piątek, 6 maja 2016

W gościnie u bobrów



W gościnie u bobrów

Architekt krajobrazu

Odwiedziłem dzisiaj enklawę bobrów i ostoję czarnego dzięcioła za biskupią aleją. Miejsce opisałem w tekście Bobry to sprawiły. Obie doliny, rozdzielone od siebie przeszło dwukilometrowym łukiem wału morenowego, są świadectwem niezwykłego wpływu tych zwierząt na krajobraz. Odkąd skolonizowały obie strugi: jedną leśną, drugą dopływającą z bałdzkich pól, utworzyły przemyślny system hydrotechnicznych kaskad spiętrzających wodę w oddzielonych od siebie stawach i mokradłach.
Ten, co się skrada

Zakątek został zasiedlony przez czarne bociany, żurawie, łabędzie nieme i krzykliwe, nurogęsi zwane też traczami (niezwykle szybkie i zwinne rybożerne kaczki, których pisklęta wykluwające się w dziuplach starych drzew zeskakują z kilku, kilkunastu metrów na ziemię i gnają wprost do wody), czaple białe i siwe brodzące za żabami w oczeretach i między gałęziami potopionych krzaków, żurawie zakładające niepozorne gniazda w dywanie turzyc…. 

Lubimy bobry

Dla kaczek i czarnych kur uroczysko zdaje się wymarzonym miejscem do lęgów.












Hydrozagadka

Bobry są niezwykle skutecznymi architektami krajobrazu. Dysponując zaledwie siekaczami, łapami i zmysłem hydrotechnicznym, wykształconym w drodze przemyślnej ewolucji, osiągają efekty godne najwyższego podziwu. Obserwuję skutki ich pracowitości nie tylko za Bałdami czy w Mendrynach na rozlewisku ukształtowanym rękami człowieka, lecz także na wiślanych wyspach Ławic Kiełpińskich, gdzie skutecznie wycinają w pień zarośla inwazyjnego klonu jesionolistnego, odsłaniając łąki dla ptaków wiślanego łęgu.

Jedno z rozlewisk matecznika

Zszedłszy do pierwszej dolinki od strony cmentarza przytulonego do bramy powitalnej biskupiej alei w Bałdach, zajrzałem do kompleksu stawów dochodzących do linii energetycznej przeprowadzonej z Bałd do Bałdy Pieca.







Dzicza przesieka

Leśną przecinkę pod słupami odwiedzają często dziki. Czasem także wilki, które gdzieś w tych ostępach między Ścieżkami bobrów wokół Bałdy Pieca wykopały swoje rodzinne nory. Dzisiaj jednak rozlewiska były puste. 








Strach się bać

Głęboki cień w kontraście z popielatym niebem utrudniał fotografowanie zarastającego wnętrza doliny.






Usłyszawszy klangor w głębi leśnej doliny i ujrzawszy głowy łabędzi wystające spoza suchych trzcin na odległych stawach, postanowiłem do nich podejść pod osłoną lasu. Bez pośpiechu jednak. Dolina po lewej stronie, wyścielona bujną łąką, przez środek której płynie bałdzki strumień, była malowniczo oświetlona przez słońce powoli wstające znad drzew zarastających puszczańską morenę. Łąka między kolumnami sosen była pusta. Sarny i jelenie pasły się w lesie, nie kwapiąc się – mimo ciszy – do wyjścia na otwarty teren.

Dolina myśliwych

Powoli przemieszczałem się ku krzyczącym żurawiom. Jeden z nich spacerował w świetle niepozornej drogi między drzewami. Drobne gałązki utrudniały fotografowanie.

Krzykliwe w siedlisku

Wyszedłem na skraj lasu, gdy żuraw odszedł ku uschniętym olchom i brzozom. Łabędzie krzykliwe pływały ukryte za zaroślami. Nie zlękły się mojej obecności. Samiec zaczął gaworzyć donośnym głosem, dając wyraz swojemu niezadowoleniu (tak mi się wydawało). 

Toaleta

Towarzyszył samicy, która była zajęta poranną toaletą. Staranie natłuszczała dziobem pióra. Ptaki pływały niewielkimi kanałami w dywanie turzyc albo wśród gałęzi zatopionych krzaków.


Żuraw tymczasem poderwał się do lotu. Myślałem, że zniknie za lasem, ale wylądował w łanie turzyc za łabędziami i brodził po mokrym gruncie, polując na owady i żaby. Spowity głębokim cieniem był trudny do fotografowania.








Po wielu próbach, gdy uznałem, że lepszych zdjęć to ja raczej nie zrobię, postanowiłem opuścić ptaki i dojść do końca moreny, gdzie grzbiet opada ku mokradłu nasączonemu wodą spiętrzoną przez bobry u samego zbiegu obu strumieni.







