Wróciłem na Kośnę
![]() |
Warmiński gawial |
Do powrotu na Kośnę przymierzałem się dosyć długo,
mając w pamięci kajakowe wypady sprzed kilku lat, gdy posługiwałem się
historycznym cyfrowym kompaktem Kodaka i nieco młodszym Colpixem.
![]() |
Olchy nad Kośną |
Rzeka kojarzy
mi się z kameralnymi obrazami i słońcem. Jej leśna część za rezerwatem Jezioro
Kośno przypomina poniekąd roztokową Strugę Babięcką na szlaku Krutyni między babięckim
młynem a jeziorem Zyzdrój Wielki: bór w tle na skarpach przełamanej moreny, podobne
drzewa pochylone nad nurtem, olchowe wysepki, kępy trzcin i turzycy błotnej,
potem bagienne ujście do jeziora…
Wysepki Kośny |
Kośna jest cudem samym w sobie. Zwłaszcza o świcie
i wczesnym rankiem. Uwodzi. Niedoceniana przez kajakarzy uniknęła losu górnej
Łyny i przełomu Marózki. Zresztą fart kajakarzy kończy się po 9,5 kilometrach w
Patryckim Młynie. Dalej szlak wiedzie kanałem Kiermas do Pisy Warmińskiej w
Barczewie i jest pełny przeszkód wymagających przenoszenia lub przewożenia
kajaków. Z tego powodu pływam tylko do Pajtuńskiego Młyna, darując sobie spływ
do Patryckiego półtorakilometrowym odcinkiem przez łęgowy wąwóz.
Pajtuński Młyn |
Kośna w kierunku Patryckiego Młyna |
Majówkę na Kośnie zacząłem wczesnym świtem.
Szarzało, kiedy zwodowałem kajak z drewnianego pomostu Agrokośna.
Podczas pierwszych zdjęć Lumix FZ1000 protestował. Długo naświetlał albo
wchodził tryb bracketingu. W
chybotliwym kajaku stabilna ekspozycja była po prostu nieosiągalna. Za to
wrażenia? Nieocenione. Bez wiatru. Czysty brzask. Bezchmurne niebo. Ptasi
koncert wokół. Nieomal gładkie lustro rzeki. Mgiełki nad nurtem i między
drzewami… Kośna czarowała…
Wiosłowałem niechętnie. Tyle by omijać przeszkody i
płycizny, na których kajak zamierał w bezruchu. Już na pierwszym zakręcie
musiałem wcisnąć się w przejście między przyciętym pniem a tatarakiem. Nurt
poniósł nad piaskiem dna ku wysepkom dźwigającym kikuty pni po drzewach, które
rozpadły się ze starości; zarośniętym przez olchy, wierzby, jarzębiny, świerki…,
przez czapy rudego mchu, zarośla młodych pokrzyw, barszczów, wodnego szczawiu… Płoszyłem
jakieś ryby. Zostawiały po sobie kręgi i fale w kształcie klina, rozchodzące
się ku brzegom zarośniętym łanami kwitnącej turzycy splecionej z liśćmi pałki
wąskolistnej, łodygami trzcin, albo pod skarpy z pomnikowymi sosnami, klonami,
jesionami… Pochylałem się pod pniami zwalonych i rozpadających się olch –
wilczych kładek… Wszystko to bez pośpiechu, bez wysiłku, w nastroju
wyciszenia myśli i wyostrzenia zmysłów…
Bobry psociły |
Wilcza kładka |
Nieopodal kępy zamierających drzew dostrzegłem
nurkujące zwierzę. Wydrę albo norkę. Było za szaro, bym rozpoznał na pewno.
Wychyliło się z wody na ułamek sekundy, by zaraz zniknąć w ciemnych
przestrzeniach między korzeniami nad wodą. Chwilę potem mijałem wysepkę z
ogryzionymi drzewami. Bobry już tu były. Szkoda, że akurat nie w tej chwili.
Stołówka bobrów |
Warmiński gawial |
Świt jaśniał, a z nim bór nad kolejnymi zakolami
Kośny. Znajome kąty były dotknięte upływem czasu. Mój gawial (kłoda
przypominająca pysk tego krokodyla z Gangesu) nadal tkwił w swoim miejscu.
Niski stan wody odsłonił większą część pnia. Za to w otoczeniu zobaczyłem
świeże rany poręb. ALP nie próżnuje i tnie wszystko, zanim rozpoczną się masowe
protesty przeciwko niszczeniu polskich lasów. Za kolejną wilczą kładką ujrzałem
mostek (na drodze z leśnej Purdki do Krzywonogi i siedlisk nad jeziorem Kalwa)
– tło jednej ze scen serialu Dom nad rozlewiskiem nakręconego na podstawie
prozy Małgorzaty Kalicińskiej.
