyspu z rachitycznymi olchami, zajrzawszy do frapującej zatoczki w południowej części jeziora, zawróciłem. Myśl o powrocie przez matecznik przywiodła lęk.

 








Wróciwszy po kilku latach w towarzystwie kolegi ze studiów na Krawnę i nanizane na jej nurt leśne jeziorka, nie doznałem już takich wrażeń. Stare świerki zostały wycięte. Poręby zarosły nasadzonymi drzewkami. Traszki wyginęły. Czarne bociany wyemigrowały pozbawione starych drzew lęgowych, zdolnych dźwignąć ich potężne gniazda. Mostek zmurszał jeszcze mocniej. Przęsło opadło i podziurawiło się. Krajobraz został zglajszachtowany przez drwali „czyniących ziemię sobie poddaną”, nie dbających o zachowanie reliktów starej Wildniss. Kładki przed największym jeziorem też nie było. Zastąpiły je niechlujnie przerzucone żerdzie…

 






Wertując „Krutynię – szlak wodny” z 2012 roku wydaną przez QMK, ze zdumieniem odkryłem, że owe trzy jeziorka: Krawno, Krawienko i Kały (nie wiedzieć czemu tak nazwane, bo niczego błotnistego czy szlamistego tam nie było) są zasilane strumieniem wypływającym spod Powałczyna i przepływającym przez ukryte w lesie bagienne rozlewiska. Wody jeziora Piasutno przesączają się natomiast pod groblą do jeziora Nożyce a stąd sezonowym strumieniem spływają do Szkwy na Kurpiach. Między Powałczynem a Piasutnem jest więc wododział dorzecza Krutyni i Szkwy, obu rzek podążających pokręconymi ścieżkami do Narwi.

 


Pływając po Krawnie nie namierzyłem ujścia Kuklanki (Kadyka wg Państwowego Rejestru Nazw Geograficznych). Zatoczkę zwieńcza polana bujnego szuwaru. Nie sposób jej przeniknąć w sezonie. Wczesną wiosną owszem. Ze zdjęć zamieszczonych pod tym linkiem wynika, że strumień nie nadaje się spływu. Chyba że na piechotę wczesną wiosną, póki nie zarośnie „trawnikiem” wodorostów i przybrzeżnych zarośli. Strumień w górnym biegu spiętrzono tamą młyńską. Pozostałością XVIII wiecznego młyna są więc zarastające rozlewiska pod Powałczynem. 







 

W dolnym biegu Kuklanka (Kadyk) przyjmuje jeszcze wody drugiego strumienia wypływającego z mokradeł w sąsiedztwie Krawna. Po historyczne szczegóły odsyłam do przewodnika Wojtka Kujawskiego.

 


piątek, 27 października 2023

Z Borowskiego Lasu do Babięt

 


Pływałem wiele razy szlakiem Krutyni z Borowskiego Lasu do Babięt, zanim zdecydowałem się na samotny spływ do Bełdan. Ten pierwszy raz w towarzystwie starego harcerza, Bronka Fabrowicza, który zadysponował dwa kajaki dla mnie, brata i kolegi. Wszyscy z jednego podwórka na Kole w Warszawie. Przed startem musieliśmy wyrobić karty pływackie u ratownika, który uparł się i postawił na swoim. 


Wypłynęliśmy w południe. Dzień pochmurny, ciepły. Sierpniowe lato. Bronek z bratem, ja z kolegą. Wyruszyliśmy mimo chmur. Po południu wypogodziło się. Przenosiliśmy kajaki przez szosę w Babiętach, obok młyna. Młynarz, na nasze nieszczęście wstrzymał przepływ wody. Za drogą rzeka opadła, odsłaniając pogarbione dno. Ciągnęliśmy kajaki na sznurkach przez zagłębienia w korycie rzeki. Harcerz, zamiast pomagać, poszedł w leszczyny na orzechy. Szarpaliśmy się z kajakami ze dwie godziny. W końcu powiedzieliśmy dosyć, widząc jak niewiele oddaliliśmy się od Babięt. Zyzdrój Wielki okazał się nieosiągalny... 

Tu mieliśmy dotrzeć - śluza spiętrzająca Zyzdrój Wielki, jeden z elementów Kanału Mazurskiego, nieukończonego.



Obozowaliśmy nieopodal stanicy PTTK na polanie pod lasem. Pierwszy raz jadłem jajecznicę na oleju rzepakowym. Głodny wszystko zniesie. Następnego dnia wróciliśmy do Borowskiego Lasu.