I się zaczęło. Najpierw spłoszyłem kilka łani, które zbiegły z moreny ku żurawiom krzyczącym w dolinie nieopodal myśliwskiej ambony. Akurat przenosiłem rower przez pień powalonego drzewa. Zanim uniosłem obiektyw, zwierzęta uroczo zniknęły między sosnami i świerkami. Zapewne wybiegły wprost na żurawie, bo usłyszałem gęsty klangor – przejaw alarmu. Ptaki jednak nie odleciały. Widziałem je chwilę później spacerujące między pniami. Dostrzegłem też różowawe kuraki w trawie, plączące się za kitami rodziców. Nie zszedłem więc ku nim, chociaż kusiło.

Pod tamą bobrów

Zaraz potem, chcąc szybciej dotrzeć do końca moreny, wsiadłem na rower i to był drugi błąd. Hałas pękających sosnowych sucharów pod kołami wzniecił po mojej prawej stronie jakiś popłoch. W świetle leśnej drogi, zbiegającej ku soczystej łące, aczkolwiek jeszcze zmierzwionej przez uschniętą zeszłoroczną trawę przerośniętą zielonymi pędami, zobaczyłem chmarę jeleni liczącą sobie co najmniej ze dwadzieścia osobników. Porzuciłem rower w lesie i zacząłem się skradać w nadziei, że nie odbiegły daleko. Zastałem pustą przestrzeń doliny leśnego strumienia, który pluskał nieśmiało, spadając z nowej … tamy bobrów pod księżycową (niegdyś) porębą.

W klimacie Fałata

Cóż. Widok odbiegających jeleni był niezwykły, lecz trwał za krótko. Na pocieszenie wstawiłem zdjęcia ze szczęśliwszych spacerów.

Dotarłszy do miejsca, w którym spotykają się obydwa strumienie, ujrzałem dywan zawilców wypełniających łąkę między krańcem moreny a wyspą opatuloną przez wodę bobrowego rozlewiska. Dla zawilców to jedyna szansa, by zakwitnąć. Potem wyrosną turzyce, trawy, dzikie maliny i jeżyny, tudzież pokrzywy, pokrywając całą polanę nieprzebytą mierzwą.

Tak będzie latem

Dzisiaj zwierząt już nie zobaczyłem, chociaż wzdłuż bałdzkiego strumienia było pełno dziczych kąpielisk, czarnych od rozbabranego błota i wywróconej darni, czy ścieżek w trawie wygniecionych do grząskiej ziemi. W oddali zauważyłem kolejną tamę bobrów.







Przystanąwszy na dłużej, słuchałem pokrzykiwań czarnych dzięciołów. Ich śpiew jest przepełniony smutkiem. Dawniej miewałem wrażenie, że to krzyk dziecka, które zabłądziło w lesie. Czasem brałem je za kwilenie jastrzębi lub orlików szybujących wysoko nad lasem. Oglądając przed laty czarne dzięcioły przelatujące między gajami i stawami w Przykopie i Jaśniewie z owym charakterystycznym krzykiem, brałem je za kury wodne. Dziwiłem się, że wodne ptaki zachowywały się tak nieobyczajnie, póki nie uzmysłowiłem sobie błędu, w jakim uparcie trwałem, przeglądając otrzymany w prezencie atlas polskich ptaków autorstwa Andrzeja Kruszewicza.

Nowe rozlewisko w dolinie bobrów

Bobry, twórcy matecznika, których do tej pory tutaj nie sfotografowałem, chociaż gęsto od śladów ich aktywności; czarne dzięcioły, ukrywające się w łęgu strumieni i przez to nie dające się uwiecznić (dzięki nim zbieg strumieni uznano za ich ostoję objętą zakazem wstępu); żurawie traktujące miejsce jako bezpieczne lęgowisko; łabędzie krzykliwe, które uznały rozlewiska za swoje; dziki, sarny, jelenie, lisy, jenoty, borsuki zbiegające z poręby za leśnym strumieniem; łosie zachodzące tutaj od czasu do czasu chyba przez pomyłkę (a może i nie); wilki nieopodal… czego chcieć więcej?

Zachodzę w głowę, skąd w bobrach tyle altruizmu?

Im dłużej obserwuję zwierzęta w lesie, tym bardziej dostrzegam ich inteligencję i emocje czy zdolność do nauki i kreatywnego myślenia. Przejawów ich aktywności nie da się wyjaśnić słowem wytrychem – instynktem.

Nic nie dzieje się przypadkiem. To tylko my, ludzie, nie zawsze potrafimy w całej złożoności otaczającego nas świata znaleźć związki przyczynowo-skutkowe. Skłonność do antropocentryzmu, utylitarnego traktowania środowiska i do nadmiernego upraszczania obserwowanych zjawisk powoduje, że zbyt często, udając się do lasu, zachowujemy się jak prostacy w składzie porcelany, zamiast nieustannie dziwić się otaczającym nas zjawiskom i uruchamiać wyobraźnię.

5 komentarzy:

  1. Panie Piotrze, Pan jesteś po prostu niemożliwy... Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Przerażająco niemożliwy... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przerażająco niemożliwy... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Panowie: Mariuszu i Piotrze. Aż tak? Ja nie mogę :-).

    OdpowiedzUsuń