Scenografia dla Domu nad rozlewiskiem |
Za mostkiem rzeka zwalnia. Wije się meandrami,
coraz bardziej odpychając brzegi. To zapowiedź rozlewiska pod nasypem linii
kolejowej z Olsztyna do Ełku. W końcu wzburzam czarny muł pod tonią zamierającego
nurtu.
W oddali dostrzegam parę łabędzi. Samiec unosił się
na uśpionej tafli, wtulając głowę w pióra na grzbiecie. Samica siedziała na
gnieździe. Odłożyłem wiosło. Skierowałem kajak pod łan turzyc. Nie chciałem
niepokoić. Samiec ocknął się, ale nie zareagował. Nie pokazał siły. Nie naparł
piersią na wodę. Obserwował tylko, póki nie odpłynąłem. Samica pozostała
nieporuszona w otoczeniu maskujących zarośli turzycy i suchych trzcin.
On i ona w domowych pieleszach |
Opuściwszy rozlewisko, wpłynąłem na prosty odcinek
rzeki wiodący pod kolejowy most. Omijałem wykroty olch i świerków, chaos pni i
konarów zalegających w nurcie i utrudniających spływ; resztki drewnianej
kładki, niegdyś spinającej brzegi w pobliżu samotnego siedliska wciśniętego
między skarpę a nasyp toru kolejowego.
Łan turzycy błotnej |
Koniec rozlewiska |
Most kolejowy nad Kośną |
Za mostem mgła spatynowała obrazy rzeki. Mijałem
powalone dęby, których pnie pokryły się kępami żółciaków siarkowych; zasieki ze
starych olch i rozpadających się wierzb; chaotyczny gąszcz brzegów…
Przepływałem obok warmińskich domów z czerwonej cegły i starego siedliska w
zakolu Kośny, przekształconego w gospodarstwo agroturystyczne… Przemknąłem pod
zabawną kładką – dojściem do warzywnika na drugim brzegu…
Ustępujący las otworzył długie rozlewisko Kośny.
Słońce prześwietlało łęg spowity mgłą i malowało drzewa na drugim brzegu.
Płynąłem z otwartymi ustami. Krajobraz w barwach złotej godziny poprzecinany
smugami światła i cienia, ozdobiony flarami światła… Nastrój nie do opisania…
Odłożyłem wiosło… Niesiony siłą rozpędu kajak zwolnił… Chwytałem obiektywem
ulotne obrazy… Świat wydał się nierealny. Jak z dziwnego snu pozbawionego
upływu czasu. Domysły niektórych teoretyków badających naturę Wszechświata na
temat pozorności czasu, tworu naszej wyobraźni ułatwiającego
egzystencję, zdawały się w tym miejscu i tej właśnie chwili znajdować swoje
nieoczekiwane potwierdzenie…
Dałem się nieść powolnemu prądowi rzeki do odległej
kładki. Świt ustępował niechętnie. Mgła opierała się słońcu, którego jaskrawe
światło zalało krajobraz, nie znajdując przeszkód w czystej przestrzeni. Nad
polnymi wzgórzami przelatywały błotniaki, żurawie, łabędzie, czaple, kaczki…
Żaden z ptaków nie fatygował się bliżej, by dać się sfotografować na tle
świeżej zieleni łąk i pastwisk poprzetykanej łanami mleczy. Wiosna w tym roku
naprawdę zaskoczyła ciepłem skwarnego lata. Czeremchy zdobiły leśne ściany nad
wodą. Czarny bez zabierał się do kwitnienia. Zakamarki brzegów zdobiły kępy
kaczeńców…
Kładka w Purdzie |
Rozlewisko w Purdzie. Będzie gorąco. |
Za rozlewiskiem Kośna przyspieszyła. Meandrowała,
obijając się o zbocza wzgórz kształtujących jej dolinę. Opływała zejścia do
wodopojów. Sięgałem coraz częściej po wiosło, by nie dać się zepchnąć w
szuwary.
