poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Spacer nad Kośną skrajem Marcinkowa.

 





 

To chyba najbardziej dostępny z brzegu fragment Kośny. Parkujemy na poboczu warmińskiej brukowanej drogi z Purdy do Marcinkowa nieopodal miejsca biwakowego dla kajakarzy spływających z Jeziora Kośno do Pajtuńskiego Młyna. Ta droga to cięciwa (skrót) obecnej szosy powiatowej z Marcinkowa do Purdy. 





 

Wspina się na pola aleją starych drzew porażonych pękami jemioły. Brukowana nawierzchnia wywyższa się nad gruntową jezdnią, którą kierowcy wybierają częściej (mniej trzęsie podczas jazdy). W szpalerze drzew dojazdy do łąk i pól na pochyłych stokach i do wiejskich siedlisk rozrzuconych między pagórkami.








Kośna wije się w dole. O tej porze szuwary jeszcze szare, zmacerowane przez zimę. Dna nie przykrywa jeszcze dywan utkany z grążeli. Z mułu wychylają się dopiero zawiązki liści; nurt nie napotyka więc przeszkód.

 





To ten odcinek Kośny, przez który latem kajakiem uciążliwie płynąć, bo miejscami trzcina przerasta całą szerokość koryta.

 

 

 




 

Za doliną wznosi się Purda z kościołem wybudowanym na początku XVI wieku. 

 

 

 

 

 







Marcinkowo jest po drugiej stronie za śródpolnymi stawami, zagajnikami, łąkami i polami uprawnymi – łowiskami myszołowów i błotniaków, miejscami gniazdowania żurawi…

 

Typowy otwarty krajobraz dla estetów wielbiących euklidesowe perspektywy.

 

 

I ta droga zdeptana przez pokolenia użytkowników. Robi wrażenie. Nie jest jednak objęta ochroną konserwatora zabytków jak jej prawdopodobna rówieśniczka – droga z Tylkowa do Tylkówka. Nie wiadomo czy aleja przetrwa. Drzewa dźwigają zbyt dużo jemioły. Osłabione zaczynają się rozpadać. Z perspektywy kajaka widać coraz więcej kikutów dźwigających nagie konary bez kory.

 


Przychodzimy tu co jakiś czas, szukając wytchnienia w widoku rozległej doliny, perspektywy Kośny wypływającej z północnego krańca Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej czy perspektywy samej alei zwieńczonej sylwetką starej lipy na rozdrożu polnych dróg. 

 



Owe widoki wywołują tęsknotę za kajakową wędrówką o świcie. To wtedy Kośna mami, zachwyca, dostarcza wrażeń niedostępnych za dnia. Otwiera swoją staropruską duszę.

 

 

 

 

 


 

sobota, 10 grudnia 2022

Raz w roku w Bezławkach

Raz w roku w Bezławkach. 

 

Do Bezławek dojechaliśmy szosą przez Olsztyn, Barczewo, Biskupiec, Sorkwity, Mrągowo. Z Mrągowa wzdłuż rynnowych jezior mrągowskiego szlaku kajakowego przez Szestno, Ruską Wieś (bynajmniej nie od Rusi lecz od staropruskiego rusite – ciec), Rydwągi, Henrykowo, Łazdoje, Wilkowo i Stachowiznę.

 

Minąwszy Stachowiznę (ładnie się prezentuje na łagodnym wzniesieniu za rozległym mokradłem), dojeżdżamy do Bezławek krętą drogą, skąd widać podniesioną budowlę XIV wiecznej strażnicy krzyżackiej postawionej na ruinach dawnego grodziska Bartów nad Dajną wypływającą z jeziora Dejnowo pod Świętą Lipką.

 




Pod zameczkiem, dzisiaj kościołem, był młyn. Został po nim jaz spiętrzający Dajnę. Kajakiem do Gubera da radę, chociaż przenosek do upojenia. W końcu to jeden z podmrągowskich szlaków nazywany onegdaj małą Krutynią. Nie próbowałem jednak.

 


Szarpiąc się z falami


Po drodze stanęliśmy nad Jeziorem Ruskowiejskim. Pogoda wymarzona. Pękate chmury na tle nasyconego błękitu, słońce, wiatr niosący ulgę w upał. Staliśmy na skraju brzegu. Mika biegała wzdłuż rozfalowanej wody, prażąc się w upale. Jakiś wędkarz na łódce szarpał się z wiatrem i falami. Kotwica nie chciała trzymać… Rozgrzane pastwisko zniechęcało wrażeniami zapachowymi... Ale ten obraz jeziora… Przyciągał niczym magnes…

 



Bezławki znad "jeziora"



Kościół w Bezławkach widać z daleka. Małgosia łaziła po nim w czasach studenckich, kiedy podparto dach i mury drewnianą konstrukcją z belek wypełniających całe wnętrze kościoła od nawy do prezbiterium, wspinała się pod sam dach tropem konserwatorów zabytków. To było podczas rajdu zorganizowanego przez ówczesną ART w Olsztynie. Zapamiętała niepowtarzalny klimat miejsca; zaskoczenie widokiem uniesionej wzgórzem bryły kościoła; zmęczenie po kilkudziesięciu kilometrach całodziennego łazikowania pograniczem Warmii i Mazur; ognisko na dziedzińcu między skruszałymi murami ogrodzenia z gitarami i śpiewem; końcu nocleg na ławach i kamiennej posadzce…

 





Dzisiaj wspomnienia ożyły. Jedno że do wnętrza nie da się przez zamknięte drzwi…

 


- Zaraz, zaraz! Jak się nie da? A Mika gdzie? – rozglądam się.

Merdający ogon znika między otwierającymi się skrzydłami.

 

Idę za nią. Wnętrze kościoła przystrojone. Kilka osób czyści posadzkę, skromny ołtarz, ławy. Wszystko to przygotowania do ceremonii ślubnej nazajutrz. Poznajemy parę młodą, druhny, świadków. Przyjechali z Trójmiasta do zaprzyjaźnionego księdza z Wilkowa. Stwierdzili, że ich ślub będzie trzeci na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia.

 

- Młodzież z wyobraźnią – myślę.

- Nieważny przepych uroczystości. Ważne doznanie egzystencjalne w niebanalnych okolicznościach historycznych i przyrodniczych…

 

 

 

 

 

 

A potem zwiedzanie wnętrza pełnego archeologicznych artefaktów:

- odkrytego pochówku Prusów, zabezpieczonego przezroczystą obudową;

- ozdób i elementów uzbrojenia;

- pozostałości drewnianej konstrukcji wspierającej ściany kościoła.

 

Mieliśmy szczęście, że przyjechaliśmy do Bezławek akurat w takiej chwili.

 

Jeszcze rzut oka na przykościelny częściowo odnowiony cmentarz, na krajobraz z zamkowego wzniesienia, na Bezławki spod lasu po drodze do Reszla…

 

Raz w roku w Bezławkach… Warto.

 

 

 

 

 

 








Reszel - fata morgana