 


W kolejnym sezonie popłynąłem w nocy. Sam. Też w sierpniu. Wieczór ciepły po skwarnym dniu. Pogodne niebo. Flauta. Żadnej zmarszczki na jeziorze. Popłynąłem bez ekwipunku. Tylko woda w butelce. W świetle księżyca w pełni. Rozjaśniał jezioro. 



Na Sobiepance straciłem go z oczu. Korony olch nad rzeką nie przepuszczały światła. Płynąłem na pamięć. Bałem się mostku, a właściwie ludzi na nim. Jakiś atawizm sprawia, że, będąc w lesie, obawiam się dwóch rzeczy: obcych i bezpańskich psów. 



Nigdy nie czułem zagrożenia w obecności naturalnych mieszkańców lasu. Dzikie zwierzęta nie szukają konfrontacji. Jeśli mają gdzie uciec, odejdą. Atakują, gdy już nie mają wyjścia. Nigdy jednak nie prowokowałem takich sytuacji. 


Nad Wisłą, gdy dzik zaczął groźnie pomrukiwać, mając za sobą mierzwę przemrożonej nawłoci, w którą nawet on nie odważyłby się wejść, cofnąłem się fotografując i otworzyłem mu drogę ucieczki. W Lesie Warmińskim spotkałem młodego wilka na rozwidleniu dróg. Traf chciał, że mogłem go sfotografować w świetle jednej, a po przejechaniu kilkudziesięciu metrów rowerem w perspektywie drugiej. Wilk patrzył w moją stronę zaciekawiony. Trwało to sekundy, po czym bezgłośnie wszedł w zarośla. 


Nad Kośnem natomiast spotkałem dziczą rodzinę. Żerowała na zarośniętej sosenkami porębie. Stałem mocno poniżej. Locha zaczęła pomrukiwać. Brzmiało to groźnie. Serce mi zabiło. Rower przed siebie dla obrony przed pierwszą szarżą. Wypatrzywszy pniak po ściętym świerku, stanąłem na nim, mając w pamięci scenę z filmu „Bogowie muszą być szaleni”, w której mały Buszmen przykładał do czoła korę z drzewa, by wydać się większym i odstraszyć polującą hienę (a może szakala). Wyprostowawszy się, sięgnąłem po aparat. Chciałem fotografować. Wtedy właśnie padła mi bateria. Zanim ją wymieniłem, locha, ujrzawszy, że urosłem, chrumknęła głośno, dając rodzinie sygnał do ucieczki. Cały sośniak się zachwiał, rozbrzmiał łamanymi gałęziami i patykami. Dzików było mrowie. Foto-okazję diabli wzięli. Do domu wróciłem bez spektakularnych ujęć. Wtedy jeszcze nikt nie eksterminował dziczych rodzin pod pretekstem zapobiegania ASF.

Pisząc o dzikach celowo używam słowa „rodzina”. Nie „stado dzików”, nie „dzicza wataha, chmara”. Dziki tworzą wielopokoleniowe rodziny prowadzone przez najbardziej doświadczoną lochę. Matki, siostry, kuzynki wspólnie opiekują się warchlakami i przelatkami, tworząc swoiste przedszkole (odyńce raczej im nie towarzyszą).

Wszelkie inne określenia służą wyłącznie emocjonalnej degradacji zwierząt w oczach myśliwych, którzy „nie zabijają, nie eksterminują”, tylko pozyskują, realizują „racjonalną gospodarkę łowiecką”, kultywują „szlachetne tradycje”. Cała ta nowomowa służy usprawiedliwieniu tego okrutnego i barbarzyńskiego w XXI wieku procederu, który powoduje nieodwracalne szkody w polskim środowisku.




No więc mostek nad Sobiepanką. Strach miał tylko wyimaginowane oczy. Przez jezioro Kujno przemknąłem. W świetle księżyca było zjawiskowe. Przez Grabówkę też. Most nad nią nie zrobił wrażenia. W miarę wysoki nie napawał lękiem. 








Potem jezioro Dłużec w gorsecie morenowych bezleśnych grzbietów… Płynąłem jak w transie. Bez odpoczynku. Kajak odwalał zabielone skiby wody. Kilometr ubywał za kilometrem. Bezbłędnie trafiłem w wejście do krótkiej rzeczki prowadzącej na Jezioro Białe, zostawiając skąpo oświetloną wieś za plecami. Kolejny most. Pusty. Na Białym znowu odzyskałem wigor. Ciepła noc i flauta sprzyjały. Księżyc oświetlał archipelag. Kluczyłem między wyspami, mijałem kajakarzy biwakujących wokół ognisk. Dym snuł się nad wodą. 