Cała świetlistość Kośny |
Łabędź w krajobrazie |
Nieopodal starej wierzby spłoszyłem żurawia, który przeleciał na drugi
brzeg i wylądował z gracją na zielonym dywanie. Zaraz jednak zająłem się
fotografowaniem starej wierzby otulonej mgiełką znad wody i prześwietlonej na
skroś przez słońce w towarzystwie zarośli pokrytych pajęczynami. Grafika obrazu
zdała się nierealna. Podobne wrażenie wywołały krowy pasące się na stoku
zwróconym na zachód. Światło słońca ślizgało się po trawie, prześwietlało
trzciny. Podświetlone zwierzęta rzucały długie cienie… Było sielsko…
Od strony mostu i drogi do Purdy dobiegał odgłos
przejeżdżających samochodów. Pokonując zakręt za zakrętem, łudziłem się, że
jestem już blisko. Kośna jednak zwodzi. Zwalnia, to znów przyspiesza. W
niektórych miejscach jej nurt ścieśniony przez trzciny do trzech, czterech
metrów, popycha z impetem, zapowiadając kłopoty podczas powrotu. Dałem się
nieść i próbowałem nadążać z fotografowaniem ulotnych nastrojów, mijanych
drzew, samotnych krzewów na tle majowej zieleni, przelatujących w oddali
ptaków, bujnych zarośli grążeli coraz bardziej wypełniających toń...
Minąwszy nagie jeszcze drzewa na wzniesieniu,
wyznaczające bieg gruntowej drogi, skrótu, do Marcinkowa, zobaczyłem wreszcie
most. Przepłynąwszy pod przęsłem, które odbijało wielokrotnym echem każde pluśnięcie
wody, usłyszałem z góry niechętne:
- O rany! Tak wcześnie?
Wędkarz zwijał żyłkę, ściągając spławik i haczyk z
przynętą z wody.
- Każda pora dobra na pływanie – odparłem.
Przy drodze do Marcinkowa |
Kośna zakręciła pod skarpę drogi. Odbiła zaraz na
północ.Stare klony i olchy przeglądały się w lustrze
rzeki. Mijając je, rozglądałem się także po pagórkach. Szukałem zwierząt. Było
jednak pusto. Przepłynąwszy przez korytarz z szuwarów, kolejne przewężenie
nurtu, zakole, w którego powierzchni odbijał się malownicze ogrodzenie łąki,
zanurzyłem się w cień łęgu. Spłoszyłem krzyżówki. Uchwycone w kadrze zamazały
się. Za długi czas naświetlania. Uciekały w cieniu.
Uciekające krzyżówki |
Rzeka zwolniła ponownie. Wypełniła dolinę.
Odepchnęła brzegi od siebie. Stała się głębsza. Dał się odczuć wpływ tamy w
Pajtuńskim Młynie, spiętrzającej Kośnę na wysokość kilku metrów. Bezwietrzny
dzień uciszył powierzchnię wody. W jej lustrze odbijały się ściany drzew
przyozdobionych kwitnącą czeremchą. Widok kojący dla oczu. Łabędź też zdawał
się urzeczony ciszą. Odpływał w zatoczkę. Zniknął w tataraku pod kępą olch.
Nieco dalej dostrzegłem pasące się konie. Z dala od wody. Za dębem, który
rozpostarł konary nad wodą.
Przemknąwszy nad ciemną i tajemniczą tonią,
minąwszy malownicze odbicia drzew i czeremch łęgu, zobaczyłem zabudowania młyna
i gospodarstw agroturystycznych: Rzabiego (proszę nie wytykać ortografii 😉,
to oryginalna nazwa wyczytana z tablicy nad rzeką) Dworu, w którym nakręcono
część serialu tasiemca Dom nad Rozlewiskiem, a za nim Pajtuńskiego Młyna.
Wróciłem w to miejsce kajakiem po bez mała 40 latach, odnajdując inne
otoczenie. Młyn mełł ziarno jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku. Drzewa
też się zestarzały. Przez to i zakątek wydał się urokliwszy acz mniej
słoneczny.
Rzabi Dwór |
Pajtuński Młyn został wyodrębniony przed wiekami z
majątku Pajtuny i stanowi dzisiaj samodzielną jednostkę administracyjną przypisaną do młyna,
którego historia sięga połowy XV wieku. Według Encyklopedii Warmi i Mazur kapituła warmińska oddawała młyn z 3 włókami ziemi w lenno
za czynsz. Pierwsza pisemna wzmianka o młynie z 1484 roku mówiła o zwolnieniu
młynarza Sandera z opłat w zamian za zainstalowanie drugiego koła młyńskiego. W
1655 roku młyn spalili Szwedzi. Po 5 latach został odbudowany i oddany w
użytkowanie Maciejowi Kargowskiemu. Kolejnym dzierżawcą w 1674 roku został
Andrzej Hermann. Potem jeszcze kilka raz przechodził z rąk do rąk. Ostateczny
kształt architektoniczny budynkowi młyna nadano z początkiem XX wieku. W
styczniu 1945 roku Wehrmacht uczynił
z obiektu punkt oporu, narażając budynek na zniszczenia wojenne. Po odnowieniu
sfinansowanego ze środków Unii Europejskiej gospodarstwo pełni dzisiaj funkcję
ośrodka agrorutystycznego oferującego także konne rajdy po puszczy
napiwodzko-ramuckiej. Ciekawostką Pajtuńskiego Młyna jest figurka Chrystusa
Sędziego z piaskowca, ustawiona w 1791 roku na granitowym postumencie pod
cyprysami pośrodku obszernego dziedzińca. Podczas jej renowacji i konserwacji
Andrzej Rzempołuch odkrył, że to najprawdopodobniej najstarszy tego rodzaju zabytek
na Warmii. Kośna tak właśnie ma.
Pajtuński Młyn |
Napatrzywszy się na znajome kąty, odwróciłem się ku
słońcu prześwietlającemu imponujący łęg i mgiełki nad wodą… Ostatnie chwile
przypominające misterium świtu w leśnej Purdzie…
Brama do wyobraźni |
Powiosłowałem pod prąd,
okrywając jaśniejsze oblicze rozlewiska. Nieopodal dębu pochylonego nad wodą
fotografowałem konie, które podeszły do brzegu. Jeden z nich zdawał się
pozować. Jakby był świadomy swojej urody…
Potem znajomy łabędź z zatoczki;
przewężenia nurtu, w których musiałem mocno nacisnąć na wiosło, by przedostać
się wyżej; zakola i most w Purdzie; kolejne zakręty i przewężenia rzeki; coraz
bardziej prażące słońce…
Zdjąłem z siebie bluzę. Kapryśny zefir chłodził
ciało. Oczy uciekały od jaskrawego światła. Z ulgą witałem każdy cień rzucany
przez drzewa i pagórki nad wodą. W oddali dostrzegłem lisa polującego na łące.
Odróżniał się od tła mleczy i soczystej murawy. Chciałem podpłynąć bliżej, lecz
na przeszkodzie stanęły bujne szuwary. Nurt w tym miejscu zwęził się do trzech
metrów. Robiłem wiosłem, hałasując. Lis na pewno uciekł.
Wydostawszy się na
swobodniejszą przestrzeń, łapałem oddech i fotografowałem trelującego do bólu
uszu rokitniczka. Tak się zapamiętał w wokalizie, że zlekceważył moje nieudolne
próby utrzymania kajaka w bezruchu. Dzięki temu mam fajne zdjęcia.
Nawet na polnej Kośnie trzeba mieć oczy i uszy
dookoła głowy. Wyskoczywszy spod kępy olch na zakole i rozpędziwszy ponownie
kajak, ujrzałem kątem oka ruch pod powierzchnią wody.
- Bóbr – pomyślałem.
Na powierzchni rzeki wypiętrzył się imponujący wał.
Zamiast skierować aparat w to miejsce, myślałem:
- Nie warto. Bóbr się nie pokaże.
Tymczasem z płycizny wystrzelił kormoran. Uderzył
skrzydłami. Odepchnął łapami wodę i wystartował z impetem bojowego myśliwca.
Przez swoje gapiostwo fotografowałem już tylko uciekający ogon. Zamiast wzmóc
czujność, znowu sięgnąłem po wiosło. Kormoran przeleciał nad łabędziem. Ten
także wystartował do lotu. Z filmowej sekwencji zdjęć godnych National Geographic zostały mi
fotograficzne strzępy zdarzenia… Kolejna nauczka, by nie polegać wyłącznie na
klimatach świtu i wczesnego poranka…
Ciepły dzień kusił do przedłużania powrotu.
Wiosłowałem pod zamierający nurt, pokonując kolejne zakola i śródpolne odcinki
o niebanalnej urodzie. Fotografowałem samotne krzewy dzikiego bzu i dzikich róż
jeszcze nieokrytych kwiatami, pojedyncze drzewa na tle nieba bez chmur…
Próbowałem uwieczniać krajobraz z tarczą słoneczną… Mijałem gadające żurawie
nad zejściami do wodopoju, kąpieliskowe mielizny o jasnym dnie, zamaskowane
trzcinami i turzycami pomosty wędkarskie, pochylone nad wodą olchy…
Pociągnięcie wiosła za pociągnięciem zbliżałem się do leśnej Purdy, do kładki
nad wstęgą uśpionego rozlewiska. Owiewający twarz wiatr nawet nie marszczył
wody. Byłem sam.