Bez trudu znalazłem wejście na Dąbrówkę za Bieńkami we wcięciu boru. Księżyc wszystko ułatwiał. Pamiętam nawet kolory, nie tylko czerń i refleksy światła. Przepłynąłem przez ciasny przełom, zakręty, pierwsze rozwidlenia nurtu ze ślepymi ramionami w mokradle, zakola między klinami lasu wpadającego na podmokłe łąki... 






Mostek czerniejący nad wodą w mroku starych świerków znowu przypomniał o strachu… Skłoniłem głowę pod balami przęsła… W następnym sezonie ów mostek runął pod ciężarem jakiegoś pojazdu, zobaczyłem więc sterczące resztki drewnianych podpór i świeżo wbite słupy ze zbrojonego betonu pod zwisającą babą kafara zaparkowanego na nasypie leśnej drogi.

 


Na Gancie, gdy wpłynąłem na jego lustro, doznałem głębokiej ciszy. Kajak siłą inercji dotarł na środek jeziora i niewyczuwalnie zastygł. Ja z nim. Patrzyłem na księżyc w górze i jego nieruchome odbicie przed dziobem, na osrebrzone ściany lasu wokół, na zastygłą wodę, której nie mącił żaden krąg fal wzniecanych przez ryby. Kiedy ostatnie fale od burt wpadły w trzciny, spod brzegów odezwały się żaby. Nie śmiałem ruszyć ni ręką ni wiosłem... Oddychałem z namysłem… Doznałem zatrzymania w czasie. To było tak głębokie i pierwotne wrażenie… Jakbym zasnął z szeroko otwartymi oczami… Trwało kilka godzin... Byłem zachwycony tym  przejściem z wiosłowania w transie do całkowitego zastygnięcia w sobie…

 







Z kontemplacji wyrwał mnie chłód. Tej nocy nadszedł jakiś front i temperatura z godziny na godzinę spadła o dobre dziesięć stopni. Wracałem bez wysiłku przez Dąbrówkę, przez Jezioro Białe. Na Dłużcu przeżywałem pierwszy kryzys. Byłem za lekko ubrany. Tylko flanelowa koszula z długim rękawem. Zaciskałem zęby. Wiosłowanie przestało rozgrzewać. Piłem zimną wodę. Po niebie gnały zimowe chmury. Z północy. Wracałem więc nie tylko pod prąd ale i pod wiatr. Na Kujnie było najgorzej. Na Sobiepance najuciążliwiej – płytka. Kiedy dobiłem do przystani w Borowskim Lesie, z trudem doszedłem do domku, padłem na łóżko i odpłynąłem…

 











Pierwszy samodzielny spływ Krutynią zaliczyłem w lipcu. Zapamiętałem go w najdrobniejszych szczegółach. Jakbym odtwarzał film, pisząc po powrocie obszerną relację w kajecie. Czytając ją po kilkudziesięciu latach, dziwię się, że najwięcej wrażeń przysparzał mi ruch. Nie patrzyłem wtedy na świat kadrami. Dopiero aparat fotograficzny wyzwolił inną wrażliwość i nauczył też… oszczędniej operować słowem. 

















Pisząc blogi opatrzone zdjęciami, uświadomiłem sobie niewielkie znaczenie przymiotników w tekście. Obraz znaczy więcej niż setki słów. Wagę mają słowa klucze. Można skupić się na esencji wrażeń bez konieczności ich stopniowania. Wtedy ujawnia się cała wyrazistość patrzenia. Igor Newerly doradził kiedyś Markowi Hłasce:

Jeśli pan chce coś napisać, niech pan o tym opowiada. Wszystkim. To nieważne, czy pana ludzie rozumieją, czy nie. Niech pan mówi; za każdym razem opowiadając, musi pan budować swoją historię od początku do końca; po jakimś czasie zrozumie pan, które elementy są ważne, a które nie. Chodzi o to, aby pan sam to umiał sobie opowiedzieć.”

Zresztą każdy kto czyta i tak ma inną wrażliwość. Nie ma sensu stopniować własnych wrażeń.

 




Pływając z aparatem fotograficznym, doznałem też skutków nieoznaczoności w każdej chwili „teraz”. Artur Schopenhauer zauważył filozoficznie, że „możesz czynić, co chcesz: ale w każdej danej chwili twojego życia możesz chcieć tylko jednej, określonej rzeczy i zgoła żadnej innej niż ta jedna.”

 

W przewodniku Wojtka Kujawskiego „Krutynia – szlak wodny” z 2012 roku (wyd. QMK Olsztyn) znalazłem obszerne opisy fragmentów szlaku od Jeziora Gielądzkiego do Gantu, również w historycznym kontekście. Znalazłem informacje, na które nie trafiłem, pisząc swoją Zieloną Rzekę, chociaż spędziłem mnóstwo czasu w czytelni na Koszykowej.

 




Nie wiedziałem, że w Jędrychowie, wsi z rodowodem od 1617 roku na wschodnim brzegu jeziora Lampasz, mieściła się letnia rezydencja junkierskiego majątku w Sorkwitach. Jędrychowa zresztą nie poznałem. Raz tylko przewoziłem z ojcem mieszkankę Borowskiego Lasu przez jezioro, bo musiała do felczera z jakąś dolegliwością. W podzięce próbowała wręczyć drobne. Odmówiliśmy, tłumacząc się sąsiedzką przysługą. Wtedy życzyła dużej ryby. Kilka minut później ojciec wyciągał z wody kilkukilogramowego leszcza. Tej walce z rybą towarzyszyły emocje. Z takich przypadków rodzą się bajania, że każdy dobry uczynek będzie nagrodzony… Tęsknimy za światem ludzi wyłącznie życzliwych…

Borowski Las powstał niejako spontanicznie w formie kolonijnej zabudowy Zakątka Maradzkiego. Stąd owo nieodparte wrażenie, którego doświadczałem przez wszystkie wakacyjne pobyty nad Lampaszem, że przebywam wśród chutorów. „Cichy Don” Szołochowa dodał do tego wrażenia jeszcze inną jakość... Gospodarstwa do dzisiaj są rozrzucone wśród wzgórz, zagajników, zamaskowane sosnowym lasem, który wkroczył na porzucone pola. Łączą je pokręcone gruntowe drogi, dzielą ogrodzenia z nieznośnymi tablicami „własność prywatna”. Takich wcześniej nie było...

Grabowo z metryką od 4 października 1554 roku słynęło między innymi z hodowli koni trakeńskich, których protoplastą był staropruski kuc krzyżowany następnie z końmi krwi angielskiej i arabskiej. Dzisiaj to agroturystyczna wioska ciągnąca się od mostku nad Grabówką wzdłuż zachodniego brzegu Dłużca.

 


Po drugiej stronie jeziora rozciąga się Dłużec, wieś typowa ulicówka. Domy rozmieszczone szeregiem pod skarpą wyniosłej moreny robiły na mnie za każdym ciepłe wrażenie. Okna przezierające między konarami wierzb, olch czy osiki, pojedyncze samochody i wozy ciągnięte przez konie snujące się jedyną ulicą wzdłuż jeziora, rozmowy dobiegające od brzegu… Wieś rówieśniczką Grabowa w granicach majątku w Sorkwitach a mimo to już należąca do innych włości, została założona w 1555 roku przez ostatniego mistrza zakonu krzyżackiego, księcia Albrechta Hohenzollerna, już po sekularyzacji państwa zakonnego. Część zabudowań widać także z Jeziora Białego, jeśli płynąć w sąsiedztwie pierwszej wyspy oddzielonej za ujściem strugi od brzegu mokradłem przykrytym szuwarami, skotłowanymi liśćmi grążeli i wypełnionym kipielą wodorostów.

Jezioro Białe, póki co, uniknęło urbanizacji. Jego wyspy jawią się dogodnymi miejscami na biwak. Stąd do Piecek przez Krzywy Róg i do Piersławka, gdzie urodził się Ernst Wiechert, rzut beretem. Drugie takie podejście nadarza się z północnej zatoki Jeziora Mokrego przez Dobry Lasek. Krutynia tak ma. Kręci się po starej galindzkiej Wildnis niczym wiatr w górskich wąwozach. Nic dziwnego, że za każdym razem, wpływając na Białe, czułem ów nieodparty zew puszczy. Pierwsze moje wakacje w Borowskim Lesie były darem niebios. W duchu – nie przeminęły.