W oddali Purda leśna |
Za gospodarstwem na wzgórzu wpłynąłem w łęg.
Zanurzyłem się w cieniu rzeki. Ochłonąłem po wędrówce w świetle prażącego
słońca. Kośna znowu stała się kameralna. Otuliła zielenią, śpiewem ptaków,
wrażeniami, obrazami urzekającego nurtu. Minąwszy gospodarstwo w zakolu rzeki i
ogród w cieniu wyniosłych świerków, klonów, brzóz i olch, zmitrężyłem nieco
koło warmińskiego domu z czerwonej cegły, malowniczo odbijającemu się w wodzie;
obok zwalonego dębu okraszonego kępami żółciaków siarkowych; przed kolejowym
mostem, łudząc się, że uchwycę na nim przejeżdżający pociąg…
Warmiński dom |
Żółciaki siarkowe |
Czekając na pociąg, który nie nadjechał |
Wpłynąłem na rozlewisko pod nasypem kolejowym.
Jeszcze raz fotografowałem łabędzie na wodzie i w gnieździe. Widząc
zniecierpliwienie łabędzicy, która uniosła głowę, odpłynąłem na leśną Kośnę.
W świetle dnia prezentującą inne oblicze. Budzącą równie silny zachwyt. Od filmowego mostu do kępy olch przy Agrokośnie. Zmęczenie osłabiło moją czujność. Przegapiłem stadka nurogęsi, które uciekały z kryjówek między turzycami wzdłuż rzeki. O świcie ich nie było. Najpewniej przypłynęły z jeziora Kośno na płytkie łowiska pełne narybku. Wiosłowałem niechętnie, przedłużając każdą chwilę spotkania z rzeką.
Dobiwszy do kładki, długo nie wysiadałem. Gapiłem się na płynącą wodę, piasek dna, pluskające ryby, uwijające się w zaroślach ptaki… Gasiłem w sobie emocje spaceru… Uciszałem serce… Medytowałem…
Łabędź i spanikowane kaczki w tle |
W świetle dnia prezentującą inne oblicze. Budzącą równie silny zachwyt. Od filmowego mostu do kępy olch przy Agrokośnie. Zmęczenie osłabiło moją czujność. Przegapiłem stadka nurogęsi, które uciekały z kryjówek między turzycami wzdłuż rzeki. O świcie ich nie było. Najpewniej przypłynęły z jeziora Kośno na płytkie łowiska pełne narybku. Wiosłowałem niechętnie, przedłużając każdą chwilę spotkania z rzeką.
W tle za drzewami Agrokośno |
Dobiwszy do kładki, długo nie wysiadałem. Gapiłem się na płynącą wodę, piasek dna, pluskające ryby, uwijające się w zaroślach ptaki… Gasiłem w sobie emocje spaceru… Uciszałem serce… Medytowałem…
Wlasnie na rz.Kosna tez wybieramy sie z Kolega, od oplywania jez.Kosno do
OdpowiedzUsuńPajtunskiego mlyna.O tyle na odleglosc jest to latwiejsze ze od wiosny 20
13r jestem szczesliwym posiadaczem przewodnika "Szlak kajakowy Lyny i jej
doplywow" wydanego przez Warminsko-Mazurska Regionalna Organizacje Turys
tyczna. Olsztyn 2011 Cudze chwalimy, swego nie znamy, kolegom polecam
film o przelomie Lyny w rez. Las Warminski do Rusi 11.31 Na mnie dziala to jak przyrodniczo-wodna kolysanka...... Pozdrawiam najserdeczniej
Cóż. Ja polecam to (https://petrelpiotr.blogspot.com/2017/11/o-lesie-warminskim-inaczej-niz-zwykle.html) zamiast przewodnika po Lesie Warmińskim. Pozdrawiam.
UsuńPiękne mgliste klimaty. Zdarza Ci się czasami wypatrzeć jakąś zwierzynę płową podczas tych kajakowych wypraw? Pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńZawsze, aczkolwiek nie zawsze sfotografuję.
UsuńPrzepiękna wyprawa, cudowne bramy wyobraźni.
OdpowiedzUsuńKośna zawsze jak brama do wyobraźni.
Usuńdobrnąłem :) nie wiem czy przepłynięcie tego odcinka nie zajęłoby mi mniej czasu ;) Sporo fajnych fot! Że też się gdzieś tam po drodze nie spotkaliśmy, w końcu to "moje tereny". :)
OdpowiedzUsuńW jedną stronę na pewno :-). Ja musiałem wracać. W sumie według przewodników 16 kilometrów.
Usuń